Antoni Macierewicz to chyba najbardziej demonizowany i szkalowany polityk III RP. Przez opozycję totalną i lewaków w ogóle nękany jest nieustannymi procesami sądowymi. Za co? Za niezłomny patriotyzm, nieustępliwość w służbie Polsce, wierność wartościom chrześcijańskim, za sprzeciw wobec kolonizacji Polski przed i po 1989 r. Najzacieklej atakowany jest za listę nazwisk współpracowników komunistycznej bezpieki i za dociekania smoleńskiej prawdy. To jeden z niezbyt wielu w rodzimej polityce mężów stanu, dla którego dobro Ojczyzny jest najważniejsze. Niestrudzenie pracuje dla kraju wedle słów ks. Piotra Skargi: „własnych pożytków zapomniawszy”. 

Ostatnimi czasy już nie tylko media, ale i autorzy książek rzucili się na Antoniego Macierewicza. Wszystkim paszkwilom, którymi został obrzucony, daje odpór autoryzowana biografia, którą trzymacie Państwo w ręku. „Macierewicz. Człowiek do zadań niemożliwych” to efekt dziesiątków rozmów (oczywiście nie tylko z bohaterem tej publikacji), spenetrowania setek dokumentów i wydawnictw. Uwikłania bohatera w najważniejsze wydarzenia historyczne i polityczne ostatniego półwiecza są zdumiewające. Kogo interesują kulisy władzy, ten przeczyta tę biografię jednym tchem. Np. wyjaśnienie dymisji Macierewicza jako ministra obrony jest zupełnie inne niż domniemały wszystkie media. 

Poznajemy też opinie o Macierewiczu zarówno jego bliskich współpracowników, jak i oponentów. Dowiadujemy się np. na czym polega(ła) jego walka z Adamem Michnikiem, który od dawna prezentuje serwilistyczną postawę wobec sił zewnętrznych, a wyniosłą, albo nawet agresywną, wobec obozu narodowego. 

Bogato ilustrowana (ponad sto zdjęć, wiele prywatnych), sięgająca XIX-wiecznych korzeni biografia, wyszła spod pióra Jerzego Kłosińskiego, wieloletniego redaktora naczelnego „Tygodnika Solidarność”, autora publikacji z zakresu najnowszej historii. Tylko ktoś, kto sam znajdował się w środku opisywanych wydarzeń, mógł tak głęboko wniknąć zarówno w realia PRL-u, jak i III RP. Kłosiński kreśli wyrazisty portret bohatera książki, który niezmiennie twierdzi, iż „niepodległość ma jeden kształt, a wiele form niewola”. O tę niepodległość trzeba było toczyć zacięte boje, płacić uwięzieniem, internowaniem, polityczną i społeczną eliminacją. Premier Jan Olszewski trafnie nazwał Antoniego Macierewicza „człowiekiem do zadań niemożliwych”. 

I Korzenie; dzieciństwo, młodość

II Harcerstwo, marcowy protest w 1968 r.

III Krąg starszoharcerski, praca naukowa

IV Początki opozycji, założyciel KOR-u

V Działalność opozycyjna, środowisko „Głosu”

VI W Solidarności

VII Stan wojenny, internowanie, podziemie

VIII Przeciwnik Okrągłego Stołu

IX Lustracyjne minimum

X Okres ROP i Ruchu Katolicko-Narodowego

XI Likwidacja WSI i powołanie nowych służb

XII Od Smoleńska do WOT

IX

Lustracyjne minimum

Tuż po Okrągłym Stole Antoni Macierewicz i jego środowisko polityczne, czyli Wolni i Solidarni, prezentują 24 kwietnia 1989 r. stanowisko „Wobec wyborów do Sejmu i Senatu PRL”: „Obecna, uzgodniona przy Okrągłym Stole ordynacja wyborcza jest ceną za legalizację niezależnych związków zawodowych i stowarzyszeń. Ordynacja ta nie spełnia nadziei społeczeństwa. (…) W takim wypadku uważamy, że kandydatów na posłów i senatorów powinni wysuwać niezależni działacze z danego terenu.(…) środowisk katolickich i niepodległościowych”, którzy „zobowiążą się do działań na rzecz przywrócenia wolnych wyborów” i „swoim udziałem w zbliżających się wyborach nie dokonają moralnej legalizacji obecnego ustroju i partii rządzącej”. A Piotr Naimski zadaje retoryczne pytanie w „Wiadomościach” z 28 maja: „dlaczego Komitet Obywatelski w moim imieniu wyrzeka się słowa niepodległość?”.

Macierewicz drukuje w czerwcowym numerze „Głosu” wywiad, jaki przeprowadził z Janem Olszewskim, pod znamiennym tytułem „Autokratyzm realny”, który, jak się wydaje, wyraża jednocześnie stanowisko samego Antoniego. Olszewski mówi, że „podstawowe kwestie zostały uzgodnione wcześniej, a spektakularne pertraktacje przy Okrągłym Stole dotyczyły już spraw drugorzędnych.(…) strona rządowa w pełni przeprowadziła swoje stanowisko: uzyskała zgodę na powołanie urzędu prezydenta RP, na sejm z zagwarantowaną większością rządową niemal 2/3 oraz senat o zupełnie iluzorycznych uprawnieniach” i co najważniejsze „utrzymała w zasadzie nienaruszony system nomenklatury”.

