Francuskie samobójstwo
| liczba stron: | 440 |
| obwoluta: | nie |
| format: | 16,5 cm x 23,5 cm |
| papier: | offset |
| oprawa: | twarda |
| data wydania: | 07.02.2022 |
| ISBN: | 978-83-7553-332-3 |
| EAN: | 9788375533323 |
dodaj do przechowalni
W targanej kryzysem społecznym i ogromnymi napięciami wewnętrznymi Francji następuje właśnie historyczna zmiana politycznych nastrojów. Zmiana, która nie pozostanie bez wpływu na całą politykę europejską, w tym na Polskę. Po tym jak w wyborach do Parlamentu UE prawicowe Zjednoczenie Narodowe zdobyło nad Sekwaną, Loarą, Garonną i Rodanem ponad dwa razy więcej głosów niż blok prezydenta Emmanuela Macrona, ten ostatni rozpisał przedterminowe wybory. Już 30 czerwca i 7 lipca Francuzi w dwóch turach wybiorą nowe Zgromadzenie Narodowe, a zdecydowanym faworytem do zwycięstwa jest prawica.
Jakie jest jej oblicze i ku jakim wartościom skłania się dziś największa część Francuzów? Cennych i błyskotliwych odpowiedzi na te pytania udziela Eric Zemmour w książce „Francuskie samobójstwo”. Ta wartko napisana publikacja we Francji biła rekordy sprzedaży: 15 tys. egz. dziennie! Równie silne były napaści na książkę i jej autora; nic dziwnego, skoro wieszczy on schyłek Francji, którego główną przyczyną są/będą kobiety-feministki, ruchy gejowskie i wszystkie inne z nimi spokrewnione oraz muzułmańscy imigranci. Za równie niebezpieczne uznaje Zemmour „mroczne, podziemne wpływy brukselskich technokratów”. W książce bez trudu odnajdziemy symptomy zaraźliwej choroby, która toczy dziś także Polskę i całą cywilizację Zachodu.
Publikacja Érica Zemmoura zawiera diagnozy, które podzielają dziś miliony jego rodaków. Autor „Francuskiego samobójstwa” ukazuje prawdziwe, niezafałszowane przez liberalne media oblicze współczesnej narodowej prawicy, której liderzy zdecydowanie odcinają się od przypisywanych im uporczywie sympatii prorosyjskich, otwarcie nazywając je fake newsami.
Pochodzący z Algierii Éric Zemmour to znakomity publicysta i były kandydat prawicy na prezydenta Francji w wyborach 2022 r. Widząc bezsilność, ale i nieudolność polityków opcji konserwatywno-narodowej, postanowił sam stanąć do pojedynku o najwyższą władzę, a jego charyzma i jasny przekaz dla stęsknionych za normalnością wyborców, tchnęły nowy, potężny wiatr w żagle Zjednoczenia Narodowego. Efektem było zdobycie ponad 31 procent głosów w wyborach do Parlamentu Europejskiego z 9 czerwca 2024 r. i realna szansa na objecie władzy w nadchodzących, przedterminowych wyborach do francuskiego Zgromadzenia Narodowego.
„Francuskie samobójstwo” ukazuje skalę wielorakich spustoszeń, które poczyniła najpierw rewolucja francuska z jej złudnymi hasłami oraz okrucieństwem, a dopełniła potem rewolucja seksualna roku 1968 i kolejne błędy polityków. Także tych po prawej stronie, którzy zamiast bronić wartości, które legły u fundamentów cywilizacji europejskiej, woleli dla tzw. świętego spokoju i ze strachu przed mediami ulec marksistowskiej argumentacji.
Chrześcijaństwo zostało wyrugowane z polityki – pisze Zemmour – łapami chrześcijańskich demokratów, którzy już bardzo daleko odeszli od pierwotnych ideałów swojego ugrupowania. Tak stało się we Francji i innych krajach, tak dzieje się również w Unii Europejskiej. A w Polsce? Tekst Zemmoura skłania do refleksji, dlaczego chadecja nie rozwinęła się w kraju, zdawałoby się, do tego szczególnie predestynowanym.
