„Mniejsze dzieci to Niemcy nawet wrzucali do środka. Na górę, przez głowę, żeby prędzej”. Opowieści świadków w rocznicę mordu w Jedwabnem
Niemieckie jednostki specjalne Einsatzkommando popełniły w okupowanej Polsce wiele zbrodni. ich członkowie zamordowali tysiące polskich obywateli. W okolicach Jedwabnego latem 1941 r. operowało Einsatzkommando SS Zichenau-Schröttersburg dowodzone przez hauptsturmführera SS Hermanna Schapera. Fot. za miesięcznikiem WPIS. (...) Po kilku miesiącach prób skontaktowania się ze świadkiem tego tak nagłośnionego nieszczęścia umówiliśmy się na spotkanie ze starszą kobietą, która wtedy, w 1941 r., jako ośmioletnia dziewczynka stała w odległości kilku kroków od zaganianych w Jedwabnem do stodoły ofiar.
Hieronima Wilczewska nie wygląda na swoje 80 lat. Szczupła sylwetka, elegancka sukienka, siwe włosy upięte wysoko w kok z tyłu głowy. Zawsze w ręce albo gdzieś obok nieodłączny różaniec. Siedzimy po obiedzie, a właściwie po uczcie, jaką nas tutaj przywitano, na kanapie gościnnego domu państwa Orzechowskich.
Urodziłam się i mieszkałam obok Jedwabnego, we wsi Kucze Wielkie – zaczyna opowieść pani Hieronima. Stamtąd chodziłam w niedziele i na nauki przedkomunijne do kościoła; wtedy, w ten czwartek też przyszłam z Kucz do Jedwabnego. Kiedy wchodziliśmy do kościoła, nic specjalnego nie spostrzegliśmy. Dopiero kiedy wyszliśmy z niego, zobaczyliśmy, że pędzą tłum ludzi do stodoły. Był wielki krzyk i zamieszanie. Podbiegliśmy wszyscy za nimi. Jak to dzieci.
Jak to dzieci. Ale chociaż była małą dziewczynką, to przeżycie pozostanie już na zawsze w jej pamięci. I przed oczyma.
Ciągle ich widzę. Ciągle słyszę ten ich krzyk w mojej głowie. Co dnia i na nowo. I codziennie się za nich modlę.
(...)
Stłoczonych pędzili ich tam krzykami, do tej stodoły. Do środka. Starszych popychano jednych na drugich, a dzieci, które zostawały na końcu, wrzucali na samą górę. Ot tak, brali za kark, za ramię i wrzucali na sam wierzch.
Kto? Cywile czy umundurowani? – pytam.
Niemcy – pewnie i bez chwili namysłu odpowiada pani Hieronima. To byli Niemcy. Mieli mundury Gestapo. Czarne mundury.
(...)
Siedzimy i słuchamy oniemiali, porażeni wspomnieniami przywoływanymi na drugiej półkuli po ponad siedemdziesięciu latach. Upewniam się co do tych Niemców, pytając: I po jakiemu mówili?
– Po niemiecku. To byli Niemcy. Nawet twarzy nie mieli jak nasi ludzie. Jak Polacy. Wtedy, jak chciałam podać tym Żydom wody, to Niemiec szarpnął mnie, wrzeszcząc: „Raus du verfluchte Scheisse!” po niemiecku. Ale inny oficer podszedł do mnie i powiedział, ale nie po niemiecku, tylko po rosyjsku: „Przypatrzcie się teraz uważnie, co robimy. Bo jak skończymy to robić z Żydami, to to samo będziemy robić z wami. Polakami”.
(...) Niemcy wkroczyli ponownie do Jedwabnego pod koniec czerwca 1941 r., zaraz po wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej.
