Dzieje Polski. Tom 4. Trudny złoty wiek.

Wreszcie jest z niecierpliwością oczekiwany przez tysiące Polaków kolejny tom wielkiego dzieła prof. Andrzeja Nowaka - czyli czwarty tom "Dziejów Polski"! W czwartym tomie  "Dziejów Polski" prof. Andrzej Nowak opowiada o trudnym złotym wieku, czyli latach 1468 - 1572.

Prof. Andrzej Nowak wkracza w czwartym tomie epokowego dzieła „Dzieje Polski” w okres największej świetności Rzeczypospolitej. Oczywiście nie brakuje problemów, wojen, buntują się lennicy, na wschodzie złowieszczo rysuje się sylwetka Moskwy dążącej do osiągnięcia imperium, ale Korona i Wielkie Księstwo Litewskie wciąż rosną w siłę. Tak samo zresztą jak i dynastia Jagiellonów. Ten proces zwieńczy Unia Lubelska w 1569 r.

Rozwój kraju jest wszechstronny. Gospodarczemu wzrostowi towarzyszy wciąż udoskonalana polska sztuka wojenna; po paru klęskach, głównie w lasach bukowińskich (1497), maleje znaczenie pospolitego ruszenia, rodzi się natomiast husaria, specyficznie polska formacja jazdy ciężkiej, praktycznie niezwyciężona przez blisko dwa wieki. Kwitnie Uniwersytet Krakowski, którego najsłynniejszym wychowankiem jest Mikołaj Kopernik. Rozwijają się miasta; już nie tylko Kraków i Gdańsk. Doskonali się język ojczysty; powstają w nim prawdziwe arcydzieła literackie zachwycające do dziś. Sztuka jest w wielkim poważaniu. Przebudowanym Wawelem zachwycamy się wszyscy do dziś. Kościół Mariacki w Krakowie zdobi jedno z największych dzieł plastycznych w dziejach świata: ołtarz Zaśnięcia Najświętszej Maryi Panny, autorstwa Wita Stwosza. Renesans wkracza szeroką ławą w nasze granice, ale jest najczęściej przetwarzany i osiąga oryginalny, rodzimy wymiar. Rzeczpospolita przyciąga naukowców, artystów, rzemieślników (pierwsi drukarze!) z zagranicy, którzy ulegają urokowi polskiej kultury, polskiej wolności i osiadają tu na zawsze. 

Wielkim walorem „Dziejów Polski” jest ich oparcie w najnowszych źródłach historycznych; Autor korzysta z nich całymi garściami; jego badawcze wnioski są oryginalne, nieraz przeciwstawne dotychczasowym opiniom. Tak np. zwalcza fałszywe stereotypy o „zakodowanej” peryferyjności Europy Wschodniej, rozprawia się z negatywną oceną hołdu pruskiego.  Uchwalenie słynnej konstytucja Nihil novi z 1505 r. jest w oczach Andrzeja Nowaka bardziej znaczącym wydarzeniem, niż Konstytucja 3-majowa.  Profesor każdy ze swych poglądów uzasadnia niebywale logicznymi wywodami. I jak zwykle jego opisy i refleksje czyta się z zapartym tchem!

  • Czwarty tom Dziejów Polski prof. Andrzeja Nowaka
  • Czwarty tom Dziejów Polski prof. Andrzeja Nowaka
  • Czwarty tom Dziejów Polski prof. Andrzeja Nowaka
  • Czwarty tom Dziejów Polski prof. Andrzeja Nowaka
  • Czwarty tom Dziejów Polski prof. Andrzeja Nowaka
  • Czwarty tom Dziejów Polski prof. Andrzeja Nowaka
Część 1
KRYZYS JAGIELLOŃSKIEGO 
IMPERIUM I POCZĄTKI 
RZECZYPOSPOLITEJ 
(1468‑1506) 

Rozdział I
Królestwo od Obu
do Adriatyku: sny,
których nie miał
Kazimierz Jagiellończyk

Rozdział II
Nihil novi, czyli czas 
politycznej transformacji (1492-1506)  

Rozdział III
Polska Primavera  

Część 2
ORZEŁ I JEGO 
PĘTLICE (1506‑1548)  

Rozdział IV
Od Orszy do Orszy
(1506-1514)  
 
Rozdział V
Wyjście z geopolitycznej pułapki (1515-1526)  

Rozdział VI
Folwark i (nowy) świat 
 
Rozdział VII
Dwóch Zygmuntów, 
Bona, Litwa i szlacheckie gniewy (1526-1548)  


Część 3
KRĘTE DROGI DO ZGODY (1548‑1572)  


Rozdział VIII
Spory o małżeństwa 
(1548‑1551)  


Rozdział IX
Wojna w kulturze: 
o naprawę dusz 
i wspólnoty  


Rozdział X
Między sejmem 
i potrzebą inflancką (1552‑1562)  


Rozdział XI
Kroki lubelskiego poloneza (1563‑1572)  


Podziękowanie 
i uzupełnienie  


Źródła i bibliografia 


Indeks osób 

Indeks 
nazw geograficznych  
 
 
 