„Polityka została przechwycona przez prawo, które już jej nie wypuści” – pisze Éric Zemmour. Dowodzi, że sędziowie aspirują do bycia „kapłanami prawa”. Wspólnoty całej Europy cierpią na utratę lub poważny uszczerbek narodowej tożsamości i bolesne tego konsekwencje. Autor książki prorokuje, że „ideologia globalizacji, antynarodowa i wielokulturowa, będzie w XXI wieku tym, czym był nacjonalizm w XIX, a totalitaryzm w XX wieku”.
Czy się komuś to podoba, czy nie, Zachód to od przeszło tysiąca lat także my. Zapoznajmy się więc z wielkimi zagrożeniami, póki jeszcze można (chyba) przeciwdziałać im kartką wyborczą. Aby dokonać właściwego wyboru, trzeba mieć mocne rozeznanie, kto jest kim i za czym naprawdę optuje – Éric Zemmour, zdecydowany krytyk eurokratów z Brukseli, ale i rosyjskiej inwazji na Ukrainę, bardzo nam w tym pomaga.
.

|
Biogram autora |
8 |
|
Wstęp |
9 |
|
1970–1983 |
|
|
1970 |
|
|
Śmierć ojca narodu |
19 |
|
Śmierć ojca rodziny |
27 |
|
1971 |
|
|
Zdrada współtowarzyszy |
33 |
|
Koniec wymienialności |
38 |
|
1972 |
|
|
Tydzień, który zmienił świat |
43 |
|
Bruay-en-artois: burżuj, zatem winny |
46 |
|
Anglia koniem trojańskim |
51 |
|
Ludzie prezydenta |
54 |
|
Ustawa Plevena: koniec wolności ekspresji we Francji |
57 |
|
Jak mówiono i jak nie powinno się już mówić |
60 |
|
Dom koło fontanny, w małym ogrodzie |
65 |
|
1973 |
|
|
Dyskretny koniec kolbertyzmu |
71 |
|
Robert Paxton, nasz zacny mistrz |
75 |
|
Pędzi, pędzi przedmieście, ale dokąd, jeszcze nie wie |
80 |
|
Ci tak mili rozwodnicy |
83 |
|
To tylko rock and roll |
90 |
|
Palenie staników i drobni kupcy |
94 |
|
1974 |
|
|
Jaja |
101 |
|
„Nie macie monopolu na dobre serce” |
104 |
|
Vincent, François, Paul i inni, którym bije dzwon |
110 |
|
1975 |
|
|
Kobieta jest przyszłością mężczyzny |
115 |
|
Wszyscy jesteśmy Dupontami Lajoie! |
124 |
|
1976 |
|
|
Kto jest najsilniejszy? To Zieloni! |
129 |
|
Haby temu, kto widzi w tym coś nieprzystojnego |
133 |
|
1977 |
|
|
Lepsza Lily od Ptaszka |
137 |
|
1978 |
|
|
Cochin, kto nie dotrzymuje słowa |
141 |
|
1979 |
|
|
Każda rewolucja jest dobra sama w sobie |
145 |
|
Metalurgia upada pierwsza |
149 |
|
Drodzy towarzysze delektują się Pałacem Elizejskim |
152 |
|
1980 |
|
|
Wilki wkroczyły do Paryża przez ulicę Kopernika |
157 |
|
Mój syn, moja walka |
160 |
|
1981 |
|
|
Ideologia dominująca dla nietęgich głów |
165 |
|
Dallas lub zmiana duszy |
169 |
|
Marchais za gaullistami |
171 |
|
Władca much w Minguettes |
178 |
|
Od PC do PC |
184 |
|
1982 |
|
|
Powrót feudałów |
189 |
|
Verdun w Sewilli |
195 |
|
1983 |
|
|
Przejście od światła do cienia |
199 |
|
1984–1992 |
|
|
1984 |
|
|
SOS wieloryby |
207 |
|
Canal+ kineskopowa świątynia dobra |
212 |
|
Dzień, w którym państwo ugięło się przed NRJ |
215 |
|
1985 |
|
|
A CRIF zabił Napoleona |
219 |
|
Narodziny władzy gejów |
225 |
|
Święty Coluche |
231 |
|
1986 |
|
|
Louis Schweitzer lub nowa zdrada klerków |
237 |
|
Królewski Buren |
246 |
|
Gdzieś urodzony |
250 |
|
1987 |
|
|
Do zobaczenia, chłopcy |
255 |
|
1988 |
|
|