Jak już ich tam zagonili – wspomina dalej pani Hieronima – to z takich długich karabinów zaczęli psikać na tę stodołę wodą. Jak to podpalili, to domy- śliłam się potem, jak byłam starsza, że to musiała być benzyna, nie woda. Od razu się wszystko zajęło. Wkoło ten ogień tak poszedł… I ten krzyk tych ludzi w środku… Ten straszny krzyk! Ciągle to mam w uszach…
Starsza pani zaciska dłoń w dłoni. W jej opowieści wielokrotnie powraca tych kilka utrwalonych na zawsze w
Hieronima Wilczewska. Fot. Wacław Kujbida. pamięci dziecka obrazów. I krzyk umierających, palonych żywcem ludzi. Wcześniej ośmioletnia dziewczynka chciała koniecznie podać wodę do picia ofiarom. Nie mogła, bo Niemcy ją odgonili – ta woda wraca również w opowieściach pani Wilczewskiej. Jako dziecko zapamiętała, że następnego dnia, po wygaśnięciu ognia i zawaleniu się resztek stodoły, niektóre z nadpalonych, nieludzko poparzonych ofiar jakimś cudem żyły jeszcze w tych popiołach, i że niemieckie oddziały otaczały kordonem to drgające w agonii ludzkie pogorzelisko, nie pozwalając do samego końca zbliżyć się tam nikomu.
Pytam, czy ktoś przed nami nie próbował przeprowadzić z nią wywiadu. Było paru dziennikarzy. Zapisywali rozmowy, ale potem nigdy nic się nie ukazało. Dlaczego?
Rozmawiamy o kamiennym pomniku, postawionym po wojnie przez mieszkańców w miejscu zbrodni. O tym, na którym napisano, że zbrodni dokonali Niemcy, a który zniknął. Mówimy jeszcze o oszczerstwach zarzucających Polakom udział sprawczy, o absurdach tych kłamstw. Polacy w czasie szalejącego terroru niemieckiej okupacji nie mogli po prostu fizycznie poza kontrolą Niemców przeprowadzić na własną rękę tego typu akcji.
Nie wiedziałem wtedy jeszcze, że jednym z pierwszych oddziałów wkraczających na tereny wokół Jedwabnego było wspomniane już na wstępie, dowodzone przez hauptsturmführera SS Hermanna Schapera, Einsatzkommando SS Zichenau-Schröttersburg. W owych dniach zadaniem tego specjalnego, zbrodniczego oddziału, który wsławił się okrucieństwem nie tylko w Jedwabnem, było właśnie przeprowadzenie czystek etnicznych w Łomżyńskiem.
Podłość oszczerstw zarzucających Polakom zbrodnię w Jedwabnem jest tym większa, że celem powołania tych specjalnych oddziałów SS (Einsatzkommando SS) stworzonych – powtórzmy – specjalnie do czystek etnicznych i zbiorowych morderstw, było zabijanie nie tylko obywateli polskich pochodzenia żydowskiego, ale też Polaków. To właśnie te oddziały dokonały akcji uśmiercenia profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego, Uniwersytetu Lwowskiego czy inteligencji polskiej Stanisławowa.
(...)
Dwa tygodnie po skończeniu montażu i opublikowaniu naszej rozmowy z pierwszym świadkiem, panią Hieronimą Wilczewską, niespodziewanie otrzymujemy wiadomość z Warszawy. Krótką, lakoniczną: …w Państwa reportażu to nie był ostatni świadek z Jedwabnego. Mój ojciec był również naocznym świadkiem. Miał wtedy 12 lat. Mieszka w Warszawie. I numer telefonu.
Miesiąc później lądujemy w Warszawie, która wita nas zimnym wiatrem i zacinającym w oczy deszczem.
10 lipca 1941 r. Stefan ma 12 i pół roku. W miasteczku i okolicy do 21 czerwca trwała okupacja sowiecka. Zabójstwa, prześladowania, aresztowania. Wyrzucanie z domów, wysiedlenia i wywózki Polaków na Sybir. Jako ochotnik z okresu wojny z najazdem bolszewickim na Polskę w 1920 r., aresztowany został również ojciec Stefana. Tacy ludzie, jeżeli nie zdążyli się ukryć, byli albo od razu zabijani, albo aresztowani i wywożeni przez Sowietów.
Trwa niepodzielny terror rządzącego tu NKWD, którego szeregi niestety zasilają ochotniczo niektórzy mieszkańcy Jedwabnego pochodzenia żydowskiego. Wieść o ataku armii niemieckiej, która dociera do Jedwabnego wcześnie rano, w niedzielę 22 czerwca 1941 r., jest dla Sowietów kompletnym zaskoczeniem. Do okupacyjnej granicy jest tylko 38 kilometrów i Rosjanie wpadają w panikę. Uciekają w popłochu, zabierając ze sobą tylko co ważniejszych
Stefan Boczkowski. Fot. Wacław Kujbida. urzędników spośród tych mieszkańców Jedwabnego, którzy zgłosili się i pracowali w ich NKWD. Mniej ważnych pozostawiają. Niemiecka armia dociera do Jedwabnego dosłownie w kilka chwil potem. Około czwartej po południu pierwsze niemieckie pojazdy wjeżdżają na bruk ulic miasteczka.