Aby wszystko tak zmienić, żeby nic nie zostało zmienione, niezbędne było dołączenie do starej nomenklatury nowych kadr o rodowodzie solidarnościowym. Wśród tych, którzy zawarli układ w Magdalence, widać było, że tworzy się nowa kadra nomenklatury mająca oparcie w Solidarności i Wałęsie. Ale tylko w części Solidarności, bo wtedy działa jeszcze Grupa Robocza Solidarności złożona z ludzi z dawnej Komisji Krajowej, negatywnie ustosunkowana do Okrągłego Stołu, w której czołową rolę odgrywali Jerzy Kropiwnicki i Marian Jurczyk, ale – jak mówi Antoni – „część kolegów traktowała tę inicjatywę jako narzędzie licytacji z Wałęsą, a nie jako gotowość tworzenia własnego nurtu. Brakowało im poczucia własnej wartości i znaczenia. Wałęsa ich przytłaczał, więc zakładali, że najwyżej można coś z nim wynegocjować. Na przykład Kropiwnicki umiał negocjować i wypracował sobie własną pozycję personalną, ale już nie wpłynął na struktury, to samo Rulewski. Zresztą sama nazwa – Grupa Robocza – z góry zakładała, że jest to tylko pomysł dyskusyjno-przygotowawczy. W efekcie poszczególni członkowie Grupy zaczęli walczyć o to, aby uzyskać jak najlepsze miejsce dla siebie w nowych strukturach. Reaktywowała się Solidarność, ale na bazie Okrągłego Stołu, więc uznałem, że trzeba budować partię polityczną, bo Solidarność została wchłonięta w ten proces polityczny Okrągłego Stołu. Wchodzimy zatem do Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego dwiema grupami, jako środowisko ‘Głosu’ i WiS. 28 października 1989 r. ZChN ma już zjazd założycielski, dopiero 7 miesiące później powstaje Porozumienie Centrum, które w pierwszym okresie bazuje na Wałęsie, robiąc mu kampanię w wyborach prezydenckich”.

Jak pisze Antoni Dudek w „Historii politycznej Polski 1989–2015”, ZChN powstało z szeregu organizacji o orientacji chrześcijańskiej i narodowo-demokratycznej: „Do najważniejszych należały Kluby Polityczne ‘Ład i Wolność’ oraz ‘Wolność i Solidarność’, a także Katolicki Nurt Stowarzyszeń Akademickich. W skład ZChN weszło także silnie nacjonalistyczne Narodowe Odrodzenie Polski, ale już w lutym 1990 r. opuściło tę partię. Prezesem Zarządu Głównego ZChN wybrano Wiesława Chrzanowskiego, a wiceprezesami Antoniego Macierewicza i Marka Jurka. Partia ta w 1990 r. dysponowała w parlamencie kołem – działającym w ramach OKP – które skupiało 3 posłów i 3 senatorów”. Posłami byli Jan Łopuszański, Stefan Niesiołowski i Marek Jurek, którzy szybko zaczynają się wyróżniać radykalizmem na tle innych posłów OKP.

Lewica KOR-owska stawia na reformy rządu Tadeusza Mazowieckiego, w tym terapię szokową w gospodarce wprowadzoną przez plan wicepremiera Leszka Balcerowicza, a tak naprawdę podyktowaną przez ultraliberalne grupy interesu na Zachodzie, za akceptacją samego Lecha Wałęsy. Jednak bardzo szybko Wałęsa taktycznie zmienia front, wygląda bowiem na to, że szybko zbliżają się nowe wybory prezydenckie, że kadencja Jaruzelskiego zostanie skrócona, co faktycznie ma miejsce i 2 października marszałek Sejmu zarządza wybory na 25 listopada. Wałęsa wydaje się naturalnym kandydatem na to stanowisko. W marcu 1990 roku taktycznie mówi o końcu przyjaźni z rządem, który nie ma powszechnego poparcia. Na przewodniczącego Komitetu Obywatelskiego powołuje Zdzisława Najdera, odwołuje Henryka Wujca ze stanowiska sekretarza OKP. Tadeusz Mazowiecki zostaje wysunięty jako kandydat na prezydenta przez tych, którzy popierają reformy jego rządu, co nie daje mu wielkich szans. W październiku powstaje konkurencyjny Komitet Wyborczy Lecha Wałęsy, w jego składzie są między innymi Mieczysław Hniedziewicz, Jan Olszewski i Wiesław Chrzanowski, działacze dwóch największych partii popierających jego kandydaturę, czyli Porozumienia Centrum i Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego. Lider PC Jarosław Kaczyński osobiście wspiera kandydaturę Wałęsy. „Jakie ja miałem możliwości – zapyta retorycznie po latach – żeby się przebić ze swoim programem przyspieszenia? Nie miałem szans na poparcie z Kościoła ani Solidarności, ani środowisk intelektualnych. Tylko Wałęsa dawał szanse na realizację naszego programu”.

9 grudnia 1990 r. Lech Wałęsa wygrywa wybory prezydenckie, ale w II turze. 20 dni później powołuje na premiera Jana Krzysztofa Bieleckiego z Kongresu Liberalno-Demokratycznego (KLD), którego rząd jest kontynuacją liberalnej polityki poprzedniej ekipy, z Balcerowiczem jako wicepremierem. Istnieje tylko dzięki poparciu prezydenta Wałęsy. Istotną rolę w tym rządzie odgrywa zaufany Wałęsy, szef Urzędu Ochrony Państwa (UOP powstał w 1990 roku po likwidacji SB, na bazie zweryfikowanych jej funkcjonariuszy) Andrzej Milczanowski. Przygotował on poufną listę 7 tys. kandydatów na posłów i senatorów, będących współpracownikami UB i SB. Nie było to pierwsze ukryte przed opinią publiczną sprawdzanie agentury. Za rządu Mazowieckiego do tajnych archiwów weszła czteroosobowa komisja złożona z trzech historyków i posła Adama Michnika. Przez trzy miesiące penetrowała ona akta personalne MSW, łamiąc wszelkie reguły przeglądania tajnych akt, nie pozostawiając praktycznie żadnej dokumentacji po sobie. To był najlepszy dowód, że dla głównych akuszerów Okrągłego Stołu wszystko było możliwe.