Verlaine i Van Gogh |
261 |
|
1989 |
|
|
Klęska „Wielkiego Narodu” (I) |
267 |
|
Klęska „Wielkiego Narodu” (II) |
272 |
|
Klęska „Wielkiego Narodu” (III) |
280 |
|
1991 |
|
|
Évin for ever |
287 |
|
Rap-petout |
289 |
|
1992 |
|
|
Helena i dziewczęta |
295 |
|
Demokracja umiera w Maastricht jak d’Artagnan |
299 |
|
Paroles, paroles, paroles |
305 |
|
1993–2008 |
|
|
1993 |
|
|
Imię |
309 |
|
Upadek francuskiego Berlusconiego |
314 |
|
1995 |
|
|
De Gaulle zgarnięty na Vél’ d’Hiv’ |
319 |
|
Maj w grudniu |
324 |
|
Smutna podróż footballu za Bosmanem |
328 |
|
1996 |
|
|
Od Ludwika XVIII do Jacques’a Chiraca |
333 |
|
Chwała Ritchiego’D |
338 |
|
Nowy wynalazek: „bezdokumentowcy” |
344 |
|
1997 |
|
|
Sto milionów zabitych… a ja, a ja, a ja |
351 |
|
1998 |
|
|
Black-blanc-beur |
357 |
|
1999 |
|
|
José Bové lub zdrada Asterixa |
365 |
|
2000 |
|
|
Historia Airbusa |
371 |
|
2001 |
|
|
Paryż nie będzie zawsze Paryżem |
377 |
|
Fatum Mezzogiorno |
384 |
|
2002 |
|
|
No pasarán |
391 |
|
2003 |
|
|
Kepi de Gaulle’a na głowie Aristide’a Brianda |
397 |
|
Nie jest Bonapartem każdy, kto chce |
400 |
|
Jean-Claude Trichet lub rzymski triumf imperialnej oligarchii |
405 |
|
2005 |
|
|
Francja trzech młodości |
415 |
|
Austerlitz, nie słyszałem! |
421 |
|
2007 |
|
|
Zobaczyć Lizbonę i umrzeć |
427 |
1970
Śmierć ojca narodu
Pada. Pada. W Paryżu pada deszcz. Pada na Boisserie1. Pada na karawan wiozący trumnę nakrytą trójkolorowym sztandarem. Pada na wielkich tego świata i na anonimowych, tłoczących się maluczkich. Pada na kaptury policjantów ociekających wodą wśród zablokowanych pojazdów. Pada na młodzież, uczepioną ramion ulicznych latarni. Pada na odznaczonych Legią Honorową, na bohaterów ruchu oporu, na weteranów z II Dywizji Pancernej2. Pada na Richarda Nixona, na Nikołaja Podgornego, na Anthony’ego Edena i Harolda Wilsona, na królową Julianę i księcia Karola, na Léopolda Sédara Senghora, na uroczysty uniform w kolorze khaki króla Etiopii, na białe włosy Ben Guriona i na kefiję brata króla Husajna. Pada na czarną [limuzynę] DS Georges’a Pompidou, na futrzany toczek pani Pompidou, na [głowy] André Malraux, Alaina Peyrefitte’a, Jacques’a Chaban-Delmasa, Valéry’ego Giscarda d’Estaing, Edgara Fauré.
W dniach 11 i 12 listopada 1970 roku Paryż jest stolicą świata. Po raz drugi w tym stuleciu, po podpisaniu w 1919 roku traktatów pokojowych kładących kres I wojnie światowej. I po raz ostatni.
Generał de Gaulle zażyczył sobie skromnego pogrzebu w swoim miasteczku, prostego nagrobka, obok tego, w którym spoczywała jego ukochana córka, bez kwiatów, zwieńczonego drewnianym krzyżem i kilkoma kamieniami. Bez prezydenta, bez ministra, bez biura Zgromadzenia Narodowego, ani też przedstawicieli władz państwowych. Prostej Mszy bez przemówienia. Nie było przemówienia. Niewątpliwie, jest to jedyne życzenie, jakie zostało spełnione.
Od czasu testamentu Ludwika XIV, obalonego przez parlament Paryża nazajutrz po śmierci Króla Słońce, wiadomo, że żyjący nie ulegają życzeniom zmarłych, jakkolwiek potężni i poważani by byli.