Wojna w kulturze:
o naprawę dusz i wspólnoty


 W roku 1551 rozbłysły jasno inne jeszcze, obok Orzechowskiego, nazwiska na firmamencie intelektualnych gwiazd wielkiego sporu. A były tam gwiazdy rozpoznawalne już (albo wkrótce) w całej niemal chrześcijańskiej, podzielonej Europie. Jedną z wybitniejszych postaci ruchu reformacyjnego był już od lat Jan Łaski (1499-1560). Bratanek wielkiego prymasa o tym samym imieniu, zawdzięczający stryjowi wspaniała edukację w Bolonii i Padwie, podróże umożliwiające nawiązanie bliższej znajomości m.in. z Erazmem z Rotterdamu i Ulrichem Zwinglim, od 1539 już roku zaczął skłaniać się zdecydowanie ku reformacji Porzucił Kościół katolicki, jak tylu innych księży w tym czasie – dla małżeństwa – i wyemigrował. Od 1543 roku był już, jako uznany autorytet etyczny i teologiczny, wybrany na zwierzchnika wszystkich Kościołów reformowanych we wschodniej Fryzji. Liczył, że przekona Zygmunta Augusta, po objęciu przezeń tronu w Krakowie, do objęcia patronatu nad protestanckimi wyznaniami, a skoro to się zrazu nie udało, przeniósł się z Fryzji, przez Morze Północne, do Londynu. Następca Henryka VIII, wierny jego antykatolickiej polityce Edward VI uczynił Łaskiego superintendentem (nadzorcą) wszystkich cudzoziemskich zborów protestanckich w Anglii. Edward VI w 1551 roku powołał go nawet do komisji mającej zreformować prawo obowiązujące w Kościele anglikańskim. Znalazł się wtedy Jan Łaski młodszy u szczytu swego europejskiego powodzenia jako jeden z niewątpliwych liderów duchowych antykatolickiej ofensywy. I byli świadomi tego i dumni jego rodacy wojujący ze „starym” Kościołem w Polsce.
W pewnym sensie trwalszą jeszcze sławę zdobył przyjaciel Łaskiego, Andrzej Frycz Modrzewski (1503-1572). Skromniejszego pochodzenia, z drobnej szlachty spod Opoczna, od pokoleń wójtów miasta Wolborza w województwie sieradzkim, także korzystał z patronatu dbałego o swoich krajan z sieradzkiego, prymasa Łaskiego, a potem jego bratanków. Wykształcony „tylko” na uniwersytecie krakowskim i w luterańskiej Wittenberdze, umiał wspaniale sam rozwinąć dalej swoją wyjątkową erudycję. Po śmierci Erazma z Rotterdamu przejmował po nim – zakupioną przez Łaskiego – bibliotekę. Dostał jako ksiądz intratne probostwo w Brzezinach pod Łodzią, ale pracą duszpasterską w parafii się nie zajmował, tylko pisaniem. W 1543 zadebiutował rozprawą-mową O karze za mężobójstwo, rozwijaną w kolejnych mowach „do narodu i ludu polskiego”. Nie tylko apelował o zaostrzenie kar za mężobójstwa – czyli morderstwa, ale wzywał także do zniesienia różnic stanowych w tym względzie przynajmniej, gdy idzie o życie za życie. Za gorszące uważał, że szlachta płaci tylko pieniężny okup za zabicie plebejusza. Odrzucał wszelkie argumenty wysuwane przez obrońców przywileju elity – czyli szlachty, jak na przykład pogląd, że „krwią przelaną w bitwach przodkowie ich” wysłużyli rycerskim potomkom wolność od sprawiedliwej kary za zabicie bliźniego, tylko dlatego, że jest on niższego stanu. Nie tylko przypomniał, że nie sama szlachta przelewała krew w obronie ojczyzny, ale też zadał z pasją głębsze pytanie: „Ale gdyby nawet jedynie szlachta prowadziła wojny w obronie Rzeczypospolitej, to cóż z tego? Po to więc prowadzicie wojny z nieprzyjacielem, ażeby potem zbrodniczo mordować nieszlachtę? Aby w ojczyźnie rządzić po tyrańsku? Aby się wiecznie znęcać nad plebejuszem?” Już tej rozprawy, z tego jej fragmentu wybrzmiewa jasno tenor Fryczowej krytyki: rygoryzm moralny, idea sprawiedliwości i równości – wobec prawa, skierowana przede wszystkim przeciw szlacheckiemu uprzywilejowaniu. Te idee rozwinął Modrzewski w głównym swoim dziele: De Republica emendanda (O poprawie Rzeczypospolitej). Wydał jej trzy księgi właśnie w roku 1551.
Miał już wtedy za sobą udział w poselstwach dyplomatycznych, m.in. – jak pamiętamy – u boku Stanisława Hozjusza do króla Ferdynanda i cesarza Karola V. Wydał też pierwsze pisma, w których wystąpił jako rzecznik reformy – zwolennik udzielania wiernym Komunii św. pod obiema postaciami (chleba i wina), a także krytyk zasady celibatu księży. Stało się to powodem, dla którego jego dawny kolega z lat studiów i wzajemnej fascynacji mądrością Erazma z Rotterdamu, a także niedawny kierownik dyplomatycznej misji do Habsburgów, Stanisław Hozjusz, teraz już biskup i wielki obrońca ortodoksji, starał się nie dopuścić do publikacji nowego dzieła Frycza w pełnej wersji. Z pięciu napisanych ksiąg o poprawie Rzeczypospolitej, w krakowskiej oficynie Łazarza Andrysowica ogłosił więc Modrzewski tylko trzy: o obyczajach, o prawie, o wojnie. Na fundamencie myśli starożytnej – Arystotelesa i Cycerona – tworzył wizję Rzeczypospolitej jako „pospólności ludzkiej”, związanej prawem, „ku życiu dobremu i szczęśliwemu ustanowionej”. Najlepiej rządzą ową pospólnością dobre obyczaje. Ich nawyk trzeba stale wyrabiać w społecznym współżyciu. Proponował nawet Frycz wprowadzenie instytucji „dozorców obyczajów”, którzy pilnowaliby moralności publicznej (mniej więcej tak, jak dzisiaj „strażnicy rewolucji” w Islamskiej Republice Iranu). Wychowawcza funkcja prawa może być spełniona tylko wtedy, podkreślał, kiedy jest ono równe dla wszystkich. Jeśli miałyby w prawie być jakieś różnice, to takie, by „ciężej karać tych, co stoją na wyższym stopniu niż tych, co na niższym”; surowiej bogatych niż biednych, szlachtę niż plebejuszów; tych, co na urzędach niż ludzi prywatnych. Król powinien zadbać o to, by stanom uprzywilejowanym „chlubę niepotrzebną, nadętość, pychę i inne zarazy towarzystwo ludzkie psujące odjął”. Modrzewski nie tylko nakazywał zmierzać w stronę równości wobec prawa, ale również postulował konkretne zmiany, mające usprawnić wymiar sprawiedliwości. W znacznej części spotykały się te postulaty z dążeniami ruchu egzekucyjnego. Po pierwsze – jasny zbiór praw. Po drugie – niezależność sądów: nie sejm i król na nim, jak dotąd, ale osobny sąd apelacyjny powinien pełnić funkcję najwyższego trybunału (i szlachta ten cel zrealizuje, po długiej walce: w roku 1578, kiedy już za Stefana Batorego ustanowiony zostanie Trybunał Koronny). Sędziowie powinni być wybierani przez sejm, ale nie z grona jakiejś wyodrębnionej grupy specjalistów-prawników, tylko z trzech stanów – szlacheckiego, duchownego i mieszczańskiego – po trzech. Ich prace miał obwarować statut, a także zakaz brania jakichkolwiek darów (łapówek, jakbyśmy to inaczej nazwali). By sądy, a zwłaszcza sędziowie nie wyrośli ponad prawo, pragnął Modrzewski, by każdemu wolno było skarżyć się sędziego… Księga o wojnie kontynuowała w istocie pionierskie rozważania krakowskich prawników sprzed półtora wieku o wojnie sprawiedliwej, za jedyne dopuszczalne jej przyczyny uznając: „krzywdy nie dopuszczać, a ludu naszego od nieprzyjaciela bronić”.
