Nie podporządkowali się antychrześcijańskiej rewolucji. 232 lata temu wybuchło powstanie w Wandei
Republikański generał Michel de Beaupuy pada ranny w bitwie pod Entrammes (26 października 1793 r.), podczas której młodziutki dowódca wandejski Henri de la Rochejaquelein poprowadził swoją armię do zwycięstwa. Obraz Alexandra Blocha. Fot. Wikimedia 10 sierpnia 1792 r. w Paryżu podburzony przez Dantona paryski motłoch wraz z „batalionem z Marsylii”, złożonym z wypuszczonych z więzień bandytów, zaatakował pałac Tuileries, w którym przebywała rodzina królewska. Monarszej pary broniły Gwardia Szwajcarska i Gwardia Narodowa, a także spora grupa szlacheckich ochotników. Wśród tych ostatnich był François Athanase de Charette de la Contrie, dzielny porucznik Marine Royale, weteran wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych, który odważnie bronił pałacu królewskiego przed nacierającą tłuszczą. Kiedy jednak, mimo przewagi Gwardii Szwajcarskiej i ochotników (Gwardia Narodowa zdradziła króla), Ludwik na życzenie deputowanych rozkazał Szwajcarom złożyć broń, doszło do tragedii. Rozwścieczony motłoch rzucił się na bezbronnych gwardzistów i ochotników, dokonując jednej z najbardziej przerażających rzezi w historii rewolucji. Por. de Charette, broniąc się, próbował zasłonić własnym ciałem jednego z młodziutkich gwardzistów, jednak rozwścieczeni „ochotnicy z Marsylii”, widząc, że chłopiec kurczowo trzyma się dłoni porucznika, dosłownie odrąbali Szwajcarowi ramię i rozszarpali go żywcem. Odcięte ramię chłopca zostało w dłoni de Charette’a... Wydawało się, że i dla dzielnego porucznika nie ma już ratunku, motłoch zdążył bowiem zedrzeć z niego mundur i powalić go na ziemię. Rannego uratował pewien paryski stangret, który pomógł mu wydostać się z tego piekła i udzielił schronienia w swoim domu. Porucznikowi udało się powrócić do swego majątku w Fonteclose, ale trauma, której doświadczył w Paryżu, spowodowała załamanie nerwowe. Nie widział wówczas żadnej możliwości przeciwstawienia się rewolucyjnym zbrodniarzom.
Śmierć króla Ludwika, zgilotynowanego 21 stycznia 1793 r., zamknięcie kaplic i kościołów, w których posługiwali kapłani odmawiający złożenia przysięgi „na wierność narodowi”, a w końcu ogłoszenie 23 lutego, przez rewolucyjne Zgromadzenie Narodowe, poboru rekruta wywołały prawdziwe wzburzenie w północno-zachodnich departamentach. Zwłaszcza wśród ludności chłopskiej. „Zabili naszego króla, wypędzili naszych księży, sprzedali dobra naszego Kościoła – gdzie są pieniądze? Wszystko przejedli; teraz chcą naszych ciał – nie, nie dostaną ich!” – krzyczeli na komisjach wojskowych młodzi Wandejczycy. W wielu miejscowościach organizowano chłopskie oddziały uzbrojone w widły, kosy i niekiedy broń myśliwską. Wybuch antyrewolucyjnego powstania stał się kwestią najbliższych dni.
W marcu 1793 r. grupa powstańców, wiedząc o dokonaniach bojowych por. de Charette’a, udała się do Fonteclose, prosząc go o objęcie dowództwa. Nie chcąc narażać na pewną śmierć słabo uzbrojonych młodych ludzi (wciąż miał w pamięci masakrę pod pałacem Tuileries), początkowo dwukrotnie odmówił. Ich determinacja odniosła jednak pożądany skutek – 18 marca porucznik odzyskał wolę walki i przyjął dowództwo. Tak miała powstać Armia Katolicka i Królewska Dolnej Piktawii. Dla de Charette’a rozpoczynała się najważniejsza kampania w życiu.
Tymczasem por. William Bulkeley, stacjonujący ze swoim regimentem w Auray niedaleko Morbihan (Bretania), nie chcąc podporządkować się władzom rewolucyjnym, podał się do dymisji. Na propozycję zwiększenia wynagrodzenia, jeśli zgodzi się pozostać i złożyć przysięgę na wierność Konwentowi, odpowiedział: „Służyłem Bogu i królowi Francji i nie chcę innej służby. Honor jest cenniejszy od zaszczytów”, po czym złamał szpadę. Dzielną postawę młodego Irlandczyka wysoko ocenili formujący się w oddział chłopi z Saint-André-d’Ornay w pobliżu La Roche – natychmiast ogłosili go swoim dowódcą. Zgodził się bez wahania.
Dumna z męża Céleste [Bulkeley] natychmiast postanowiła dołączyć do powstańców w charakterze pielęgniarki. Uznała ponadto, że będąc znaną w okolicy damą, nie będzie budziła podejrzeń jako przemytniczka broni i amunicji oraz organizatorka zaciągu ochotniczego dla powstania. 11-letnia córka Aminta oraz pokojówka zgodziły się jej pomóc w ryzykownym przedsięwzięciu. Oddział Williama po wyparciu z La Roche wiernych nowym władzom przedstawicieli władzy okręgowej zajął miasto. Wkrótce dołączył do nich z grupą ochotników płk Charles de Royrand, weteran wojen siedmioletniej i o niepodległość Stanów Zjednoczonych. Pomimo swoich 67 lat postanowił raz jeszcze podnieść broń w służbie katolickiej Francji; por. Bulkeley oddał dowództwo w jego ręce. Do powstańców dołączył także Jean Baptiste Joly, dawny sierżant i chirurg z Flandryjskiego Regimentu Piechoty.