Spokojne miasteczko Colombey przeistoczyło się w gigantyczny camping. Dziesiątki tysięcy osób przypuściły szturm na drogi i pociągi specjalne, wylały się na ulice miasteczka, kobiety i dzieci we łzach, odznaczeni weterani. Wysocy dygnitarze rządowi nie mieli przywilejów. André Malraux przeciskał się, używając łokci, by oddać się kontemplacji przy grobie swego bohatera. Alain Peyrefitte nie zdołał znaleźć miejsca w kościele. Prezydent Pompidou i jego premier, Jacques Chaban-Delmas, którzy przybyli do Boisserie o piętnastej, opuścili je 14 minut później. Właściciele kwiaciarni w Chaumont zostali zalani zamówieniami spływającymi z całego świata. Ze Stanów Zjednoczonych i z Arabii Saudyjskiej, z Grecji i Wietnamu, z Tananariwy i z Dakaru. Mao Zedong przesłał siedem wiązanek specjalną ciężarówką za pośrednictwem ambasady Republiki Chin w Paryżu: róże, dalie, chryzantemy mieszały się z fioletowymi wstążkami pokrytymi chińskim pismem.
W Paryżu również, w Paryżu zwłaszcza, nie uszanowano ostatniej woli zmarłego. Udawano. Nie było katafalku na skrzyżowaniu naw Notre Dame. Żadnego przemówienia, Msza św. cicha i prosta, odprawiana przez ks. Marty’ego, częściowo po łacinie, zgodnie z dawnym rytem. A na zakończenie Magnificat. To samo Magnificat, które co sił w płucach śpiewano 25 sierpnia, aby uczcić, w tej samej Notre Dame, wyzwolenie Paryża. Katedra przypominała Zgromadzenie Ogólne Narodów Zjednoczonych w wielkich chwilach. Ten hołd całego świata był osobisty, ponieważ Generał przed śmiercią zrezygnował z władzy i żaden protokół dyplomatyczny tego nie narzucał.
Przyszli, bo to był on. Przyszli, ponieważ nie zdążyli na pogrzeb Churchilla, ponieważ nie mogli uczestniczyć w pochówku Stalina, ponieważ był to ostatni z olbrzymów II wojny światowej. Ostatni gigant, po prostu. Mieli takie niejasne przeczucie. Tak jak [cały] naród francuski, również młodzież, wielu młodych ludzi – zachwycali się osłupieni dziennikarze – zaledwie dwa lata po Maju ’68!
De Gaulle zamykał chwalebną serię opatrznościowych francuskich mężów stanu zapoczątkowaną sto pięćdziesiąt lat wcześniej przez Bonapartego, narodową specjalność, jak camembert czy gevray-chambertin.
Napoleon był synem Rousseau, synem rewolucji, który upowszechnił kodeks cywilny w całej Europie butami swych żołnierzy. Został cesarzem, by od dawnych monarchii europejskich spróbować uzyskać – daremnie – „prawo burżuazji”, ale gotów był przejść na islam, gdyby mógł pozostać w Egipcie, wziąć Saint-Jean-d’Acre, i pomaszerować śladami Aleksandra Wielkiego aż do brzegów Indusu. De Gaulle jest dzieckiem Maurrasa3 i Péguy4, ale chrześcijaninem wiary, a nie umysłu. Pewien kardynał porównał go, po jego śmierci, do Ludwika Świętego, dla którego Francja stała się religią, godną ofiary z życia. Jego skrupulatny szacunek dla suwerenności ludu wynikał w mniejszym stopniu z entuzjazmu dla nieśmiertelnych rozbłysków demokratycznych i republikańskich, a z troski o to, aby oprzeć państwo na jedynej zasadzie zdolnej zastąpić przebrzmiałe prawo naturalne. We współczesnej historii naszego kraju ci dwaj ludzie są jedynymi, jacy zdolni byli szybować na podobnej wysokości. De Gaulle jest czytelnikiem Bainville’a5 – „z wyjątkiem chwały, byłoby lepiej, gdyby Napoleon nie istniał”, który jednak uważał, że sława napoleońska była wieczna i dała Francuzom wysokie wyobrażenie o nich samych i o ich cnotach wojennych. „Kiedy Wielka Armia składała się jedynie z Francuzów, była niezwyciężona” – mawiał, wypinając pierś. Bez wątpienia myślał o tym, że sławy napoleońskiej nie byłoby za dużo, by rozpalić naród upokorzony, zmiażdżony, zniszczony przez klęskę 1940 roku.