De Republica emendanda wydana została w komplecie, zawierającym jeszcze dwie księgi: o Kościele i o szkole, w roku 1554 roku w słynnej oficynie Oporyna w szwajcarskiej Bazylei. Do wyraźnej w poprzednich księgach krytyki szlachty dochodziła tu wizja dobrego społeczeństwa, którego moralność miała wzorować się na braciach czeskich, a więc bez grzesznych rozrywek i okazji do pokus. Żeby od zła się uchronić, nalegał Frycz także, by stanowczo odciąć kobiety (źródło pokus) od jakiegokolwiek udziału w życiu publicznym. Wielbiciele mądrości Modrzewskiego rzadziej dziś do tego purytańskiego aspektu jego dzieła nawiązują. Podkreślają za to, i słusznie, nacisk kładziony przez Frycza na naukę i wychowanie dobrych obywateli i ludzi w szkołach nadzorowanych przez państwo. Silna władza króla miała w całej wspólnocie politycznej odpowiadać za równoważenie stanów, by jeden nie gnębił innych, za opiekę nad słabszymi i ubogimi, protekcję wytwórczości krajowej, kontrolę nad sprawami wyznaniowymi – najlepiej w formie Kościoła narodowego, który powinien zapewnić pokój religijny.
W wielkiej logomachii, czyli wojnie na słowa, mowy sejmowe, na książki, traktaty polityczne i teologiczne, jaka się w Polsce rozpętała około 1551 roku, dzieło Modrzewskiego wykroczyło daleko swoim znaczeniem poza granice Rzeczypospolitej i swojego czasu. Ukazywały się kolejne jego łacińskie edycje, tłumaczenie na niemiecki (a i tłumaczenie na polski, w roku 1577). Krytykował je zwolennik państwa autorytarnego, Francuz Jean Bodin, podziwiali zwolennicy reformacji, cytowali z największym uznaniem w wieku XVII Hugo Grotius, holenderski „ojciec prawa narodów”, a na progu wieku oświecenia, Pierre Bayle, uznając Frycza za jednego z pisarzy, którzy pisali „najbardziej rozsądnie na temat polityki”.
W wojnie ogólnoeuropejskiej o przyszłość Kościoła katolickiego jeszcze większe znaczenie miało napisane także w polskim kontekście, w tym samym burzliwym roku 1551, dzieło wspomnianego Stanisława Hozjusza: Confessio fidei catholicae Christiana… (Chrześcijańskie wyznanie wiary katolickiej). Wydane dwa lata później, osiągnęło w ciągu życia autora imponującą liczbę trzydziestu wydań w różnych językach, stając się jedną z najważniejszych książek europejskiej kontrreformacji. Hozjusz (1504-1579), syn Ulryka Hose, przybysza z Badenii, osiadłego w Krakowie, „wmieszkanego” obywatela tego miasta, stał się Polakiem nie tylko z nadanego mu na chrzcie arcypolskiego imienia, ale również przez świadomy wybór. Był jednak przede wszystkim wiernym synem Kościoła katolickiego, któremu służył swymi wybitnymi talentami. Nie miał głosu, kaznodziejska kariera była więc dla niego zamknięta, ale pisać, argumentować, działać potrafił jak mało kto. Już w 1525 roku, ledwie po studiach w Krakowie, ogłaszał ponoć swoje pierwsze wiersze przeciw Lutrowi. Studiował później w Bolonii i Padwie, pracował jako sekretarz królewski, wielki sekretarz koronny (czyli kierownik prac całego zespołu), w końcu dyplomata w służbie Zygmunta Augusta. Mianowany biskupem chełmińskim, od 1551 roku przeniesiony został decyzja króla i papieża na bardziej istotne politycznie i prestiżowo biskupstwo warmińskie, jako pierwszy Polak na stolicy we Fromborku. W tymże roku przygotował właśnie, na potrzeby synodu biskupów polskich w Piotrkowie, by utwierdzeni zebranymi tam argumentami hierarchowie polscy (w niemałej części chwiejni wtedy w obronie prawowierności katolickiej) zaprzysięgli obronę przypomnianych w dziele Hozjusza zasad przeciwko podważającym je doktrynom protestanckim. Autor wstępu, prymas Mikołaj Dzierzgowski, zadedykował cały wielki tom królowi Zygmuntowi Augustowi. A Hozjusz wyjaśniał i wzywał: „Czym najbardziej różnią się ludzie od bydląt? Nie rozum, nie mowa, nie przezorność, nie cokolwiek innego, tylko religia nas od nich wyróżnia. […] Gdy inne zwierzęta poziomo patrzą w ziemię, on jeden ze wszystkich jest twarzą zwrócony ku niebu. Przypomina to człowiekowi, że tam gdzie twarz, tam i duch winien spoglądać […]. Miejmy głowę! Starajmy się poznać Boga! Ciągle na nowo wszelkim sposobem usiłujmy umysły mieć wzniesione tam, gdzie zwrócone są nasze twarze!”
Za tym wezwaniem, łączącym rozum z wiarą, szedł sam Hozjusz. Służył nadal jako dyplomata królowi Zygmuntowi Augustowi, jako biskup-książę warmiński zwalczał na terenie swej diecezji i Prus Królewskich wpływy księcia Albrechta Hohenzollerna. Nade wszystko promował niestrudzenie swoimi tekstami, listami, i zarządzeniami wewnętrzną naprawę Kościoła i walkę z protestancką Reformacją, pilnując zarazem, by inni biskupi, mniej gorliwi, nie zaspali w tym krytycznym dla pozycji katolicyzmu w Polsce momencie. Docenił jego wysiłki papież Paweł IV i nadał mu w 1561 roku godność kardynalską. Dwa lata później został przewodniczącym obrad soboru trydenckiego, który zdecydował o formach owej wewnętrznej naprawy dla całego Kościoła powszechnego. Po śmierci papieża Pawła IV był Hozjusz w 1565 roku wysuwany przez część kardynałów jako najgodniejszy kandydat na papieski tron. Był jednak bardzo schorowany i nie szukał nowych, nawet największych godności. Do końca życia wprowadzał postanowienia soboru w Polsce.
Na następcę w diecezji warmińskiej szykował innego mieszczanina z południa Polski, także z niemieckimi korzeniami, a jeszcze bardziej gorliwego patriotę polskości, Marcina Kromera z Biecza (1512-1589). I on ukończył studia na Uniwersytecie Krakowskim, uzupełniając je następnie w Padwie i Bolonii (zaprzyjaźnił się wtedy ze Stanisławem Orzechowskim), a wreszcie w Rzymie. Człowiek wielkiej wiedzy humanistycznej, pożytkował ją w obronie Kościoła, m.in. jako autor wspaniale skomponowanych mów O godności stanu duchownego, wygłaszanych na synodzie w Piotrkowie w 1542 roku. Doceniając jego talenty i energię, kapituła biskupstwa krakowskiego wydelegowała go, by reprezentował ją na sejmie 1550 roku, gdzie – jak już wiemy – gorące były dyskusje nad sprawami Kościoła. Umiał ich bronić już w pięknej polszczyźnie, za pośrednictwem dzieł literackich: w ogłaszanych od 1551 roku dialogach Rozmowa dworzanina z mnichem. Część badaczy literatury uznaje, że można go w związku z tym uznać nawet za pierwszego, przed Rejem, prozaika polskiego. Obok dzieła Hozjusza, to właśnie literacko wyłożone przez Kromera odpowiedzi na pytanie „Czego się chrześcijański człowiek dzierżeć ma?” wspierały najmocniej chwiejącą się w szóstej dekadzie XVI wieku katolicką ortodoksję w Polsce. Wymieniamy tu Kromera wszakże nie tylko z tego powodu. Drugą, może nawet ważniejszą rolą, jaką w swej działalności wielki syn Biecza podjął, było studium i popularyzacja polskiej historii. Podkanclerzy Jan Ocieski zlecił w 1550 roku Kromerowi uporządkowanie i skatalogowanie Archiwum Skarbca Koronnego na Wawelu, zawierające najcenniejsze dokumenty państwowe. Rok zajęła ta praca, uwieńczona opisem 843 dokumentów, a wykorzystana została następnie w najbardziej znanym dziele Kromera: De origine et rebus gestis Polonorum libri XXX (co w przekładzie z początku XVII wieku brzmiało tak: O sprawach, dziejach i wszystkich innych potocznościach koronnych polskich). Ten w dużej części niezbyt oryginalny wyciąg z dzieła Długosza i kontynuacji zrobionej przez Wapowskiego, miał wielkie znaczenie, bowiem po raz pierwszy trafił tak skutecznie do zainteresowanych wielkim państwem na wschodzie Europy czytelników obcych. Wydrukowana w bazylejskiej oficynie Oporyna w 1555 roku historia Polski stała się europejskim bestsellerem. Miała do końca wieku jeszcze pięć łacińskich wydań i jedno niemieckie tłumaczenie.