W lipcu 1941 r. rozpoczyna się druga odsłona terroru. Tym razem w wykonaniu innego, ale równie bezlitosnego okupanta.
Dom państwa Boczkowskich znajdował się jakiś kilometr, półtora na południowy wschód od miasteczka, pomiędzy Jedwabnem a wioską Grądy Małe. W ten czwartek, 10 lipca, 12-letni chłopiec, jak prawie codziennie, poszedł wraz z kolegą do Jedwabnego. Znaleźli się tam około drugiej po południu. Kiedy dochodzili do centrum, większość ludności żydowskiej już zgromadzono na rynku. Ale spędzanie ludzi trwało dalej.
Minęło zaledwie dziewiętnaście dni od wkroczenia na te tereny armii niemieckiej – przypomina Stefan Boczkowski. – Jak doszliśmy do okolic rynku, zorientowaliśmy się, że pędzą na rynek ludność polską pochodzenia żydowskiego. Z okolicznych domów. Musieli to robić już wcześniej, od rana, bo jak przyszliśmy do Jedwabnego, to już było tam całkiem sporo ludzi zapędzonych. Do niektórych domów wracali po kilka razy, bo widocznie nikogo tam nie zastali za pierwszym razem.
Kto? – pytam. Odpowiedź brzmi: Niemcy. Wojsko niemieckie. To nie był tylko czysty Wehrmacht, tylko Einsatzkommando. Takie specjalne oddziały do czystek etnicznych. Do Cyganów, Żydów, komunistów. Einsatzkommando, po prostu siły bezpieczeństwa. To Einsatzkommando szło zresztą po kolei, od Grajewa w stronę Jedwabnego. Byli w Wąsoszu, później w Łapach, w samym Białymstoku. Po kolei. Tak jak Niemcy wchodzili. Trzeba też wymienić Stawiski. Tam ich nie spalono w stodole, jak gdzie indziej, tylko rozstrzelano – to było dzień wcześniej albo dzień później niż w Radziejowie. A Radziejów był 7 lipca.
Znowu pytam o mundury, o kolor uniformów.
Te były różne. Były zielonkawe zwykłego feldgrau (oficjalna nazwa szarego i zielonego koloru mundurów Wehrmachtu – przyp. W.K.), czarne sił bezpieczeństwa i Gestapo. Jedni byli w butach, inni w kamaszach. Ale najwięcej było tego takiego zielonkawego feldgrau.
Mały Stefan biegał tam z kolegami, chodzili niespokojnie dooko ła przez kilka godzin.
Były wakacje. Przyglądaliśmy się temu wszystkiemu, spotkałem też innych naszych kolegów ze szkoły. Piotrek Dąbrowski, Henryk Mankiewicz. I nie tylko oni. Zresztą, wśród tych, których pędzili środkiem ulicy, też widzieliśmy znajome osoby. Przecież wszyscy się tam znaliśmy. Widziałem, jak prowadzili Bromsztejnów, Grądowskich. Bromsztejn do naszej klasy chodził, do piątej; to i rodzinę znałem.
Rodziny żydowskie prowadzili na rynek Niemcy. Ale mały Stefan Boczkowski zauważył też idącego z niemieckimi żołnierzami Polaka, właściciela małego warsztatu mechanicznego, do którego czasem chodził naprawiać rowery.
– Co pan z tymi Niemcami tu robi? – zapytał Stefan.
– Weszli do mojego domu i kazali iść ze sobą i pokazywać, gdzie mieszkają Żydzi. Powiedzieli, że jak tego nie zrobię, to na mocy okupacyjnego prawa wojennego zostanę natychmiast rozstrzelany. Pójdziesz teraz z nami i pokażesz, gdzie mieszkają Żydzi, których znasz. Jak nie, to kula w łeb! Mają ich prowadzić na jakieś roboty czy coś takiego.
Niemcy wybrali sobie z każdej większej ulicy po kilku mieszkańców i kazali im, pod groźbą śmierci, pokazać, gdzie mieszkają ich sąsiedzi pochodzenia żydowskiego.