Napoleon był człowiekiem XVIII wieku, racjonalistą wierzącym jedynie w Boga – wolterowskiego zegarmistrza, którego przydatność sprowadzała się do tego, by służący go nie okradał. Zakończył swą drogę meteoru, kiedy napotkał nacjonalistyczny i przesądny romantyzm dwóch ludów, które najmniej zakosztowały zimnej racjonalności oświecenia: Hiszpanii i Rosji.
De Gaulle był człowiekiem XIX wieku, który poznał niebywały heroizm piechurów z roku 1914 („lwy prowadzone przez osły” – mówili pełni podziwu Niemcy) i rządził ludem, który sam siebie uważał za zgraję łajdaków i tchórzy. Synowie tego upokorzonego narodu zniszczyli jego dzieło, traktując ojców jak kolaborantów. Został zwyciężony przez nadchodzącą epokę. Jak cesarz.
Karykaturzyści francuscy i zagraniczni przez cały okres jego rządów rysowali de Gaulle’a samotnego i wyniosłego, ogrzewającego się w słońcu Austerlitz. Powszechny wybuch emocji oraz wymiar uroczystości pogrzebowych można porównać jedynie do powrotu, w mrozie, śniegu i lodowatym wietrze, prochów cesarza w grudniu 1840 roku.
Obaj usiłowali narzucić Europie dominację Francji i sądzili, że im się to udało, nawet jeśli, jak przyznawał to sam de Gaulle, drugi z nich nie dysponował tymi samymi środkami. Nigdy nie przestali wierzyć, że Anglia była jedynym dziedzicznym wrogiem Francji. Byli demonizowani przez prasę anglosaską. Powrót generała de Gaulle’a do władzy był legalnym zamachem stanu, który się powiódł – był to 18 brumaire’a6, nie potrzebujący ani dnia 19, ani Murata wyganiającego deputowanych przez okno. V Republika gaullistowska była dziesięcioletnim Konsulatem, mandatem udzielonym Bonapartemu. Napoleon sądził, że domykał rewolucję, którą zakończył dopiero de Gaulle.
W 1814 roku Napoleon ubolewał: „Szlachetność znajduję jedynie w hultajstwie, które zaniedbałem, a hultajów jedynie wśród szlachty, którą stworzyłem”. W 1969 roku, na pytanie Malraux, co by powiedział, jeśli miałby wygłosić przemówienie dla uczczenia dwusetlecia urodzin Bonapartego, de Gaulle odpowiedział: „Jak on, zostałem zdradzony przez łajdaków, których stworzyłem, mieliśmy też tego samego następcę: Ludwika XVIII!”.
Obaj musieli odbudować prestiż potęgi francuskiej po klęskach, które uważano za ostateczne (wojna siedmioletnia w 1763 roku oraz ta w 1940), w kontekście ruiny państwa i finansów publicznych, o której sądzono, że jest nieodwracalna (Dyrektoriat i IV Republika). Nienawidzili długu w równym stopniu co grzechu. Byli ogłaszani wrogami publicznymi przez finansjerę francuską i City, które nie mogły się wzbogacać za ich plecami. Napoleon grzmiał: „Zamknę giełdę i giełdziarzy również”. De Gaulle dorzucał: „Polityką Francji nie będzie zarządzał parkiet” i znacjonalizował banki. Obaj zostali pokonani przez pieniądz. Podziwiały ich nade wszystko głowy potęg światowych, które zwalczali. Waterloo nigdy nie przeszkodziło Wellingtonowi wychwalać „mistrza batalii”.
W samolocie, który go transportował do Paryża 11 listopada 1970 roku, prezydent Stanów Zjednoczonych Richard Nixon zwierzył się kilku dziennikarzom, że de Gaulle był jednym z niewielu ludzi na świecie, o których można powiedzieć, że byli więksi niż władza, jaką reprezentowali. Nixon znał Eisenhowera, Churchilla, Adenauera i de Gaulle’a. „Wszyscy czterej byli w równym stopniu olbrzymami – mówił. Ale to de Gaulle miał prawdopodobnie najtrudniejsze zadanie: Francja żyła, ale jej dusza była niemalże martwa. De Gaulle ujął w ręce los narodu, którego dusza była niemalże martwa. […] Jedynie jego wola i determinacja zdołała zachować tę duszę przy życiu. […] Jedynym człowiekiem, który mógł uratować Francję przed wojną domową między 1958 i 1962 rokiem, był Charles de Gaulle. Bez niego Francja już by nie istniała jako naród”
Nixon w swoim ogromnym podziwie dla wielkiego Francuza widział rzeczy we właściwym świetle i przewidująco.