Orzechowski pisał z dumą o osiągnięciu swego przyjaciela: „Objawił nas światu, co za lud jesteśmy ludziom obcym ukazał […] Oświecił nas Pan Bóg Kromerowym piórem, zalecił nas obcym krajom, tak że nas dziś ludzie nie mają za sprośne i niewyćwiczone”. I ta książka była jednak częścią sporu wewnątrz Rzeczypospolitej: protestanci krytykowali ją za obronę pozycji Kościoła katolickiego w Polsce, Litwini za protekcjonalna nutę Polaka w opisie relacji Korony z Litwą. W kolejnych pokoleniach szlachty polskiej stało się dzieło Kromera jednym z najistotniejszych źródeł przekonania o pochodzeniu od starożytnych, niezwyciężonych Sarmatów. Kromer dodał do swej historii jeszcze jakby uzupełnienie: wydaną także po łacinie Polonię, której pełny tytuł w tłumaczeniu oddaje dobrze zawartość: Polska, czyli o położeniu, obyczajach, urzędach Rzeczypospolitej Królestwa Polskiego. Ta encyklopedia wiedzy o Polsce drugiej połowy XVI wieku, niezwykle drobiazgowy opis geograficzno-etnograficzny, a także administracyjno-polityczny całego kraju, opatrzony został wspaniałą, zamówioną specjalnie na jego potrzeby mapą, którą tutaj prezentujemy. Kromer, także dyplomata Zygmunta Augusta, niezbyt szczęśliwy, jak zobaczymy, od 1570 roku pełnił funkcję biskupa-koadiutora (to jest biskupa pomocniczego z prawem następstwa) warmińskiego, gdzie zastępował Hozjusza, a następnie objął po nim diecezję. Dla jej przywiązania do Polski i katolicyzmu zrobił bardzo dużo.
Zanim jeszcze Kromer „objawił nas światu”, w roku 1551 historię powszechną, a przy niej polską, objawił samym Polakom Marcin Bielski (1495-1575). Pochodzący z Białej (stąd urobione nazwisko, rodowe brzmiało: Wolski) w województwie sieradzkim, był zdaje się raczej samoukiem. Znał książki, chłonąc je chciwie z bogatego księgozbioru Piotra Kmity, z którego dworem był związany. Znał też życie, w tym surowe bytowanie żołnierskie, jakiego doświadczył m.in. w bitwie pod Obertynem i walkach z Tatarami. Syty już tych doświadczeń osiadł w rodzinnej wsi i zajął się twórczością pisarską. Pierwszym i najważniejszym jej owocem stała się wydana w owym, tak bogatym w kulturowe zdobycze, roku 1551 Kronika wszytkiego świata na sześć wieków, monarchie czterzy rozdzielona, z kosmografią i z rozmaitemi królestwy, tak pogańskiemi, żydowskiemi, jako i krześcijańskiemi, z Sybillami i proroctwy ich, po polsku pisana, z figurami, w której też żywoty cesarskie, papieskie i tych królów z ich królestwy, asyryjskich, egipskich, żydowskich, greckich, perskich, tureckich, węgierskich, czeskich i inych królów, książąt, jako inych przełożonych, od początku świata aż do tego roku, który się pisze 1551, są wypisane, między któremi też nasza Polska na ostatku z osobna jest wypisana. Dzieje powszechne, skompilowane z łacińskich i czeskich kronik, zawierały odrębna księgę o polskiej historii, doprowadzonej do śmierci Zygmunta Starego. Tu zasługa autora jest nie do podważenia: to pierwsza historia Polski pisana po polsku. Dzieło ojca kontynuować będzie syn, Joachim, który w roku 1597 wyda odrębnie Kronikę polską Marcina Bielskiego, doprowadzając jej narrację do roku 1586. Korzystamy z niej w tym tomie, a pisać o niej będziemy w następnym.
Tu jednak wspomnieć warto także o literackiej twórczości starszego Bielskiego, bowiem otwiera ona inny jeszcze rozdział naszej historii kultury (i sporów). Pan Marcin był autorem kilku bardzo zgrabnych komedii i satyr, pisanych oczywiście po polsku. W 1557 w Krakowie ukazał się jego moralitet Komedyja Justyna i brata z siostrą, jako im Ociec nauke po sobie zostawił dając miejsce napirwej uczciwej Starości i jej mistrzyni Mądrości – mądra refleksja nad przekazem doświadczeń życiowych i nauk moralnych między pokoleniami. Dziesięć lat później wydał Bielski satyry, wśród których znalazł się utwór jeszcze ciekawszy: Sjem [czyli sejm] niewieści. Pomysł nie był w literaturze światowej nowy. O sejmie kobiet pisał już blisko dwa tysiące lat wcześniej mistrz ateńskiej komedii, Arystofanes. Bielski wprowadza do nas wątek rywalizacji płci i emancypacji kobiet w sferze publicznej. Siedem bohaterek satyry debatuje nad kryzysem polityki polskiej, za który odpowiada nieudolność męska („brodatych”). Białogłowy punktują słabości swoich mężów, braci i ojców: „Więcej strzegą powagi, okazałej mowy, / Niźli coby przyniosło nam pożytek zdrowy. / Ta ich rada na sejmie, chłopka na wsi złupić, / A na swych kolacyjach każdy dzień się upić. / Króla, Pana swego, mało sobie ważą, / Gdzie mu prawdy potrzeba, tam się nie okażą; / Tylko własnych pożytków z pilnością szukają, / A o pospolitą rzecz, o tę nic nie dbają.” Panie składają więc same parlament, w którym przedstawiają własny program naprawy Rzeczypospolitej. Pierwszym jego punktem było oddanie majątków ziemskich w zarząd kobiet, na pewno bardziej gospodarnych od mężów. Drugim – zreorganizowanie służby wojskowej tak, by zmieniając się co rok, kolejne ziemie wystawiały po 6 tysięcy żołnierza, co pozwoli wyszkolić łącznie i sto tysięcy zbrojnych, nie tylko panów-szlachty, ale kobiet („panienek”), rzemieślników, oraczy, księży nawet. Jednym słowem, służba wojskowa byłaby naprawdę powszechna. Trzecim artykułem programu było przyuczenie szlachty gospodarności, na sposób miejski, troska o rodzimą wytwórczość („aby nas więcej Włoszek i Niemiec nie łupił”). Czwartym: stanowcze żądanie, by Niemcy – trzeba im dzielną Wandę królową przypomnieć – „Śląsko wrócili” do Korony. Piątym – odebranie „Moskwicinowi” zabranych przezeń zamków… I tak dalej, i tak dalej, przez punkt dziesiąty, nakazujący mężom prohibicję. To punkt dobitnie argumentowany: „Wina i mocnych trunków by nie szynkowano, / Ktoby je miał szynkować, by mu je zabrano; / Bo wnet chłopi szaleją, gdy sobie podpiją, / Zwłaszcza winem węgierskim, albo małmazyją. / Rzadko chłop bywa trzeźwy, zawżdy się podpija, / Wstanie ku połudnowi, oczy mu zagniją; / Szatę zgniótł, ociera się, idzie do kościoła, / Twarz pijana, zapuchła, ujadła go pszczoła. / Gorzałki się opiją, śmierdzą nam przez skórę…”.
Dalej jest i punkt o naprawie sądów: by nie wygrywał w nich mocniejszy pieniędzmi, trzeba sędziów wynagradzać „z pospolitej skrzyni”, to jest z publicznego skarbu. Jest punkt o ulżeniu doli chłopa, o ograniczeniu obiegu pieniądza w państwie do wyłącznie własnej, polskiej monety, aż do punktu o pełnej unifikacji Prus z Koroną. To nie komedia, tylko poważny program polityczny, odbijający debaty sejmowe lat 1550-ych. A że przedstawiona w wizji protestu kobiet wyemancypowanych, porzejmujących władzę – tym ciekawsza, bo dająca się czytać w sposób, który może budzić interesujące skojarzenia z dzisiaj zgłaszanymi, serio, hasłami odebrania mężczyznom praw wyborczych i zarezerwowania ich wyłącznie dla żeńskiego rodzaju. Mogą autorki tych haseł poszukać genealogii literackiej w Rzeczypospolitej XVI stulecia.