Wkrótce formująca się Centralna Armia Katolicka i Królewska w spektakularny sposób pokonała siły republikańskie pod Pont-Charrault koło Chantonnay. Doświadczenie bojowe płk. de Royranda w połączeniu z błyskotliwym fortelem polegającym na zaśpiewaniu katolickiej „Marsylianki”, której tekst ułożył podobno por. de Charette, spowodowało rozgromienie rewolucyjnego oddziału. Żołnierze republikańscy dali się zaskoczyć powstańcom – słysząc melodię rewolucyjnej pieśni i nie rozumiejąc z daleka słów, byli przekonani, że przybywa im na odsiecz kolumna wojska z Nantes. Po tym sukcesie płk de Royrand przegrupował siły, rozdzielając swój oddział na dwie kolumny. Jedna z nich, dowodzona przez Joly’ego, w której znaleźli się William i Céleste, niosąca powstańczy sztandar z hasłem „Zwyciężyć lub zginąć”, podjęła dwukrotną próbę opanowania portowego miasta Sables d’Olonne. Niestety, tym razem republikanie dysponowali przewagą ogniową dział z zacumowanej w porcie korwety. Powstańcy ponieśli znaczne straty i zostali zmuszeni do odwrotu. Po tej porażce Céleste uznała, że należy sformować oddział rezerwowy, który w razie niepowodzenia byłby w stanie osłaniać odwrót. Sama postanowiła zająć się jego organizacją i wyszkoleniem; pomysł zyskał poparcie płk. de Royranda i Williama. Madame Bulkeley również objęła dowództwo nad formowanym oddziałem strzelców.
Tymczasem por. de Charette wraz ze zorganizowaną przez siebie Armią Katolicką i Królewską Dolnej Piktawii odnosił błyskotliwe sukcesy w walkach z regularnymi oddziałami republikańskimi, wzbudzając podziw nawet wśród ich dowódców. 27 marca pobił siły republikańskie pod Pornic, zaś 30 kwietnia opanował miasto Legé, w którym założył kwaterę swego sztabu. 7 maja poprowadził armię do zwycięstwa pod Saint-Colombin, zaś 10 czerwca odbił z rąk republikanów Machecoul. Kiedy Armia Katolicka i Królewska Andegawenii i Górnej Piktawii pod dowództwem Jacques’a Cathelineau 20 czerwca zdobyła miasto Angers, otwierając sobie tym samym drogę na Paryż, de Charette połączył z nią swoje oddziały. Cathelineau zdecydował jednak o ataku na Nantes. W tej bitwie wziął udział brat Céleste, Toussaint, który dołączył do Wielkiej Armii Królewskiej i Katolickiej Andegawenii i Górnej Piktawii, co stało się po aresztowaniu przez republikanów jednej z jego sióstr i szwagra, a także po odebraniu mu siłą dwóch synów, pod przymusem wcielonych do armii republikańskiej. Jednym z dowódców w oddziałach Jacques’a Cathelineau był siostrzeniec Toussainta i Céleste – Charles Melchior Artus markiz de Bonchamps, weteran wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych, do niedawna kapitan Regimentu Piechoty Akwitanii. Jako
„Przyjaciele, jeśli pójdę naprzód, podążajcie za mną! Jeśli się wycofam, zabijcie mnie! Jeśli zginę, pomścijcie mnie!”. Henri de la Rochejaquelein (1772–1794), najmłodszy z dowódców wandejskich, słynął z szaleńczej odwagi. Portret autorstwa Pierre-Narcisse’a Guérina powstaniec zdążył już wykazać się odwagą m.in. pod Vézins, Beaupréau, Thouars i Fontenay-le-Comte. Niestety szturm połączonych armii Cathelineau i de Charette’a nie przyniósł Wandejczykom zwycięstwa. Republikanie zmusili ich do odwrotu, ciężko ranny Cathelineau zmarł kilkanaście dni po bitwie. Dowództwo nad Wielką Armią Królewską i Katolicką objął Maurice d’Elbée, dawny porucznik 5. Regimentu Lekkiej Kawalerii de Quercy. Jego zastępcą został Charles de Bonchamps. Por. de Charette wycofał się ze swą armią do Legé.
24 sierpnia oddziały republikańskie zmusiły powstańców, teraz już pod dowództwem Jeana Baptiste’a Joly’ego, do wycofania się z La Roche. Dwa dni później por. Bulkeley namówił dowódcę do przeprowadzenia kontrataku w celu odzyskania miasta. Tego dnia Céleste po raz pierwszy poprowadziła do ataku swój oddział. Jej żołnierze dzielnie trzymali się pod republikańskimi kulami, jednak miasta nie udało się odzyskać. Ze szpadą w jednej dłoni i pistoletem w drugiej osłaniała odwrót, wycofała się jako ostatnia. Po tej porażce William i Céleste uznali, że najlepszym rozwiązaniem będzie dołączenie do armii por. de Charette’a. Narastał bowiem konflikt pomiędzy nimi a por. Jolym, który nie stronił od brutalnych metod wymuszania dyscypliny (np. osobiście rozstrzeliwał żołnierzy, z których nie był zadowolony), a obecność kobiety w swoim obozie uważał za nieporozumienie. Państwo Bulkeley odeszli więc ze swoimi oddziałami na kwaterę dowódcy Armii Dolnej Piktawii w Legé.
De Charette okazał się dowódcą nie tylko dzielnym, kochanym przez podwładnych (śpiewali o nim, że „patrzy śmierci prosto w oczy, walcząc pod ogniem kartaczy jak prosty żołnierz”), ale i pełnym fantazji. Na powitanie por. Bulkeleya i jego żony urządził bal, na którym poprowadził poloneza, tańcząc w pierwszej parze z hrabiną de La Rochefoucauld. Hrabina, podobnie jak Céleste, także zdążyła już zasłynąć walką z bronią w ręku.
Wkrótce dla madame Bulkeley nadszedł moment chrztu bojowego u boku nowego dowódcy. Kiedy 19 września pod Torfou armii de Charette’a zagroziły republikańskie oddziały gen. Jeana Baptiste’a Klébera, porucznik, mimo zmęczenia swoich oddziałów forsownym marszem, zdecydował się na atak. Niestety, Kléber odkrył pozycje de Charette’a i odparł pierwszy atak. Znajdujące się na tyłach oddziału amazonki, zobaczywszy wycofujących się żołnierzy, zaczęły gwałtownie domagać się ich powrotu na pole bitwy. Céleste stanęła u boku osłaniającego odwrót de Charette’a i prawie zmusiła go do poprowadzenia kontrataku. Walczyli ramię w ramię, a dowódca podbudowany odwagą dzielnej kobiety dokonywał cudów waleczności, ranił też w bitwie Klébera.