Francja umierała, jeszcze o tym nie wiedząc. Nie istniałaby już, gdyby nie generał de Gaulle. Wyczerpywał swe siły, przywracając ją do życia. Na próżno. François Mauriac już w 1945 roku mówił o „narodzie-Chrystusie”. Sam de Gaulle, kilka lat później, kiedy już nie wierzył w swój powrót do władzy, nieostrożnie opuszczonej w 1946 roku, monologował przed Georges’em Pompidou, który był jeszcze zaledwie anonimowym dyrektorem jego gabinetu: „Dekadencja Francji zaczęła się w połowie XVIII wieku. Odtąd były już jedynie podrygi. Ostatni w 1914 roku. Jeśli chodzi o mnie, blefowałem, a blefując, mogłem napisać ostatnie strony historii Francji”.
Lepiej rozumiemy żarliwość anonimowych Francuzów i rzeczywisty szacunek jakby onieśmielonego świata, jaki pośpieszył do Notre Dame: to Francję grzebali wraz z de Gaulle’em. Nixon chciał zatrudnić u siebie urzędnika, który napisał orędzie prezydenta Georges’a Pompidou: „Generał nie żyje, Francja jest wdową. Jakie to piękne i jak bardzo francuskie!” – zachwycał się. Można byłoby napisać: de Gaulle był niepocieszonym wdowcem po Francji i ostatecznie z tego powodu umarł. Swoją klęskę pojął w Maju ’68, kiedy to usiłował przywrócić do życia ukochaną zmarłą. Ta burżuazyjna młodzież, której zapewnił wolność i życie w bogatym kraju, nurzająca się w dobrobycie nieznanym w historii narodu francuskiego od tysiąca lat, którą wykształcił i hołubił, okazała mu wdzięczność, plując mu w twarz i porównując do Pétaina. Churchill doznał niewdzięczności wolnych narodów; on doświadczył jej ze strony swoich dzieci. Jego pierwsza reakcja była reakcją człowieka XIX wieku, Bonapartego, Cavaignaca, Thiersa, Clemenceau: wydał rozkaz stłumienia [ruchu], nawet za cenę strzelania w nogi. Wychwala się dzisiaj prefekta Grimaud za to, że nie dopuścił do rozlewu krwi. Ale podziękować należałoby Pompidou, że przeciwstawił się Generałowi. Otwierając jednak ponownie Sorbonę bez stawiania warunków wstępnych, przyszły prezydent odcisnął na państwie znak słabości nie do zatarcia. A państwo nigdy się z tego nie podniosło. Do dzisiaj za to płacimy. Zrozumiał to jako pierwszy i jedyny Raymond Aron, choć początkowo popierał premiera. „Politycznie noc z 10 na 11 [maja 1968] spowodowała katastrofę, gdyż scementowała sztuczną jedność studentów i większości nauczycieli akademickich przeciwko policji i rządowi. Powraca Pompidou, przyjmuje zakład i go przegrywa. Założył się, że kapitulując, położy kres zamieszkom. Nie potępiam go: w pierwszej chwili byłem skłonny przyznać mu rację, ale patrząc wstecz, nie jestem dumny z samego siebie. Z historycznego punktu widzenia mylił się. Według wszelkiego prawdopodobieństwa należało poczynić ustępstwa przed nocą z piątku na sobotę; kapitulacja po owej nocy wywołała ponownie wzburzenie i stworzyła studencką Komunę”7.
Pompidou zrujnował dziesięć lat pedagogiki gaullistowskiej.
Cała reszta jest inscenizacją.
30 maja jego zwolennicy wyszli masowo na Champs-Elysées, by go wesprzeć, paraliżując jego przeciwników. Jedynie de Gaulle cierpiał w głębi duszy, że będzie zawdzięczał władzę ulicy – temu tyle razy potępianemu przez siebie chaosowi – podczas gdy V Republikę zaprowadził, by przywrócić porządek i suwerenność, którą uosabiał od 18 czerwca 1940 roku… „Generał doskonale rozumiał, że ten niezwykły sukces […] oznaczał koniec pewnego wyobrażenia, jakie miał o narodzie francuskim. Wieczorem, po owej manifestacji, która nam wydawała się wzniosła, był człowiek szczęśliwy, Georges Pompidou, i człowiek nieszczęśliwy, Charles de Gaulle”8. Jak to ujęła Marie-France Garaud: „Pod koniec Maja ’68 de Gaulle odzyskał Francję w czasie jednej nocy, i od tego umarł”.