ZChN było pierwszą partią polityczną, która wyrażała niezgodę na kierunek przemian wprowadzonych w wyniku Okrągłego Stołu, natomiast Porozumienie Centrum było zapleczem kampanii wyborczej Wałęsy. ZChN też go wspierało, ale nie miało bezpośredniego z nim kontaktu. Gdy ostatecznie wybory wygrywa Wałęsa, Antoni Macierewicz wchodzi do komitetu doradczego prezydenta, obok Olszewskiego, Kurowskiego, Włodarczyka i Winieckiego. Jarosław i Lech Kaczyńscy są ministrami w kancelarii prezydenckiej. Okres zasiadania przez Macierewicza w komitecie doradczym co prawda wprowadził go w krąg osób decyzyjnych w państwie, ale trzeba powiedzieć, że sam komitet był ciałem całkowicie fasadowym, bez żadnego poważniejszego wpływu na politykę Wałęsy. Po prostu zainteresowania prezydenta sprowadzały się do utrzymania dobrych relacji z komunistami, a gdy w Moskwie doszło między 19 a 21 sierpnia 1991 do puczu Janajewa, czyli próby zwalczenia Gorbaczowa i odrzucenia pieriestrojki oraz powrotu do starej komuny, to Wałęsa natychmiast szukał pomocy u Kiszczaka. Pucz, jak wiadomo, się nie udał, przeciwstawił mu się skutecznie Borys Jelcyn.

Pierwsze w pełni demokratyczne wybory parlamentarne, przesunięte przez Wałęsę z wiosny na jesień, odbyły się 27 października 1991 r. przy bardzo niskiej frekwencji 43,3 proc. – i nic dziwnego, bowiem społeczeństwo straciło zaufanie do demokracji kontrolowanej przez środowiska lewicowe, sprzyjające komunistom. Minęły dopiero dwa lata od przełomu związanego z powołaniem rządu Mazowieckiego, a Polacy czuli się zawiedzeni.

27 października 9 komitetów wyborczych uzyskało po więcej niż 10 mandatów, natomiast aż 14 wprowadziło do Sejmu po mniejszej liczbie posłów. Był to parlament wyjątkowo rozdrobniony i co ważne, najwięcej głosów otrzymali ci, którzy byli beneficjentami porozumienia Okrągłego Stołu, czyli Unia Demokratyczna lewicy laickiej – 62 miejsca i postkomuniści zgrupowani w Sojuszu Lewicy Demokratycznej – 60 mandatów. Pozostałe największe ugrupowania miały następującą liczbę posłów: KPN – 51, Wyborcza Akcja Katolicka, czyli ZChN – 50, Porozumienie Obywatelskie Centrum – 44. Rząd powołał Jan Olszewski, ale dopiero 23 grudnia, po licznych negocjacjach i manewrach, głównie między Jarosławem Kaczyńskim a Lechem Wałęsą. To był rząd mniejszościowy i niejednorodny; bezpośrednio związanych z premierem było zaledwie kilku ministrów. Do nich na pierwszym miejscu zaliczał się Antoni Macierewicz, który został ministrem spraw wewnętrznych, resortu wówczas bardziej kluczowego niż dzisiaj.

Wcześniej, w czasie przesłuchania na komisji sejmowej ma miejsce prorocza scena, którą zapamiętał Marcin Gugulski, niedługo już rzecznik prasowy rządu Olszewskiego: „Było przesłuchanie kandydata na ministra spraw wewnętrznych przed komisją, której przewodniczył Lech Kaczyński. Byłem sprawozdawcą sejmowym różnych tytułów prasowych. W pewnym momencie ze straszliwym hukiem pękła żarówka i wszyscy się przerazili, tylko Lech Kaczyński i Antoni Macierewicz siedzieli nieruchomo, nawet nie mrugnęli okiem. To było piękne i jakże symboliczne dla przyszłych wydarzeń”.

Jan Parys, powołany na ministra obrony narodowej, mówi, że „premier Jan Olszewski zdawał sobie sprawę z trudnej sytuacji swojego rządu i kłopotów z nie do końca spójną Radą Ministrów. Stworzył więc mały zespół, który składał się z Włodarczyka, Najdera, Macierewicza i ze mnie. Dzień wcześniej przed posiedzeniami Rady Ministrów spotykaliśmy się w tym węższym gronie, bez protokołu, aby ustalić tryb jej prowadzenia. Premier miał nie tylko zaufanie do Antoniego, ale też popierał jego działania, w tym przygotowywaną niemal od początku funkcjonowania rządu akcję lustracyjną”.

Ale od początku największym problemem tego rządu nie był mniejszościowy charakter, tylko relacje z Wałęsą. Chciał on mieć bezpośredni wpływ na tzw. resorty prezydenckie, czyli MSZ i MON. Ministrem spraw zagranicznych był ciągle Krzysztof Skubiszewski, zapewniający prezydentowi ten wpływ. Natomiast polityka pierwszego cywilnego ministra obrony narodowej Jana Parysa, szczególnie personalna, polegająca na usuwaniu starej postkomunistycznej kadry, nie spodobała się Wałęsie, a w rzeczywistości jeszcze bardziej jego nowemu szefowi kancelarii, Mieczysławowi Wachowskiemu. Był to spór, który zaognił w pierwszych miesiącach relacje rządu z prezydentem, ale pokazał też, że siły przeciwne nowemu rządowi zrywającemu z układem Okrągłego Stołu skupiają się teraz wokół prezydenta Wałęsy. Te siły doprowadziły też do tego, że minister Parys podał się do dymisji 18 maja. Niedługo potem miał odejść cały rząd.

Główne kierunki polityki Olszewskiego polegały na rozpoczęciu starań o wejście Polski do EWG i NATO, doprowadzeniu dla zbilansowania budżetu i osiągnięciu wzrostu gospodarczego, ratowaniu rolnictwa oraz przeprowadzeniu lustracji i dekomunizacji w strukturach państwa. Antoni Macierewicz w wyborach parlamentarnych startował z listy ZChN i jako poseł został członkiem sejmowej komisji obrony. Gdy po niecałych dwóch miesiącach został ministrem, na zwolnione po nim miejsce w komisji parlamentarnej wchodzi poseł ZChN z okręgu skierniewicko-płockiego, Mariusz Marasek. Dzięki znajomości z mec. Andrzejem Zalewskim, który zostaje z kolei zastępcą Macierewicza w MSW, Mariusz Marasek trafia do resortu także jako doradca i zasiada między innymi w zespołach, które pracowały nad ustawą lustracyjną. Ale podstawą sprawnego funkcjonowania resortu była ścisła współpraca dwóch przyjaciół, którzy sprawdzili się we wspólnym działaniu już pod koniec lat 1960. w harcerstwie, a następnie w podziemnej opozycji, czyli Antoniego Macierewicza i Piotra Naimskiego, tym razem jego zastępcy i szefa Urzędu Ochrony Państwa. Ten fakt podkreśla Piotr Woyciechowski, mianowany na doradcę ministra 7 stycznia. Ma wtedy zaledwie 26 lat, wcześniej działał w strukturach podziemnych Solidarności, a w roku 1991 był asystentem w komitecie doradczym przy prezydencie Wałęsie, zajmując się sprawami MON oraz MSW i współpracując w tym zakresie z Antonim Macierewiczem. Piotr Woyciechowski przypomina pierwsze swoje dni w resorcie i dalsze prace:

„Zadanie, jakim mnie obarczył minister, polegało na spenetrowaniu działalności podległej mu w strukturze MSW komórki organizacyjnej – działającej pod nazwą Inspektoratu Nadzoru i Kontroli (powstałej z przekształcenia dawnego Głównego Inspektoratu Ministra), funkcjonującej jeszcze w czasach SB. Komórka ta miała bardzo ciekawe materiały o działalności operacyjnej Służby Bezpieczeństwa, o tajnych współpracownikach SB, a także o szczegółowej strukturze resortu spraw wewnętrznych PRL. Na początku dostałem pokój przy ówczesnym dyrektorze, pułkowniku dawnej Służby Bezpieczeństwa, Zbigniewie Chwalińskim (nota bene bardzo ważna postać dla SB, która była przez naszych poprzedników niedoceniana). Na początku lutego minister Macierewicz dał nam nowe zadania polegające na tym, aby przygotować się merytorycznie do wdrożenia w życie projektowanych w MSW ustaw lustracyjnych. Powierzył mi zbudowanie do tego celu zespołu – Wydziału Studiów, którego koncepcję wcześniej przygotowałem. Celem akcji lustracyjnej było nie tylko wyeliminowanie agentury, ale przede wszystkim stworzenie korpusu urzędniczego, który będzie wiarygodny i niezależny od ubeckiego, nie obciążony przeszłością i nie powiązany rodzinnie z UB i SB. Ostateczna decyzja o zatrudnieniu kandydata do Wydziału następowała po osobistej rozmowie z ministrem Macierewiczem. Zadania były bardzo jasno postawione – rozpoznać zasób archiwalny oraz system ewidencji operacyjnej SB, poznać wszystkie regulacje wewnętrzne, zapoznać się i przeanalizować treść materiałów operacyjnych tajnych współpracowników i prowadzonych spraw operacyjnych. Legitymowaliśmy się niespotykanymi dotąd uprawnieniami. Trzeba przyznać, że przełamanie oporu starej kadry nie byłoby możliwe bez determinacji samego ministra Macierewicza. Bezwzględnie egzekwował adresowane do podległego mu aparatu polecenia. Był konsekwentny, a jak trzeba nawet brutalny. Ale też wyjątkowo ważne było to, że działał razem z Piotrem Naimskim, ówczesnym szefem UOP, któremu podlegał wywiad. Bez tego tandemu nasze prace w takim zakresie i z takim skutkiem nie byłyby możliwe”.

Zespół Piotra Woyciechowskiego pracował w cieniu wielkiej polityki i miał być wykorzystany dopiero w momencie uchwalenia przez resort ustaw lustracyjnych. Antoni Macierewicz sprawę lustracji poruszał wielokrotnie, najpierw w swoim programie wyborczym, później w czasie przesłuchań przez komisje sejmowe przed mianowaniem na ministra, a jak został już szefem MSW, dziesiątki posłów namawiało go, żeby natychmiast robił lustrację. Projekty przygotowywane w resorcie miały polegać na wprowadzeniu trzech rozwiązań, wyjaśnie dobitnie Macierewicz autorom książki „Lewy czerwcowy”, Jackowi Kurskiemu i Piotrowi Semce, w 1993 r.: „Najpierw miała być uchwała Sejmu, rodzaj apelu do posłów, senatorów i wyższych urzędników, którzy byli związani z SB, żeby sami w ciągu trzech miesięcy wycofali się z pełnionych stanowisk”, następnie ustawa o ochronie tajemnicy państwowej, która pozwalałaby lustrować „wszystkich urzędników państwowych przez komisję specjalnie po temu stworzoną przy Prezesie Rady Ministrów” oraz na końcu – ustawa dekomunizacyjna. Te ustawy przewidywały tryb odwoławczy. Prace były konsultowane z premierem Olszewskim.

Antoni Macierewicz z Janem Olszewskim spotyka się trzy razy w tygodniu: we wtorek na posiedzeniu rządu, w piątek tylko we dwóch, a później w gronie poszerzonym o Najdera, Parysa i Włodarczyka. „Nie pamiętam aby Jan zakwestionował jakiekolwiek moje działania – wspomina Macierewicz. – Dobrym przykładem jest sprawa informacji, którą przyniósł szef kontrwywiadu Konstanty Miodowicz, że strona rosyjska w czasie negocjacji o wycofaniu wojsk sowieckich chce użyć szantażu wobec Wałęsy, mając wiedzę o jego agenturalności. Uprzedziłem Wałęsę o tym planie strony rosyjskiej, ale on cały czas twierdził, że nie był żadnym współpracownikiem SB. Z Wałęsą w siedzibie MSW i Belwederze w sprawie materiałów na jego temat odbyłem kilka rozmów, począwszy od lutego. Ale nie po to się spotykaliśmy, aby rozstrzygać, czy był agentem. Zastanawialiśmy się, jak rozwiązać problem lustracji. Byliśmy na ty, więc starałem się go przekonać, że przyznanie się do faktów jest nieuniknione. On też deklarował, że lustracja jest niezbędna. Proponował, aby dotyczyła tylko tych, którzy zostali agentami w stanie wojennym, bo, argumentował, gdy ktoś zaczynał współpracę z SB w czasie już wielkiego ruchu Solidarności, to nie ma wątpliwości, po czyjej stał stronie. Udowadniał mi, że skala współpracy z SB była duża, że przecież też Mazowiecki, Stomma, Moczulski współpracowali, i wielu innych. Sporo na ten temat wiedział, choć nie ujawniał źródeł swych informacji. Ale przede wszystkim te rozmowy traktował jako okazję do tego, żeby się dowiedzieć, co wiemy dokładnie o jego współpracy z SB i co zamierzamy z tym zrobić. Moim zdaniem, Wachowski miał swoich ludzi wśród dawnych archiwistów i dysponował informacjami na temat naszych prac, choć, jak przypuszczam, w ograniczonym zakresie. Pełne materiały były znane w naszym ścisłym kręgu, czyli poza mną: premier, Piotr Naimski, wiceminister A. Zalewski, szef i jego zastępca z Wydziału Studiów. O samych rozmowach z Wałęsą informowałem premiera bezpośrednio. Natomiast reszta pracowników Wydziału Studiów mogła mieć tylko szczątkową wiedzę na ten temat, zresztą ci młodzi ludzie bardzo honorowo traktowali przyjęte zasady ścisłej dyscypliny nieujawniania na zewnątrz żadnych informacji o prowadzonych pracach”.