Nad Bielskim górował popularnością Mikołaj Rej. Poznaliśmy już zapobiegliwego gospodarza i autora Krótkiej rozprawy między trzema osobami z roku 1543. Pora teraz zobaczyć, jak Rej, zdeklarowany już bojownik sprawy protestanckiej (początkowo w duchu luteranizmu, później już konsekwentnie – kalwinizmu) i jednocześnie ruchu egzekucyjnego wpisywał się kolejnymi swoimi dziełami w ów wielki spór o Polskę i Kościół, jaki toczył się w połowie Złotego Wieku XVI. Pan z Nagłowic, obrońca żonatego księdza Walentego z Chrzczonowa w sporze z biskupem krakowskim, usprawiedliwiający potem napaść Mikołaja Oleśnickiego na paulinów w Pińczowie, wyraził swoje protestanckie wybory w wydanej w roku 1557 w Krakowie Postylii, polskim językiem a prostym wykładem też dla prostaków krótce uczynionej. Ten rodzaj zbioru kazań (nazwa od post illa verba – to jest po owych słowach, czyli po czytaniu Ewangelii) był przeznaczony do domowej nauki religijnej. Krytykował katolickich „faryzeuszów”, spełniających swą wiarę w pustej, odświętnej obrzędowości, zachęcając barwnym, Rejowym językiem, do oparcia życia na nauce Pisma Świętego. Dzieło szybko zdobyło popularność, w serii reedycji (cztery do końca wieku) oraz tłumaczeń na litewski, a nawet ruski. Wydany rok później Wizerunk własny żywota człowieka poczciwego… konfrontuje bohatera – młodego człowieka – z naukami filozofów starożytności. Doprowadza czytelników, przez 12 tysięcy wierszy liczący tekst, do wniosku, że surowe, proste życie ziemianina, bliskie natury, lepsze jest od światowego, dworskiego, miastowego. Nie ma się co dziwić, że taka nauka odpowiadała wielu szlacheckim adresatom dzieła pana Mikołaja. Zapewne z wiekszą jeszcze przyjemnością, jakiej dostarczał przepełniający ten utwór dosadny dowcip i zwięzła satyra, której szczególnie częstym obiektem byli księża, współcześni Rejowi ziemianie czytali Źwierzyniec, w którym rozmaitych stanów, ludzi, źwirząt i ptaków kstałty, przypadki i obyczaje są właśnie wypisane. A zwłaszcza ku czasom dzisiejszym naszym niejako przypadające. To dzieło, zostało wydane w roku 1562, kiedy Rej pozamykał już katolickie świątynie w swoich dobrach, w Nagłowicach, Okszy, Rejowcu i innych. Zaostrzył język i prawdziwie polemicznym ogniem wybuchnął Rej w następnym, opublikowanym w 1565 roku utworze: Apocalypsis, to jest Dziwna sprawa skrytych tajemnic Pańskich. Rzym papieski jest tu apokaliptyczną bestią, a ton krytyki Kościoła katolickiego i jego sług podobny pierwszym wystąpieniom Lutra.
Obok Reja, drugim „wieszczem” protestanckiej przemiany, jaka szła przez szlachtę Rzeczypospolitej, był Andrzej Trzecieski młodszy (ok. 1525-1584). Syn Andrzeja, także reformacyjnego bojownika, kształcony m.in. na uniwersytecie w Wittenberdze, dworzanin Zygmunta Augusta, znalazł w końcu patrona w osobie księcia Mikołaja Radziwiłła „Czarnego”, głównego opiekuna kalwinizmu nie tylko na Litwie, ale także w Koronie. Pod skrzydłami „Czarnego” Trzecieski wszedł do zespołu tłumaczy, którzy przygotowali wydany w 1563 roku w Brześciu Litewskim, a wspominany już przez nas wcześniej, przekład Pisma Świetego z hebrajskiego i greki, słynną Biblię brzeską (zwaną też pińczowską od miejsca wykonania przekładu, albo Radziwiłłowską – od patrona). Przyjaciel Reja i przypuszczalnie autor pierwszej jego biografii, pisał Trzecieski po łacinie i po polsku. Chwalił w okolicznościowych wierszach swoich sojuszników ideowych, zaś katolickich oponentów (zwłaszcza nuncjusza papieskiego Aloysio Lippomano) wyszydzał elegancką łaciną. Ta na pół publicystyczna działalność literacka Trzecieskiego, miałaby może tylko doraźne znaczenie, istotne w kontekście sporów połowy XVI wieku, gdyby nie przeplatające się z nią, piękne, pełne autentycznej pasji religijnej wiersze tworzone po polsku. Trafiły do popularnych potem przez wieki kancjonałów, czyli zbiorów pieśni, śpiewanych przez wyznawców Kościołów reformowanych w Polsce i na Litwie. Wspomnijmy choćby dwie tylko takie pieśni: Modlitwa, gdy dziatki spać idą oraz Powszednia spowiedź. Przytoczmy z nich krótkie fragmenty. Najpierw wezwanie do „Niebieskiego Pana” ze Spowiedzi: „I daj możnie zwyciężyć / Ciężkie bojowniki: / Ciało z światem i szatanem / – Nasze przeciwniki. // Ej, nigdy nie przebrana / Studnico miłości, / Racz posilać łaską swoją / Me wielkie krewkości.” A potem – z modlitwy wieczornej: „Już sie zmierzka, nadchodzi noc, / Poprośmy Boga o pomoc, / Aby on naszym strażem był, / Od złych czartów nas obronił, / Którzy nawięcej w ciemności / Używają swej chytrości. […] // Ześli anioła świętego, / Aby mocą bóstwa twego / Przed dusznemi przeciwniki / Bronił nas, twe służebniki, / I zachował przez wszej szkody / Od każdej nagłej przygody”.
Dodajmy do tego jeszcze muzyczną oprawę, jaką dla tej poezji Trzecieskiego stworzył Wacław z Szamotuł (ok. 1524-ok. 1560). Najwybitniejszy kompozytor polskiego odrodzenia, wykształcony w Kolegium Lubrańskiego w Poznaniu, a potem na Uniwersytecie Krakowskim, był do 1555 kompozytorem nadwornym Zygmunta Augusta. Przeszedł następnie, po wyborze kalwinizmu jako nowego wyznania, do wileńskiej kapeli, na służbę do Mikołaja Radziwiłła „Czarnego”. Nie przetrwało wiele z jego twórczości do naszego czasu; największe dzieła – ośmigłosowa Msza, Oficja, Lamentacje – zaginęły w wojennych zawieruchach, lub zostały z nich tylko fragmenty. Ale to, co zostało, potwierdza słowa Szymona Starowolskiego (XVII-wiecznego historyka polskiej kultury): „Gdyby bogowie pozwolili mu żyć dłużej, z pewnościa nie potrzebowaliby Polacy zazdrościć Włochom Palestriny [i innych, wielkich kompozytorów Renesansu]”. Motety, psalmy oraz pieśni religijne Wacława do słów Reja i Trzecieskiego zachwycają swoim kunsztem splatania głosów i subtelnym liryzmem. Odnowił ich wydźwięk w kulturze muzycznej końca XX wieku Henryk Mikołaj Górecki, wprowadzając motyw z pieśni Szamotulczyka-Trzecieskiego w swój popularny w salach koncertowych całego świata I kwartet smyczkowy „Już się zmierzcha”. Jeśli chcemy jednak wniknąć w duchowe, religijne, najważniejsze zapewne dla ludzi czasu, który tu opisujemy, znaczenie wyborów Trzecieskiego czy Reja – i ich oponentów, Hozjusza czy Kromera, jeśli chcemy pojąć stawkę tych wyborów, jaką jest zbawienie wieczne – wtedy, proszę bardzo: posłuchajmy właśnie pieśni Wacław z Szamotuł, wsłuchajmy się w ich słowa.