De Gaulle nie był już nigdy de Gaulle’em. Podobnie jak Napoleon, który po powrocie z Elby, podczas Stu Dni, zaskakiwał swoje otoczenie wahaniami i nastrojami, do których jego bliscy nie byli przyzwyczajeni – aż do bitwy pod Waterloo, gdzie był cieniem samego siebie, de Gaulle [niespodziewanie] zmienił się w lewicowca. Marzył o samorządzie na sposób jugosłowiański; lider PSU Michel Rocard9 zwierzył się Peyrefitte’owi, że chciałby odkryć słowo „współudział”, gdyby de Gaulle nie był go uprzedził. Powszechnie gloryfikuje się de Gaulle’a – niezrozumianego wizjonera. A jeżeli stary człowiek, śmiertelnie zmęczony trawiącymi go udrękami, zagubił punkty odniesienia? A jeśli u schyłku życia stał się tym „człowiekiem lewicy, który chodzi na Mszę”, z czego drwił Paul Morand10 od początku jego rządów?11 W niewystarczającym stopniu zwrócono uwagę na fakt, że jego referendum z roku 1969 dotyczyło decentralizacji, regionalizacji i samorządności społecznej – tematów, które staną się fetyszami lewicy chrześcijańskiej wywodzącej się z szeregów Maja ’68 – tej drugiej lewicy technokratycznej, liberalnej, atlantyckiej i europeistycznej, która zniszczyła wszystko to, co generał stworzył.
Można by zresztą zauważyć, że ten moment zbieżności między de Gaulle’em a lewicą współczesną ponownie sprowadza nas do ancien régime’u12 i efemerycznej próby Vichy wskrzeszenia jego kluczowych zasad. Chodzi o przywrócenie prowincji nazywanych regionami i współdziałanie wybranych przez obywateli polityków oraz związkowców w Senacie, który upodobniłby się do korporacji, wzniecając zrozumiałą wściekłość spadkobierców ortodoksyjnych republikanów, jak ówczesny przewodniczący Senatu, Gaston Monnerville. De Gaulle mógł mieć nadzieję, że ukończy swoje wielkie dzieło – monarchię republikańską, bardziej monarchiczną niż republikańską. Ale gdy go zabrakło, jego naśladowcom, jak Chaban-Delmas i jego „nowe społeczeństwo”13, nie pozostało nic innego jak podporządkowanie części gaullistowskiej prawicy Majowi ’68. Odtąd lewica mogła rozpocząć operację odzyskiwania Generała – któremu wymyślała od faszysty, duce, caudillo, Badingueta – nazajutrz po jego śmierci.
Pisarze lewicy starannie usunęli z ciała wielkiego człowieka stygmaty maurrasjańskie14 i konserwatywne. Zrobili z niego modernistę, postępowca, zrywającego ze swoim środowiskiem i swoją klasą, człowieka [wielkiego] „Nie”. Ach, co za piękne oszustwo! Zrobili z niego piewcę praw człowieka, jego, który wychwalał zasady 1789 roku jedynie w takiej mierze, w jakiej ich uniwersalizm zapewniał Francji wpływy na całym świecie. Zrobili z niego wielkiego dekolonizatora, miłośnika ludów południowych, podczas gdy był antykolonialistą na modłę dziewiętnastowieczną, naśladowcą tej tradycjonalistycznej, nacjonalistycznej prawicy, która nigdy nie chciała „dwudziestu służących”, aby zastąpić „dwoje dzieci, które straciła” (Alzacja, Lotaryngia). Zrobili z niego przyjaciela Arabów na podstawie całkowitego odwrócenia przymierzy z 1967 roku, jego, który sprzedał Algierię, by jego miasteczko nie stało się Colombey-les-Deux-Mosquées15. A jednak zezwalając na masową imigrację z krajów Maghrebu – podczas gdy w 1945 roku starał się bezskutecznie narzucić imigrację z północy Europy – opóźnił jedynie o pięćdziesiąt lat inwazję, której się obawiał.