Céleste, odpierając wściekłe ataki republikanów, otrzymała dwa ciosy szablą. Była świadkiem prawdziwego cudu, kiedy w kaftanie de Charette’a utkwiło sześć kul, a żadna nie spowodowała poważniejszej rany. Dzielnemu porucznikowi przybyli na odsiecz d’Elbée i Bonchamps, którzy zdążyli pokonać inny oddział wroga pod Tiffauges. Było to jedno z najbardziej efektownych zwycięstw połączonych armii katolickich i królewskich. Z nieznanych jednak powodów por. Bulkeley postanowił odejść z żoną do armii ppor. d’Elbée. Prawdopodobnie William obawiał się, że elegancki i znany z szarmanckiego traktowania dam de Charette zawróci w głowie jego żonie. W armii ppor. d’Elbée doszło do poruszającego spotkania Céleste z bratem, który wykazał się szaleńczą odwagą pod Saumur – powstańcy po opanowaniu miasta zdobyli tam pokaźny arsenał broni republikanów.
16 października doszło niestety do spektakularnej klęski Armii Katolickiej i Królewskiej Andegawenii i Górnej Piktawii. „Republikanie wykorzystali cały arsenał środków, aby dać upust swoim krwiożerczym instynktom – wspominał Toussaint. – W czasie tej bitwy wszyscy nasi dowódcy zostali ranni lub zabici, a nasza armia – kompletnie rozbita. Nie było innego wyjścia, jak przeprawić się przez Loarę”.
Śmiertelnie rannego kpt. de Bonchamps przewieziono przez rzekę do Varades. Toussaint wspominał, że towarzyszył ukochanemu siostrzeńcowi w jego ostatnich chwilach. Charles wykazał się wtedy nie lada wielkodusznością. Kiedy usłyszał, że jego podwładni, aby go pomścić, chcą rozstrzelać 4 tysiące republikańskich jeńców, ostatkiem sił wyprosił darowanie im życia. Umierając powiedział: „Nie walczyłem dla ludzkiej chwały. Jeśli nie zdołałem przywrócić ołtarzy i tronu, to ich przynajmniej broniłem. Służyłem memu Bogu, memu królowi i mojej ojczyźnie”. Zmarł 18 października na rękach swego wuja, hrabiego Talour de la Cartrie. Céleste, rozdzielona z bratem podczas przeprawy, dopiero następnego dnia dowiedziała się o śmierci siostrzeńca.
Ciężkie rany odniósł w bitwie także por. d’Elbée, toteż dowództwo nad zdziesiątkowaną armią objął młodziutki, ale niebywale odważny Henri de la Rochejaquelein. Zagrzewał podwładnych do boju, samemu walcząc pod najsilniejszym ostrzałem wroga, mówiąc przy tym „patrzcie, te republikańskie patałachy nie potrafią nawet porządnie strzelać!”. Pod jego dowództwem William, Céleste i Toussaint walczyli pod Granville, Avranches, aż w końcu pod Le Mans i Savenay, gdzie 23 grudnia doszło do pogromu armii de la Rochejaqueleina. Ten jednak zdołał przeprawić się wraz z ocalałymi powstańcami przez Loarę. Wśród nich byli William i Céleste wraz z Amintą. Rozdzieleni wkrótce ze swoim dowódcą, podjęli próbę przedarcia się do obozu de Charette’a. Dokładnie w Wigilię wpadli jednak w ręce oddziału republikańskiego. Osadzeni w więzieniu w odebranym Wandejczykom Angers, zostali skazani na śmierć. Jako pierwszy zginął William, zgilotynowany prawie dokładnie w rocznicę śmierci króla Francji, któremu pozostał wierny. Republikański mer Angers zapisał: „święta matka gilotyna dobrze się spisała; dziś poza 11 księżmi straciliśmy pewnego pięknego Anglika; miał sześć stóp wzrostu; to o głowę za dużo, jednak dziś spadła ona prosto do naszego worka”.
Wstrząśnięta śmiercią ojczyma Aminta zmarła tydzień później w ramionach matki, nie doczekawszy wyroku. Na nieszczęsną Céleste spadł kolejny cios, wkrótce bowiem ścięto także jej siostrę i szwagra, przetrzymywanych w tym samym więzieniu. Mimo tych wszystkich tragedii dzielna kobieta postanowiła przeżyć ze względu na brata i porucznika de Charette’a, o którym wiedziała, że się nie poddał. Nadal prowadził walkę przeciw brutalnie pacyfikującym cywilną ludność Wandei republikanom. Céleste uratowało udawanie ciąży; w większości przypadków (choć nie zawsze) republikanie nie wysyłali na gilotynę kobiet spodziewających się dziecka. Wypuszczona z więzienia po złożeniu wymuszonej przysięgi, której nie zamierzała dotrzymać, że „nie podniesie broni przeciwko Republice”, przedarła się do obozu de Charette’a w Belleville. U jego boku kontynuowała walkę, przemierzając szlak bojowy od La Roche po La Chabotterie, gdzie 23 marca 1796 r. ten niezłomny wandejski dowódca wpadł w ręce republikanów. Nawet otoczony przez cztery wrogie kolumny nie chciał się poddać. „To więc jest miejsce, w którym przychodzi mi walczyć i zginąć” – powiedział broniąc się, dopóki ranny w rękę nie upadł na ziemię. Natychmiast rzucili się na niego żołnierze republikańscy. Rannego zawlekli do Nantes i osadzili w więzieniu. François de Charette zginął rozstrzelany 29 marca 1796 r., do końca zachowując pełną godności postawę. Zadziwił nawet swoich oprawców. Jego śmierć oznaczała jednak koniec wandejskiej epopei.
Dr Monika Makowska
*
Powyższy tekst pochodzi z artykułu dr Moniki Makowskiej, który w całości ukazał się w miesięczniku WPiS nr 147.
Zapraszamy do naszej Księgarni Internetowej po miesięcznik WPiS oraz po książki o naszym chrześcijańskim dziedzictwie:

Prenumerata miesięcznika WPiS na cały 2025 rok - wydanie drukowane + wydanie elektroniczne
Miesięcznik „Wpis” już od piętnastu lat pozostaje wierny swym założeniom i przedstawia Czytelnikom podstawowe wartości, a więc wiarę, patriotyzm i sztukę.
Publikują u nas tak znakomici autorzy, jak m.in.: Adam Bujak, ks. prof. Waldemar Chrostowski, Leszek Długosz, prof. Ryszard Kantor, dr Marek Klecel, ks. prof. Janusz Królikowski, prof. Grzegorz Kucharczyk, dr Monika Makowska, prof. Aleksander Nalaskowski, prof.

Francuskie samobójstwo
W targanej kryzysem społecznym i ogromnymi napięciami wewnętrznymi Francji następuje właśnie historyczna zmiana politycznych nastrojów. Zmiana, która nie pozostanie bez wpływu na całą politykę europejską, w tym na Polskę. Po tym jak w wyborach do Parlamentu UE prawicowe Zjednoczenie Narodowe zdobyło nad Sekwaną, Loarą, Garonną i Rodanem ponad dwa razy więcej głosów niż blok prezydenta Emmanuela Macrona, ten ostatni rozpisał przedterminowe wybory.

Polska i Krzyż
Piękno, niezachwiana moc i potęga Krzyża. Związanie losów Rzeczypospolitej, od narodzin po dzień dzisiejszy, z Krzyżem oraz nieprzemijająca nadzieja pokładana w Chrystusie – to temat tej książki. Wybitni autorzy i uczeni, wielcy patrioci, utrwalają słowem, a mistrz Adam Bujak obrazem wizerunek Polski wiernej Bogu od jedenastu wieków. Bez chrześcijaństwa nie byłoby ani naszego państwa, ani naszego narodu.