Rzeczywiście, prace w MSW 19-osobowej ekipy były trzymane w tajemnicy aż do 28 maja, kiedy nagle Janusz Korwin-Mikke zgłasza w Sejmie uchwałę o przeprowadzeniu lustracji najważniejszych osób w państwie. Ta uchwała niespodziewanie uzyskała poparcie większości, bo akurat jej przeciwnicy zbojkotowali głosowanie, licząc, że ona nie przejdzie z uwagi na brak kworum. Mariusz Marasek mówi: „Projekt sejmowej uchwały lustracyjnej, który zgłosił Janusz Korwin-Mikke, miał wiele wad, przede wszystkim brak procedury odwoławczej, więc gdy ustawa była głosowana, Macierewicz zagadnął mnie: ‘co my z tym zrobimy?’ Byliśmy świadomi ułomności tego projektu, jednak uważaliśmy, że lepiej przyjąć go i poprawić w innym trybie niż wyrzucić od razu do kosza”. Prawda zresztą jest taka, że Macierewicz przygotował własną uchwałę, którą miał zgłosić jeden z posłów ZChN, ale inicjatywa Korwina była dla MSW wygodniejsza, bo wskazywała, że wychodzi spoza rządu. Jedno jest pewne, lustracja musiała być zadecydowana podczas ówczesnego posiedzenia sejmu, gdyż zapowiedź Wałęsy odwołania premiera Olszewskiego i wniosek o dymisję ze strony UW i KLD przesądzały o upadku rządu.

Podczas głosowania nad uchwałą Macierewicz wstrzymał się, bo, jak mówił w 1993 r., nie chciał, by powstał jakikolwiek pozór, iż wywiera presję, iż coś forsuje. Uchwała nakazywała ministrowi spraw wewnętrznych ujawnić do 6 czerwca informacje o współpracownikach UB i SB wśród posłów, senatorów, ministrów i wojewodów, sędziów i prokuratorów. Premier dopiero wieczorem tego dnia mógł rozmawiać telefonicznie z ministrem Macierewiczem o tej nagłej uchwale i jak mówił w wywiadzie zamieszczonym w książce wydanej w sierpniu 1992 r. pt. „Olszewski – przerwana premiera”, wtedy uświadomił sobie, w obliczu czego stanął rząd: „Posłowie wiedzieli, że rząd zapowiedział dokonanie takiego aktu lustracji, zapewne na to czekali, ale już było wiadomo, że rząd długo nie przetrwa. Mieli więc świadomość, że jeśli rząd upadnie, to wraz z nim idea lustracji pójdzie w głębokie zapomnienie i że wobec tego należy niektóre fakty przyspieszyć poprzez tę uchwałę [zgłoszoną przez Korwina-Mikke]”.

Jan Parys podkreśla, że „lustracja była traktowana w tym rządzie za rzecz konieczną. Olszewski uważał, że trzeba oczyścić życie polityczne i uwolnić państwo od ryzyka uzależnienia władzy od czynników niejawnych i zewnętrznych. Razem z Antonim zakładał, że po ogłoszeniu tej listy ci ludzie, których było kilkudziesięciu (spośród ponad 500 osób zasiadających w Sejmie i Senacie), sami odejdą z życia politycznego, bo zadziała mechanizm wstydu. W imię dobra kraju nie będą walczyć i oskarżać. Okazało się, że jest odwrotnie, bo tych kilkadziesiąt osób nie tylko się awanturuje, ale w ich obronie staje większość sejmowa i w tym sensie zarówno Jan Olszewski, jak i Antoni psychologicznie źle rozpoznali polską inteligencję, swoich kolegów parlamentarzystów. Większość patrzy na wykonanie uchwały lustracyjnej tak, jakby Antoni przez swoją słuszną działalność przyczynił się do wykreowania sytuacji konfliktowej, w rezultacie której rząd został odwołany. Ale konflikt z prezydentem, który postawił wniosek o odwołanie rządu, pojawił się jeszcze przed uchwałą lustracyjną, w związku ze sporem o traktat polsko-rosyjski i zapisem o enklawach rosyjskich w Polsce, którym przeciwny był Olszewski i Macierewicz. To było powodem frontalnego ataku Wałęsy na rząd, który wysłał sławną depeszę do niego przed podpisaniem w Moskwie porozumienia o wycofaniu wojsk rosyjskich z Polski. Ta depesza uniemożliwiła Wałęsie wyrażenie zgody na oddanie dawnych baz sowieckich w ręce rosyjskich ‘przedsiębiorców’ wywodzących się z GRU i KGB, czego domagał się Jelcyn”.

Chodziło też o wybudowanie przez Polskę osiedli w obwodzie kaliningradzkim dla rosyjskich oficerów ewakuowanych z baz w Polsce. Wałęsa zgodził się na to w tajnych rozmowach z Jelcynem, a rząd Olszewskiego uniemożliwił podpisanie takiego porozumienia. Wałęsa wrócił wściekły i już na lotnisku powiedział, że z tym rządem nie chce współpracować i skierował list do Sejmu w tej sprawie. Wszystko to działo się przed posiedzeniem Sejmu i przesądzało o losie rządu. W tej sytuacji uchwała lustracyjna była nieuchronna.