Jak widzimy, religia przenika się wszakże w tych sporach z polityką rozumianą jako dobro wspólne. To dobro jest niemal równie ważne w książkowych, sejmowych i sejmikowych debatach połowy XVI stulecia. I ono, jego rozumienie – można chyba postawić taką tezę – wpływa hamująco na dynamikę konfliktu religijnego w Polsce tego czasu. Znajdziemy na potwierdzenie tej tezy liczne przykłady w dalszej naszej opowieści. Tu, kończąc powoli ten krótki przegląd dzieł istotnych, jakie zrodziła debata tocząca się między kwestią zbawienia dusz i reformy Rzeczpospolitej, wymieńmy jeszcze dwa takie przykłady. Pierwszego dostarcza postać i dzieło Jakuba Przyłuskiego (ok. 1512-1554). Pochodzący z niebogatej rodziny (może nawet nieszlacheckiej) z powiatu rawskiego na Mazowszu, wybił się swoim talentem lingwistycznym, pisarskim i prawniczym, zdobywając podstawy wiedzy na Uniwersytecie Krakowskim. Pogłębiał ją, jak wiele innych, współczesnych talentów, na dworze Piotra Kmity. Objął posadę pisarza grodzkiego w Przemyślu. Poznawał dzięki temu prawo od praktycznej strony, a zarazem miał czas na pisanie łacińskiej poezji okolicznościowej. Przyjaźnił się z Trzecieskim i księdzem Orzechowskim. Wspierał przemyskiego księdza w jego sprzeciwie wobec zakazu małżeństwa księży. Sam, choć dzierżył z łaski Kmity probostwo w Mościskach, odszedł od katolickiej prawowierności i też się ożenił. Przekładał Iliadę Homera z greki na łacinę, a także – za wiedzą i „błogosławieństwem” patrona protestantyzmu, księcia Albrechta – księgi Nowego Testamentu na język polski. To dyktowane religijnymi pobudkami zadanie odłożył jednak na bok, bowiem wciągnęło go mocniej przedsięwzięcie polityczno-prawnej natury. Już w sądzie przemyskim zrozumiał, jak praktycznie potrzebny jest drukowany zbiór praw polskich. Gromadził je systematycznie od 1544 roku (m.in. dzięki pomocy Piotra Kmity miał dostęp do archiwów królewskich i miejskich w Krakowie). Już na sejmie w Piortrkowie cztery lata później przedstawił swoją propozycję wydania takiego zbioru. Wtedy – bez rezultatu. Król zezwolił mu w końcu na druk. W 1553 roku w Krakowie wydany został wielki tom, 970 stron: Leges seu statuta ac privilegia Regni Poloniae… Podzielony przez na sześć części, stanowił pierwszy drukowany, systematyczny układ prawa polskiego. Przyłuski zaopatrzył dzieło w liczne komentarze, wyrażające tak jego wiedzę prawniczą, jak i nastawienie polityczne (sprzyjające programowi ruchu egzekucyjnego) oraz religijne (zdecydowanie krytyczne wobec pozycji Kościoła rzymskiego). Dołożył do tego jeszcze autor swoje łacińskie i greckie wiersze, w katolickiej doktrynie i instytucjach wskazujące źródło niepokojów, rozrywających Rzeczpospolitą. Ta bardzo wyraźna tendencja sprawiła, że episkopat katolicki domagał się zakazu rozpowszechniania dzieła Przyłuskiego. A jednak jego zbiór się rozchodził i odegrał wielką rolę – nie jako pomnik sporów religijnych połowy XVI wieku, ale jako powszechnie wykorzystywany w Rzeczypospolitej przewodnik po prawie zwyczajowym.
Rolę te mógł pełnić przede wszystkim za pośrednictwem swoistej kontynuacji, jaką stanowiły wydane dziesięć lat później przez Jana Herburta Statuta Regni Poloniae in ordinem alphabeti digesta (w 1570 wydrukowane także po polsku i wielokrotnie później wznawiane). Herburt (po 1524-1577), syn podkomorzego przemyskiego, sam pełniący także ten urząd na pewnym etapie swej kariery, prawnik doskonale wykształcony na Uniwersytecie Krakowskim, w Lowanium (belgijskim Louvain), a może i innych, zachodnich uczelniach, sekretarz królewski i kilkukrotny poseł na sejm z ziemi przemyskiej, od 1568 roku zasiadał w senacie jako kasztelan sanocki. W przeciwieństwie do Przyłuskiego, był gorliwym katolikiem i autorem pism broniących prawd wiary Kościoła rzymskiego przed napaściami protestantów. Spotykał się z Przyłuskim w jednym: w szacunku do prawa jako fundamentu Rzeczypospolitej i wspólnie ze swym poprzednikiem zbudował praktyczny pomnik tego prawa. Wersja Herburta tym chętniej będzie wykorzystywana przez nastepne dwa wieki, że układ alfabetyczny doda jej przejrzystości i czytelności w oczach sarmackich czytelników.
Wymeinić tutaj musimy jeszcze innego przedstawiciela obozu katolickiego w debatach owego czasu, a to dla wyjatkowego sukcesu, jakie jego dzieło, swoistej reklamie polskiego prawa i ustroju poświęcone, odniosło w skali europejskiej. Chodzi o Wawrzyńca Goślickiego (ok. 1530-1606). Pochodzący z Goślic pod Płockiem, absolwent Uniwersytetu Krakowskiego – jak niemal wszyscy inni bohaterowie tego rozdziału – ale również studiów prawniczych w Padwie i Bolonii, sekretarz królewski i dyplomata, był nie tylko księdzem katolickim, ale w końcu biskupem, najpierw kamienieckim, następnie chełmskim, przemyskim, a w końcu poznańskim. Był, jak piszą biografowie, dobrym pasterzem swoich diecezji, zwłaszcza tej ostatniej. Nie pisał jednak dzieł apologetycznych czy polemicznych w obronie katolickiej prawowierności. Był autorem praktycznie jednej ksiązki: De optimo senatore – O senatorze doskonałym. Opasły traktat, wydany w dwóch księgach, po raz pierwszy w Wenecji w roku 1568 (egzemplarz swego dzieła wręczy Goślicki królowi Zygmuntowi Augustowi na sejmie lubelskim roku następnego), został wkrótce wznowiony w Bazylei, a także przetłumaczony do końca XVI wieku dwa razy na angielski i wydany w Londynie, choć w okaleczonej przez cenzurę królestwa Elżbiety I, także dwukrotnie, w 1598 i 1607. Piękną, klasyczną łaciną napisane dzieło, zbierało mądrości starożytnych teoretyków ustroju, z Arystotelesem i Cyceronem na czele, by ukazać ich praktyczne zastosowanie w polskim systemie politycznym. Sławił Goślicki ustrój mieszany, to jest łaczący zasady monarchii (król), arystokracji (senat) i demokracji (izba poselska szlachty) w jednym, w istocie republikańskim ustroju. Zasadnicze znaczenie dla jego równowagi przypisywał senatowi i mądrości jego członków. Pełne nieco pompatycznych napomnień moralnych dzieło trafiło w gusta wykształconych czytelników epoki, ale zarazem okazywało się wywrotowe w systemie monarchii despotycznej, jaką była m.in. elżbietańska Anglia. Okoliczności przygód Senatora doskonałego w świecie anglosaskim wyjaśniła ostatnio Teresa Bałuk-Ulewiczowa. Potwierdza ona, że z książki Goślickiego usunięto w angielskich edycjach m.in. fragmenty broniące pozycji senatorów duchownych (katolickich biskupów), jak również pochwałę zasady elekcji władcy i krytykę monarchii dziedzicznej. Wstawiono za to dopisek na kartcie tytulowej: To the honour of the Polonian Empyre – ku chwale Rzeczypospolitej Polskiej.