Kościół i Naród. Lata trwogi, lata nadziei
Agentura wpływu nazywana nie tak dawno sowiecką, a dziś rosyjską, poczyna sobie śmiało także w III RP. Jej dziełem jest narzucana Polakom od kilkunastu lat przez media głównego nurtu (wszystkie w rękach zagranicznych decydentów) i przez niektórych polityków tzw. polityka wstydu.

Historia chrześcijaństwa. Świętości, upadki i nawrócenia, Tom 1 Od narodzin Jezusa do upadku Konstantynopola wyd. 2022
Żeby mieć argumenty, trzeba posiąść wiedzę. Żeby skutecznie bronić Kościół, trzeba poznać jego historię. Najlepiej taką, która wyszła spod pióra wybitnego pisarza i przekonanego wyznawcy, a nie zdeklarowanego lub zamaskowanego wroga. Ten ostatni bowiem zawsze będzie posługiwał się manipulacją, udając „obiektywnego” badacza w celu siania wątpliwości.

Historia chrześcijaństwa. Świętości, upadki i nawrócenia, Tom 2 Od XVI do XXI wieku wyd. 2022
Drugi, ostatni tom bestsellerowej serii „Historia chrześcijaństwa. Świętości, upadki i nawrócenia”. Książka rzetelna, napisana ze znawstwem przez wybitnego historyka prof. Wojciecha Roszkowskiego. Świetnie się czyta, niemal jak opowieść o niezwykłych przygodach.

Polacy wierni i dzielni
Polacy – kim jesteśmy? Kim byliśmy? Kim powinniśmy być w przyszłości? O. prof. Marian Zawada od ponad 40 lat szuka odpowiedzi na te pytania. Szuka – i znajduje. Zastanawia się nad kondycją naszego narodu od momentu jego narodzin w X wieku po czasy najbardziej współczesne. I nieustannie jest pełen zachwytu nad duszą polską, nad jej zdolnością przetrwania nawet największych kataklizmów, nad jej niezłomnością.

Cuda polskie. Matka Boża i święci w naszych dziejach
Na historię naszego kraju należy patrzeć z punktu widzenia człowieka wierzącego, chrześcijanina, jeśli chce się dzieje Polski interpretować uczciwie. Ta książka nie jest suchym dziełem naukowym, lecz zawiera solidną porcję wiedzy o minionych wiekach. Jest napisana barwnie i żywo. Prezentuje autentyczne wydarzenia, konkretne osoby oraz sprawdzone opinie. Obejmuje okres od Mieszka I po współczesność.




Komentarze (0)
Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników serwisu. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za ich treść. Wpisy są moderowane przed dodaniem.