„Można dyskutować, czy Antoni jako szef MSW tę uchwałę realizował dostatecznie precyzyjnie, ale to nie on zgłosił jej projekt. Był niewolnikiem krótkiego terminu jej wykonania i ogólnikowego zapisu. Został postawiony przed faktem dokonanym, czyli decyzją sejmu” – wyjaśnia Jan Parys.

Trudno się nie zgodzić z twierdzeniem, że to nie wykonanie uchwały lustracyjnej było głównym powodem skierowania wniosku Wałęsy o odwołanie rządu, bo decyzja o tym zapadła wcześniej, już 3 czerwca. Wałęsa wytypował na stanowisko premiera młodego prezesa i posła PSL – Waldemara Pawlaka. Kwestią już tylko techniczną było przeprowadzenie operacji odwołania ekipy Olszewskiego.

W tym czasie straszono najbliższych Antoniego; żona odbierała telefony z pogróżkami wobec siebie i córki Oli. Te groźby były na tyle poważne, że jednostka specjalna „Grom” dowodzona przez Sławomira Petelickiego ochraniała ministra i jego najbliższą rodzinę. Zresztą warto wspomnieć o znamiennym fakcie z początków urzędowania w ministerstwie: pokazano mu jego… sobowtóra, co odebrał wówczas jako realną groźbę.

Rodzi się pytanie, kto był w bardziej dramatycznej i trudniejszej sytuacji, Wałęsa czy Macierewicz? Obalenie mitu walecznego i nieskalanego przywódcy nie dotyczyło tylko prezydenta, tu chodziło o tych kilka bardzo ważnych osób w państwie ze strony solidarnościowej. Z zasobów archiwalnych wynikało, że tajnymi współpracownikami byli też Wiesław Chrzanowski – marszałek Sejmu i lider ZChN, Leszek Moczulski – lider KPN. Znajdowały się również materiały wskazujące na współpracę Bronisława Geremka. I choć absolutna większość ujawnionej agentury to byli ludzie SLD (w tym cała czołówka tej partii z przewodniczącym W. Cimoszewiczem), to waga tych trzech nazwisk przywódców ówczesnej prawicy byłą poważna. Jaką trzeba mieć odporność i siłę moralną, żeby uznać, że prawda jest zawsze ważniejsza niż polityczny układ, polityczna i nawet fizyczna presja? A może chodziło również o to, by dzięki temu, że opinia publiczna dowie się prawdy, rząd Olszewskiego zostanie uratowany? No, cóż, to byłoby naiwne mniemanie.

Antoni Macierewicz tak to dziś wyjaśnia: „Miałem świadomość: gdyby nie było lustracji, to wynik głosowania nad wotum nieufności byłby taki sam. Nie staliśmy przed alternatywą lustracja czy rząd. Staliśmy przed inną: odejść z lustracją czy bez lustracji. Byłem po rozmowach z Dariuszem Wójcikiem z KPN, wicemarszałkiem Sejmu, któremu pokazałem akta Moczulskiego i nie miałem złudzeń, że oni niezależnie od sprawy Moczulskiego będą głosować przeciwko naszemu rządowi. Tak samo pokazałem je Chrzanowskiemu, gdy wrócił z Australii. Pojechałem po niego na lotnisko Okęcie i następnie do jego domu, pokazałem akta, odbyła się wielogodzinna rozmowa, jak rozwiązać ten problem. Uważałem, że jestem zobowiązany przynieść mu jakiś rodzaj pomocy, tak jak przedtem Wałęsie”. Antoni w wywiadzie w 1993 r. wyznał, że to, co musiał wtedy powiedzieć Chrzanowskiemu, było jednym z największych jego dramatów i bardzo to przeżył.

Dziś, w roku 2019 mówi: „Przez lata sprawa Chrzanowskiego była moim największym, można powiedzieć strasznym, problemem psychologiczno-moralnym. W 1992 r. Piotr Naimski i Piotr Woyciechowski nie mieli w tej sprawie cienia wątpliwości, uważali, że fakty są oczywiste i nie ma o czym dyskutować. Jednak ja nie miałem jasności, czy słusznie postąpiłem ujawniając jego nazwisko. Dla mnie to było trudne także ze względów osobistych, mieliśmy podobny sposób patrzenia na kwestie ideowo-polityczne, znaliśmy się od lat, w wielu sprawach współpracowaliśmy, ale były też związki bardzo szczególne, dotyczące Chrzanowskiego i mojego Ojca, nie tylko dlatego, że obaj byli w Stronnictwie Pracy, ale dlatego że mieli tę samą łączniczkę, panią Cecylię Weker. Była uczennicą i asystentką mojego Ojca, ale też jego zwierzchnikiem w konspiracyjnym Stronnictwie Pracy i odegrała ważną rolę w życiu naszej rodziny. To ona w 1946 r. przeprowadzała Chrzanowskiego, gdy próbował uciec za granicę, przez kontakt w Cieszynie. Po kilku dniach okazało się, że jest spalony i wrócili do Warszawy. Pamięć o Ojcu była dla mnie niesłychanie istotna, a ta historia była z nią pośrednio związana. Te wszystkie sprawy emocjonalne z przeszłości dodatkowo komplikowały sprawę Chrzanowskiego tak dalece, że za każdym razem, kiedy wypowiadał się w mediach, a robił to bardzo ostro, wprost mnie potępiając, to wracało poczucie, że może wyrządziłem mu krzywdę, ujawniając te dokumenty o nim. Tak myślałem, dopóki Cenckiewicz nie opublikował w 2015 r. artykułu na temat jego związków z Biurem Studiów SB, a dokładnie z płk. Aleksandrem Makowskim – ostatni meldunek na temat polskiego dyplomaty we Francji Chrzanowski przekazał jesienią 1989 r., czyli jego współpraca z SB trwała jeszcze w czasie rządów Tadeusza Mazowieckiego. Wtedy to przestałem mieć do siebie pretensje”.