Rozgłosu książce dodała awantura, jaka urządziła Elżbieta I, przyjmując w 1597 roku na audiencji polskiego posła, Jana Działyńskiego, skarżącego się na działalność angielskich piratów przeciw Gdańskowi. Królowa nie była przyzwyczajona do polskich zwyczajów, zgodnie z którymi można monarchę otwarcie krytykować – i wybuchnęła swoim cholerycznym temperamentem. Być może ten kontekst pozwala zrozumieć lepiej, jak nasz Goślicki trafił, w prześmiewczej postaci, na karty dramatu najzdolniejszego propagandysty królowej Elżbiety – to jest do Hamleta Williama Szekspira. Pisane wtedy właśnie arcydzieło wplata w swą dramatyczną osnowę wątek nadętego Poloniusza, ojca Ofelii, pełnego zawsze kwiecistych rad senatorskiego doradcę, który w końcu – ku satysfakcji widzów – ginie przypadkiem z rąk tytułowego bohatera tragedii. Tak jest – Poloniusz z Hamleta to niemal na pewno echo krytycznej na dworze Elżbiety lektury Goślickiego. I wyraz odmienności ustrojowej: „polskiego imperium”, w którym wolność obywatelska (szlachty) jest na pierwszym miejscu – i angielskiego, w którym wolności słowa na pewno nie było (to był czas, kiedy autorzy sztuk, mniej pokorni od Szekspira, trafiali łatwo w Londynie do więzienia). Wolność utrwali się tam dopiero w trakcie budowy własnego imperium zamorskiego: ex imperio libertas. I wtedy też, to jest dopiero w 1733 roku, ukaże się trzecie angielskie wydanie Goślickiego, już bez wykrojeń cenzorskich z czasów Elżbiety I.
To dalekie echo obywatelsko-religijnych debat Rzeczypospolitej XVI stulecia przywołujemy tutaj, nie po to, by wywołać znowu ducha kompleksu polskiego: czy nas pokażą na „Zachodzie” (raz jeszcze powiedzmy: samo to pojęcie istnieje dopiero od drugiej połówy wieku XVIII)? Czy trafi Polska na karty Szekspira? To może jest istotne dla późniejszych pokoleń, tych żyjących już w cieniu kompleksów Oświecenia i zaakceptowanego wewnętrznie samopoczucia „gorszej”, wschodniej Europy. To nie było natomiast istotne dla Modrzewskiego, Reja, Kromera, Przyłuskiego, Orzechowskiego, Goślickiego, Herburta, Hozjusza, ani dla ich odbiorców w Rzeczypospolitej. Nie tylko dlatego, że o Szekspirze nie mogli słyszeć, bo jego wspaniałe dzieła rozgłos zdobędą dopiero w wieku XVII. Dla nich ważne było poruszać dusze i sumienia obywatelskie rodaków, „ziomaków”, „prostaków”, jak ich czule nazywali, ale również, z poczuciem jakości swej myśli, swego stylu wyrazonego w języku międzynarodowym – czyli łacinie – pokazywać swoje przemyślenia innym: niech się też uczą i dowiedzą czegoś przy okazji o Polsce.
Inaczej niż większość jego znakomitych kolegów po gęsim piórze, których tu wymieniliśmy, Mikołaj Rej szczycił się nawet tym, że nigdy za granicą nie był. We wspomnianym już Źwierzyńcu z roku 1562, a ściślej w dołączonym do niego zbiorze epigramatów (Przypowieści przypadłe, z których się może wiele rzeczy przestrzec, zatytułowane w kolejnym wydaniu krócej: Figliki) podsumował swą zabawę z czytelnikiem wierszem Do tego, co czytał. Wpisane są w nim te słowa: „A niechay narodowie wżdy postronni znaią / Iż POLACY nie gęsi, iż swoy ięzyk maią. / Wszak widamy u sławnych, chociay nie Polacy, / Pisali też leda co, chudzi nieboracy. / A o Polakoch sobie ledwe tam baiali, / Iż też są iako ludzie, którzy ie widali. / Ieslibys też z niełaski na lewo szacował, / Masz papir, napisz lepiey – ia będę dziekował”. Zachęcał więc Rej przede wszystkim swoich rodaków, by poczuli dumę z tego, że mają swój język, nie „gęsi” (to jest łacinę) i żeby używali go coraz sprawniej, lepiej, piękniej, idąc w ślad za nim. I używali, nadal to robią, zostawiając ślad coraz głębszy i szerszy w naszej wybraźni, emocjach, zestawach symboli, które opisujemy językiem. Ten ślad wchodzi również coraz śmielej w literaturę, kulturę światową, pokazując, że można ją tworzyć nie wyłącznie w międzynarodowym języku elit (łacinie kiedyś, potem francuskim, dziś angielskim), ale to, co najlepsze – we własnym. Żłobić będą ten ślad kolejni twórcy literackiej polszczyzny, od Kochanowskiego, Potockiego, Karsickiego, przez największych romantyków, aż po pięcioro laureatów literackiej nagrody Nobla. Od Henryka Sienkiewicza do Olgi Tokarczuk – nazwiska laureatów wskazują, że ideowe wybory w ramach tej tradycji literackiej mogą być bardzo różne. A jednak tworzą razem wspólnotę dziedziców Reja, gospodarzy i gospodyń na tej roli, jaką on polecił uprawiać, a z której owoców wszyscy możemy korzystać.
Na ten aspekt przemian, jakie wyzwoliły gorące debaty połowy XVI wieku trzeba koniecznie zwrócić uwagę: tworzyła się w nich właśnie wspólnota języka polskiego, coraz silniejsza przez powstającą w jej ramach literaturę, przez obieg słowa drukowanego, w którym są wyrażane i prawa, i programy polityczne, i religijne polemiki, i literackie zabawy czy wyjątkowe arcydzieła. Owa wspólnota zacznie oddziaływać, przyjemnością i dumą z niej płynącą, na przebieg konfliktów, które dzieliły protestantów i katolików, zwolenników i przeciwników programu egzekucyjnego. Co jest ważniejsze dla ciebie: czy to, że jesteś zwolennikiem nauki Kalwina, a nie „papistą”? Czy to, że jesteś egzekucjonistą, a nie stronnikiem Habsburgów? Bardziej republikaninem niż monarchistą? Czy to, że – niezależnie od wyboru w poprzednich kwestiach – jesteś obywatelem, członkiem tej wspólnoty Rzeczpospolitej, której dodatkowym spoiwem staje się język, coraz więcej i subtelniej wyrażający? Takie pytania, razem stawiane, sprzyjały poszukiwaniu kompromisu, by się w powszechnej nie zgodzie nie zagubić, by odnaleźć zgodę w języku, który rozumiemy.
Świadectwem tej tendencji, a może po prostu dojrzałego wieku, w którym szuka się bardziej zgody z życiem i bliźnimi niż zaciekłych polemik, jest ostatnie wielkie dzieło Reja, wydane w latach 1567-1568 w Krakowie: Źwierciadło albo Kstałt, w którym każdy stan snadnie sie może swym sprawam jako we źwierciedle przypatrzyć. Zaczyna się to Zwierciadło od części najistotniejszej może: od Żywota człowieka poczciwego. Podany w trzech księgach wzór dobrego życia dla wszystkich stanów, rozważa dobry ożenek, obowiązki posłów (mądre słowa Reja o „stróżach Rzeczypospolitej” przytaczaliśmy już w poprzedniej części, przy okazji początków programu egzekucyjnego), wychowanie dzieci. Sławi nade wszystko spokojne, pracowite życie na wsi, w zgodzie z naturą i sąsiadami, kiedy cieszyć się można każdym czasem. Wyjątkowo doświadczony uczestnik życia publicznego, obecny na wielu sejmach jako poseł, ostatni raz gościł (jako człowiek prywatny) na sejmie lubelskim w roku 1569. Zmarł jesienią tego roku, nie wiemy gdzie, ani kiedy dokładnie.