Maj ’68 uświęcił paradoksalny odwet zwolenników Algierii Francuskiej na wielkim Zohra16. Historia zapamiętała, że de Gaulle musiał szukać sprzymierzeńców z tej strony szachownicy, przebaczając i obejmując amnestią swych dawnych wrogów z OAS. Ale jego klęska była głębsza. Drugi z jego głównych motywów zrzeczenia się Algierii miał związek z tymi dziesięcioma milionami Arabów żyjących w ubóstwie. Wysiłek, by zapewnić im poziom życia populacji francuskiej, byłby kolosalny. Zahamowałby rozwój ekonomiczny Heksagonu. W tej epoce eksperci prezentowali de Gaulle’owi przekonujący przykład Holandii, która odbiła się od dna, odkąd pozbyła się brzemienia indonezyjskiego. De Gaulle wolał więc wybrać postęp ekonomiczny i społeczny niż imperialną wielkość i geostrategiczną głębię; wzrost niż wymarzoną przez Michela Debré17 perspektywę Francji liczącej sto milionów dusz, komfort społeczeństwa konsumpcyjnego na modłę amerykańską niż srogość niekończącej się guerilli – podczas gdy, w przeciwieństwie do Indochin, armia francuska batalię o Algier wygrała. Wybrał hedonistyczne przyjemności, aby pogrzebać rycerski heroizm; konsumpcyjny materializm, będący odwrotnością wizji egzystencji ofiarnej, którą przypomniała mu armia, w imię gaullistowskiego posunięcia z 1940 roku: są wartości wyższe ponad wszystko. W przeciwieństwie do wszystkiego tego, czym był, w imię tego, co uważał za najlepszą korzyść dla Francji.
De Gaulle nie przypuszczał, że manna naftowa, a następnie gazowa, odkryta przez inżynierów francuskich uratowałaby Algierię skorumpowaną i źle zarządzaną od zguby kloszardyzacji i zapewniłaby Francji królewską fortunę naftowego emiratu, porównywalną do tego, czym był węgiel dla Anglii w XIX wieku. Jeszcze bardziej nie wyobrażał sobie, że synowie tego konsumpcyjnego społeczeństwa, urobieni przez kulturę amerykańską i nienawiść do tożsamości narodowej, będą wykrzykiwać pod jego oknami: „Szmata”, i skandować: „Wszyscy jesteśmy niemieckimi Żydami”, przeorientowując całą generację – najliczniejszą w historii Francji – na obóz kosmopolityzmu, grabarza suwerenności narodowej i zapowiedź amerykańskiej kolonizacji, którą zwalczał przez całe życie. Wkrótce najbardziej bojowi i obrazoburczy młodzi z tej generacji przybędą, by pluć na jego grób: „Tragiczny bal w Colombey, 1 nieboszczyk” – zatytułowano sarkastycznie pierwszą stronę [tygodnika] „Charlie Hebdo”. Natychmiast zabronionego i natychmiast przywróconego.
„Władza to niemożność”, monologował de Gaulle przed Peyrefitte’em. „Usiłowałem nastawić Francję przeciwko końcowi świata. Czy poniosłem klęskę?” – zapytywał samego siebie w obecności Malraux, który wracał do jego błędnego pytania na ostatniej stronie swej książki Chênes qu’on abat18 (Dęby, które się wyrąbuje): „Samotny w Colombey, między wspomnieniem i śmiercią, jak wielcy mistrzowie zakonów rycerskich w Palestynie przed swymi grobowcami, pozostaje wielkim mistrzem Zakonu Francji. Ponieważ za nią odpowiadał? Ponieważ przez tak wiele lat podnosił ją, dźwigając jej martwe ciało, sprawiając, iż świat uważał ją za żyjącą?”.
Wyobrażam sobie starego generała w głębi posiadłości La Boisserie, zasypanej śniegiem i niedostatecznie ogrzanej, nieszczęśliwego i rozczarowanego, którego ratuje jedynie nadzieja chrześcijanina.
Ale jeszcze przed śmiercią generała decyzja legislacyjna powzięta 4 czerwca zapowiadała już, że „de Gaulle był ostatnim ojcem, i że po nim nastaną czasy taty-smoczka”. (Philippe Murray)
9 listopada 1970