To dość typowe dla Antoniego Macierewicza zachowanie. Z jednej strony zdecydowanie i bezkompromisowość, z drugiej pogłębiona refleksja niepozbawiona osobistych akcentów.

Siostra Antoniego Barbara wspomina, że historia Chrzanowskiego w najbliższej rodzinie, w obecności ich mamy, była wiele razy wałkowana. Sławomir Cenckiewicz w obszernym studium „Od ‘Emila’ do ‘Pertexa’. Wiesław Chrzanowski (1923–2012) w aktach bezpieki” pokazuje, jak rozległa była współpraca Chrzanowskiego z SB. Trwała z przerwami od lat 1940. W wypowiedzi z 2016 r prof. Cenckiewicz tak charakteryzuje byłego prezesa ZChN: „Należy uznać Chrzanowskiego za postać tragiczną. Chciał być aktywny, ale zderzył się z machiną przemocy w jej fazie najbardziej ekspansywnej, jaką był stalinizm. I to mu trwale przetrąciło kręgosłup. Stał się politykiem dysfunkcjonalnym, bo samoograniczającym się w działaniu nawet po 1989 roku. Gdyby on nie miał tych strasznych doświadczeń, to później, w warunkach mniejszych represji po 1954 roku, dawałby sobie radę. Jego zniszczyła pamięć tego, co może człowiekowi zrobić UB. I z tą pamięcią ostatecznie przegrał w czerwcu 1992 roku, kiedy to minister Macierewicz zgodnie z prawem i zasadami słusznie umieścił go na tzw. liście zasobów agenturalnych MSW. Wtedy zaczął się ostateczny polityczny upadek Chrzanowskiego i jego ZChN-owskiej formacji, która usuwając Macierewicza, Walerycha i Maraska, myślała, że problem ‘Spółdzielcy’ [jeden z pseudonimów Chrzanowskiego] ma za sobą”.

Premier Jan Olszewski po latach tak podsumował Macierewicza jako ministra: „Antoni jest naprawdę człowiekiem od misji niemożliwych, w 1991 r. nie znalazłbym na szefa MSW kogoś innego. Jeżeli mieliśmy przeprowadzić ustawę lustracyjną, sprawę kluczową dla struktur i charakteru państwa, to mogło udać się to jedynie z nim. Nie zdołaliśmy tego dokończyć, bo upadek mojego rządu został skutecznie przyspieszony. Wyglądałoby to wszystko inaczej, gdybyśmy dostali trochę czasu. MSW uważaliśmy do pewnego stopnia nawet za ważniejsze niż MON. ‘Wojsko’ to była sprawa bardziej złożona, skomplikowana, wieloaspektowa. Tak na co dzień wydawało się, że największe zagrożenie stanowią komunistyczne służby cywilne. Wpływu tych wojskowych nie doceniliśmy wtedy”.

Krzysztof Wyszkowski tak ocenia jego rolę w rządzie Olszewskiego jako ministra spraw wewnętrznych: „Wątpliwe, aby Jan Olszewski bez Antoniego zdecydował się na tak radykalne podejście do tej zdrady moskiewskiej, czyli tworzenia spółek rosyjskich na bazie wycofujących się ich wojsk w Polsce. Była to operacja dobrze zaplanowana i przygotowana, o zupełnie dalekosiężnych skutkach geopolitycznych. Odważenie się, żeby rzeczywiście doprowadzić do tego skandalu, wymagało wielkiej determinacji. Znając Olszewskiego, ta pozycja Antoniego przy nim jak Sosnkowskiego przy Piłsudskim spowodowała, że mogły wówczas zapaść historyczne decyzje dla Polski”.

Antoni Macierewicz, człowiek o wyjątkowo silnym i odpornym charakterze, robi krok, który będzie miał kolosalne znaczenie. Do końca zastanawiał się, „Co będzie lepsze? Zostawić to wszystko w cieniu, jak dotychczas, i pozwolić na pogrążenie się kraju, czy wyciągnąć na wierzch i zaryzykować komunistyczny odwet? To była decyzja o losach Polski. Miałem świadomość siły strony przeciwnej i stopnia ryzyka”.

Mariusz Marasek wspomina: „Spotykałem się z Macierewiczem tuż przed przyniesieniem do sejmu materiałów lustracyjnych. Mieliśmy świadomość, że jest to niebezpieczne z uwagi na czołowych polityków będących na liście, ale niektórzy mieli nadzieję, że oni przyjmą to do wiadomości i pod presją społeczną poddadzą się. Wątpliwości w tej sprawie jednak się pojawiały, miał je m.in. Andrzej Zalewski, ówczesny wiceminister w MSW. Minister jednak uważał, że nie należy nic kombinować przy tej liście, usuwając osoby niewygodne, bez których łatwiej byłoby ją przyjąć, czyli zwłaszcza Wałęsę, jego ministrów, Moczulskiego czy Chrzanowskiego. To wyglądałoby jednak na działania cyniczne i instrumentalne, podważające tym samym wiarygodność całego przedsięwzięcia”.

Premier Olszewski otrzymał listę Macierewicza „tego samego dnia, co wszyscy pozostali adresaci, czyli 4 czerwca rano. Otworzył ją dopiero po kilku godzinach wtedy, gdy pojawił się wysłannik od prezydenta z jego oświadczeniem kwestionującym tryb lustracji, gdzie też wyjaśniał, że w grudniu 1970 r. podpisał ‘3 albo 4 dokumenty’”. Po południu Wałęsa kieruje pismo do Sejmu, domagając się natychmiastowego odwołania premiera Olszewskiego i wieczorem przybywa do parlamentu ze swoimi ministrami, aby dopilnować operacji odwołania rządu.