Pomnażał już wtedy i wzbogacał wspólnotę polszczyzny Jan Kochanowski (ok. 1530-1584). Najważniejsze swe dzieła stworzył i opublikował po zamykającym narrację tego tomu roku 1572. Już jednak w pierwszych latach swej twórczości ujawnił talent, który wzbudził podziw współczesnych, z Rejem na czele. Urodzony w Sycynie, syn Piotra, sędziego ziemskiego sandomierskiego i Anny Białaczowskiej herbu Odrowąż, Kochanowski był zapisany od 1544 roku Uniwersytet Krakowski, na Wydziale Sztuk. Skorzystał następnie z patronatu księcia Albrechta Hohenzollerna (przebywał w Królewcu w latach 1551-1552 i ponownie, na tamtejszym uniwersytecie, w 1555-1556), by studiować długo w Padwie, odwiedzić Rzym i Paryż. Lata wędrówki skończyły się w 1559 roku. Zaczął się wtedy w życiu Kochanowskiego, typowy dla tylu innych humanistów polskich tego czasu, okres związków z dworami najświatlejszych możnowładców, w tym przypadku Tarnowskich i Tęczyńskich, podkanclerzego i biskupa przemyskiego Filipa Padniewskiego oraz lidera kalwinistów, Jana Firleja (jak widać motyw religijnych podziałów nie był dla poety istotny przy wyborze patronów). Nowy podkanclerzy i przyjaciel poety, ksiądz Piotr Myszkowski zarekomendował go w końcu na dwór samego Zygmunta Augusta, gdzie Kochanowski został jednym z sekretarzy królewskich. Był w środku życia miejskiego Krakowa, życia dworskiego, spraw politycznych Rzeczypospolitej, obyczajowych oraz religijnych debat i skandali. Był w centrum polskiej kultury, tak jak wcześniej poznał najważniejsze centra europejskiego humanizmu. Połączy potem te doświadczenia m.in. we Fraszkach i Pieśniach. Początkowo tworzył częściej po łacinie niż po polsku. Przed 1572 wydał już jednak w naszym języku m.in. poemat Zuzanna, z dodanym doń, a cytowanym już w poprzedniej części wspaniałym hymnem Czego chcesz od nas, Panie; poemat heroikomiczny Szachy oraz dwa dzieła publicystyczno-poetyckie – Satyr albo Dziki mąż (1564) i napisaną w 1562, a opublikowaną trzy lata później Zgodę. Tymi ostatnimi dwoma utworami spróbujemy zamknąć przegląd literacko-kulturowej logomachii, wojny słów, jaka rozpętała się między najbardziej utalentowanymi autorami Rzeczypospolitej po 1551 roku.
Także dlatego warto na tych utworach zatrzymać jeszcze uwagę, bowiem odzwierciedlają one kierunek zmian, jaki w owej „wojnie” wyraźnie się zaznaczał. Tu już nie dominuje, jak jeszcze w latach pięćdziesiątych, zaciekłość religijnej polemiki, ale wezwanie do tytułowej zgody, do wzajemnego, również politycznego porozumienia, bez którego Rzeczpospolita się nie ostoi. W Zgodzie odsyła Kochanowski zwaśnionych rodaków do soboru powszechnego w Trydencie, kończącego właśnie swoje obrady z walnym udziałem kardynała Hozjusza. Zdradzający wcześniej oznaki sympatii do prądów reformacyjnych, poeta podkreśla teraz potrzebę pokoju religijnego. Znajduje podstawę do niego raczej w samonaprawiającym się Kościele katolickim niż w protestanckich gniewach i szyderstwach, których zapiekłość w pobudzaniu „rozterku” (czyli konfliktu wewnętrznego) w Polsce Kochanowski piętnuje. Ostrzega przed zewnętrznym wrogiem, który – z Moskwą na pierwszym miejscu – korzysta z tych podziałów we wspólnocie potomków Lecha słowieńskiego: „A o nieprzyjacielach swoich co trzymacie. / Których tak wiele wokół, ile sąsiad macie? […] A otuchę im czyni nie siła, nie zbroja, / Ale tylko niezgoda sławna, Polsko, twoja”. Podpowiedź daje jedną: „A naprzód starajcie się o społecznej zgodzie: / W tej ci samej nadzieja, że się przy swobodzie / Swej dawnej zostoicie i drogę najdziecie, / Jako w pierwszy porządek wszytko przywiedziecie”. W tym samym kierunku dążą rady i krytyki Satyra, dedykowanego Zygmuntowi Augustowi. Tytułowy bohater biada nad upadkiem rycerskiego ducha w Polsce, przytłoczonego przez zabiegi szlachty tylko wokół bogactwa, na sprzedaży zboża przez Gdańsk budowanego, bez myśli o potrzebie obrony – przed Tatarami, przed Moskwą, która wtedy akurat zdobyła na Litwie Połock. Mówi z pretensją do braci-Sarmatów: stara broń już dawno „skowana na pługi”, z miecza „już dawno w kuchni rożen długi / W przyłbicach kwoczki siedzą albo owies mierzą…”. Poeta krytykuje, ustami Satyra, nadmierne gadulstwo posłów na sejm (z ruchem egzekucyjnym Kochanowski raczej nie sympatyzował): każdy teraz mówi, a nikt nie słucha. „Niechaj drudzy, jako chcą, prawo rozumieją, / Niechaj pisać i mówić roztropnie umieją: / Za fraszkę ten wasz rozum stanie na ulicy, / Jeśli nie będzie pewny żołnierz na granicy”.
Takie patriotyczne napomnienie, stawiające jakby znak zapytania obok namiętnych dyskusji, rozdzierających polskie życie polityczne połowy XVI wieku, nie zamyka ich oczywiście. Kto miał rację: czy ci, co jednak walczyli między sobą, na sejmikach i sejmach o reformę Rzeczypospolitej, i ci, zmagający się wzajemnie na synodach protestanckich, w polemikach katolicko-reformacyjnych, o widzialny kształt wiary – czy też tacy, jak Kochanowski, wzywający już do uspokojenia, do zgody? Łatwiej będzie nam rozważać to istotne, nie tylko w tamtych czasach, pytanie, kiedy zapoznamy się za chwilę z dalszym, burzliwym ciągiem owych polityczno-religijnych namiętności w życiu Korony i Litwy od śmierci Barbary Radziwiłłówny do unii lubelskiej i śmierci samego Zygmunta Augusta. Zanim jednak rozstaniemy się z literackim, a szerzej – intelektualnym ich odbiciem w dziełach ludzi, który uczynili ten moment właśnie Złotym Wiekiem naszej kultury, przywołajmy jeszcze jeden wiersz: Muza. Napisany przez Kochanowskiego prawdopodobnie około roku 1567, a wydrukowany dopiero w pośmiertnej edycji zbiorowej dzieł poety, wskazuje na to, że obok publicznego dialogu, w który wchodzi wciąż i którym żyje prawdziwa kultura, cechuje ją także, przynajmniej w jej najdojrzalszej postaci, pewien dystans wobec spraw i ludzi współczesnych, nadzieja na dialog z przyszłymi pokoleniami. Cudowny język, jaki się w tym wierszu ujawnia, z takim blaskiem może po raz drugi w naszej literaturze (obok hymnu Czego chcesz od nas, Panie), tworzy doskonałe narzędzie owego dialogu, do którego my wszyscy, umiejący te słowa przeczytać, usłyszeć, przekazać – jesteśmy wezwani:
Sobie śpiewam a Muzom. Bo kto jest na ziemi, 
Coby serce ucieszyć chciał pieśniami memi? 
Kto nie woli tym czasem zysku mieć na pieczy, 
Łapając grosza zewsząd, a podobno k’ rzeczy: 
Bo z rymów co za korzyść krom próżnego dźwięku? 
Ale, kto ma pieniądze, ten ma wszytko w ręku: 
Jego władza, jego są prawa i urzędy; 
On gładki, on wymowny, on ma przodek wszędy. 
Nie dziw tedy, że ludzie cisną się za złotem, 
A poeta, słuchaczów prózny, gra za płotem, 
Przeciwiając się świerczom, które nad łąkami 
Ciepłe lato witają głośnemi pieśniami. 
Jednak mam tę nadzieję, że przedsię za laty 
Nie będą moje czułe nocy bez zapłaty; 
A co mi za żywota ujmie czas dzisiejszy, 
To po śmierci nagrodzi z lichwą wiek późniejszy…
I opatrzył to dawno syn pięknej Latony [Apollo],
Że moich kości popiół nie będzie wzgardzony…
Ta nadzieja stanowi sens kulturowego dziedzictwa, jakie w rozmaity sposób wszystkie niemal, przytoczone w tym rozdziale postaci, od Frycza, Kromera, Hozjusza, Bielskiego, po Reja, Wacława z Szamotuł, Goślickiego, Kochanowskiego – tak wzbogaciły w latach panowania Zygmunta Augusta. Oni uczynili polską myśl i kulturę równoprawnymi uczestnikami europejskiej wymiany, w tak ważnym jej momencie przechodzenia od Renesansu przez reformacyjny kryzys ku nowym pytaniom i wyzwaniom. I oni też nadali tej myśli i kulturze, a zwłaszcza językowi – walor dumnej samodzielności, zdolność porozumiewania z kolejnymi generacjami Polaków. To chyba najważniejsze osiagnięcie owego czasu.

Produkty powiązane

Opinie o produkcie (0)

do góry

Zamknij X W ramach naszego serwisu stosujemy pliki cookies. Korzystanie ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym.

Sklep jest w trybie podglądu
Pokaż pełną wersję strony
Sklep internetowy Shoper.pl