Opinia publiczna nie jest przygotowana na taki obrót sprawy, choć media, wtedy prawie w 100 proc. pozostające w dyspozycji przeciwników lustracji, mnożą histeryczne oskarżenia wobec premiera Olszewskiego i ministra Macierewicza. Wieczorem rozpoczyna się debata nad odwołaniem rządu, w przerwie premier jedzie do telewizji, aby wygłosić krótkie przemówienie, w tym czasie w sejmowym salonie prezydenta odbyło się spotkanie uwiecznione na filmie „Nocna zmiana”, gdzie Wałęsa montuje koalicję do głosowania nad odwołaniem Olszewskiego i desygnowania na premiera Waldemara Pawlaka. Tuż przed głosowaniem premier wygłasza przemówienie z trybuny sejmowej, a po północy odbywa się głosowanie nad wotum nieufności. Wniosek poparło 273 posłów, między innymi z UD, KLD, SLD, KPN i PSL, przeciw było 119 z ZChN, PC, Porozumienia Ludowego i Solidarności.

Premier Olszewski ustąpił, mimo że cała operacja miała charakter zamachu stanu. W swoich dwóch ostatnich przemówieniach mówił, „że dawni współpracownicy komunistycznej policji politycznej mogą być zagrożeniem dla bezpieczeństwa wolnej Polski” i postawił kluczowe pytanie „Czyja ma być Polska?”. W książce „Przerwana premiera” stwierdził, że koalicja, która powstała do obalenia jego rządu, miała „wspólny interes całej sfery nomenklaturowej i ‘okrągłostołowej’. Taki, aby podtrzymać istniejący układ, który przez ujawnienie teczek i procesu lustracji zostałby zburzony. Bo po rzetelnym przeprowadzeniu lustracji układ ten poniósłby tak olbrzymie straty personalne, że nie dałoby się go utrzymać. (…) Był pewnego rodzaju siatką, obejmującą tysiące ludzi, w różnych sferach życia, szczególnie gęstą tam, gdzie są newralgiczne ogniwa aparatu państwowego”.

Obalenie rządu Olszewskiego było szokiem, niektórzy ludzie nawet płakali, bardzo przeżywali powracanie starego systemu w nowej szacie, systemu, który miał całkowicie upaść już w 1989 r. Ten dramatyczny wieczór bywa do dziś wspominany na spotkaniach wyborczych Antoniego Macierewicza. „Niektórzy politycy prawicy bardzo długo sądzili, że Wałęsa jest politykiem samodzielnym, który inaczej rozkłada akcenty i inaczej prowadzi grę, ale cel ma ten sam i że w tej sytuacji nie należało ujawniać jego agenturalności. Podnosi się też, że być może zatajenie tej sprawy uratowałoby rząd i lustrację. Nie zauważali jeszcze, że to jest człowiek całkowicie politycznie zdemoralizowany i zdeterminowany, by utrzymać układ Okrągłego Stołu w najgorszym jego wariancie”.

Jan Parys rozważa po latach jeszcze inną hipotezę: „Premier mógł wezwać mieszkańców Warszawy do przyjścia pod Sejm i manifestacji w obronie rządu; wtedy być może posłowie głosowaliby inaczej, widząc, że za rządem stoi na progu gmachu Sejmu kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Wypowiadam tę opinię na podstawie tego, że przez następny rok trwały liczne demonstracje poparcia Olszewskiego i lustracji. Mieliśmy świadomość, że to, co robimy, cieszy się akceptacją społeczeństwa. Jan Olszewski nie był zdecydowany, żeby z tego poparcia skorzystać. Wolał być politykiem kuluarowym, a nie wiecowym, co wynikało z jego osobowości. Niestety Jan Olszewski miał podejście idealistyczne, sądził, że nasi przeciwnicy, kierując się dobrem państwa i Polski, poprą nasz budżet, który miał być głosowany na przełomie czerwca i lipca. A jaki oni reprezentowali poziom, najlepiej pokazuje film ‘Nocna zmiana’. Oni mówili językiem knajackim i interesowało ich wyłącznie przejęcie władzy, a nie to, co jest dobrem państwa”.

Piotr Woyciechowski stwierdza, że „Teraz, po niemal 30 latach uznaję uchwałę Janusza Korwina-Mikke za prowokację wymierzoną przeciwko rządowi premiera Jana Olszewskiego, w celu jego obalenia. Wprowadzenie jego uchwały lustracyjnej pod obrady Sejmu RP, a następnie jej przegłosowanie było dla nas wielkim zaskoczeniem. Do tej pory nie znamy rzeczywistego autora projektu tej uchwały. Nie wiemy także, dlaczego projektodawca pominął agenturę wojskowej bezpieki, ograniczając się do żądania ujawnienia konfidentów SB i UB”. Woyciechowski dodaje dalej:

„Na wiele pytań nie znamy odpowiedzi. Wiele wątpliwości do dnia dzisiejszego nie zostało wyjaśnionych. To prawda, że rząd Jana Olszewskiego był rządem mniejszościowym. To prawda, że dryfował na granicy niestabilnej większości sejmowej, ale to dryfowanie mogło trwać jeszcze przez wiele miesięcy. Antoni Macierewicz musiał wykonać uchwałę lustracyjną. To rzecz oczywista. Odmowa jej realizacji lub próba jej storpedowania przez środowisko polityczne, które na swoich sztandarach wypisało hasła lustracji i dekomunizacji, byłaby nie do zaakceptowania przez antykomunistyczny elektorat. Można powiedzieć, że w tym wypadku rząd Olszewskiego popełniłby polityczne harakiri”.

Te pytania są ważne, ale Woyciechowski zapomina, że o ile ujawnienie agentury SB było realne, bo przez kilka miesięcy dzięki Macierewiczowi mógł pracować nad tym w MSW Wydział Studiów, to akta bezpieki wojskowej były zupełnie niedostępne i żadna uchwała nie umożliwiałaby ich ujawnienia w ciągu kilku dni, jakie miał do dyspozycji rząd Olszewskiego. Pokazały to najlepiej lata następne, gdy Macierewicz jako szef SKW i Komisji Weryfikacyjnej w latach 2006/7 potrzebował wielu miesięcy, by przygotować ujawnienie agentury WSW, wywiadu wojskowego PRL i WSI.

Produkty powiązane

Opinie o produkcie (0)

do góry

Zamknij X W ramach naszego serwisu stosujemy pliki cookies. Korzystanie ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym.

Sklep jest w trybie podglądu
Pokaż pełną wersję strony
Sklep internetowy Shoper.pl