Ten podły przymus stosowany był zresztą przez okupanta nie tylko w Jedwabnem. Cała diabelska machina tej wojny, morderstw i okupacji zarówno z niemieckiej jak i sowieckiej strony, siała nienawiść również i w ten sposób, że szczuła na siebie różne, żyjące dotychczas przez stulecia obok siebie w symbiozie i spokoju grupy etniczne. Zresztą, czy tylko wtedy i tylko tam stosowano taką metodę?
Pod lufami niemieckich karabinów prowadzono więc Niemców do drzwi domów żydowskich, chociaż niektóre z tych domostw były już puste. Rodziny zdążyły albo uciec przed chwilą, albo opuściły Jedwabne 19 dni wcześniej; ci zabrali się z uciekającymi Sowietami jako bardziej znaczni urzędnicy NKWD.
Chociaż nie dobrowolnie, to jednak ludzie szli, nie próbując właściwie żadnych rozpaczliwych ucieczek, oczywistych, jak by się wydawało, prób ratowania w takiej sytuacji swojego życia. Nie próbowali, bo oni po prostu nie wiedzieli, nie zdawali sobie sprawy z tego, że idą na śmierć. Niemcy okłamali ich i w tej, ostatecznej sprawie. Tak zresztą, jak mieli już kłamać wszędzie i zawsze, w takich i podobnych sytuacjach, do końca wojny.
Nie – potwierdza pan Stefan – nie wiedzieli. Niemcy mówili im, że będą ich przydzielać do jakichś prac, albo do porządkowych na rynku, albo do jakichś gałęzi przemysłu niemieckiego, zależnie od wieku. Tak samo mówili tym Polakom, którym kazali wskazywać te domy.
Wracam jeszcze pytaniem do tych oddziałów prowadzących ofiary i do mieszkańców Jedwabnego: Ilu było tych mieszkańców, których Niemcy zmusili do wskazywania domostw z rodzinami pochodzenia żydowskiego?
– Na każdej głównej ulicy, w stronę rynku, prowadzono tych ludzi. Na Łomżyńskiej, Przytulskiej, Wiskiej, Przestrzelskiej. Tak się podzielili. Cztery, pięć głównych ulic? Było po trzech, czterech niemieckich funkcjonariuszy z bronią i po dwóch, trzech mieszkańców Jedwabnego. No to łatwo policzyć. Ale Niemcy im nie pozwolili odejść, jak już doszli do rynku. Powiedzieli, żeby teraz zostali i z nimi pilnowali, żeby nikt się z tego rynku nie oddalił. I niektórym dali nawet kije do rąk. W każdym razie nie pozwalali tym mieszkańcom odejść.
– Ilu osób pilnowano na rynku? – pytam.
– Może trzysta? Trzysta kilkadziesiąt? Ja nie liczyłem. Nikt wtedy nie liczył. Ale coś koło tego. Proszę zauważyć, że kiedy rok wcze- śniej, w 1940 r., w czasie okupacji sowieckiej przeprowadzono spis ludności w sowieckiej Republice Białoruskiej, do której zostaliśmy przyłączeni, wykazano około 500 osób pochodzenia żydowskiego w Jedwabnem. No to wtedy nie mogło być więcej na tym rynku niż około trzysta kilkadziesiąt osób.
Niemcy trzymali tych wszystkich ludzi na rynku bez jedzenia i picia przez kilka godzin. Dzieci zaczęły płakać. Okoliczni mieszkańcy zaczęli gromadzić się dookoła, ukradkiem podawać wodę czy jakieś pożywienie. Niektóre z kobiet brały na rękę dziecko, żeby dać mu wody i uciekały z tym dzieckiem, jak żołnierze nie widzieli.
Ratowali, jak tylko było można – mówi pan Stefan. – Mówienie, że mieszkańcy brali w tym wszystkim udział, to jest nieprawda! Perfidne kłamstwo!
Tak było do godziny osiemnastej. Tymczasem na rynku i obok zatrzymywały się na krótki postój przejeżdżające ciężarówki i pojazdy oddziałów niemieckich, udających się na wschód, na front. Jedwabne znajdowało się na ważnych w tych dniach szlakach frontowych: Grajewo – Radziłów – Przytuły – Jedwabne – Wizna – Białystok.
Niemcy wychodzili z samochodów, palili papierosy, pili piwo, przyglądali się zatrzymanym na rynku ludziom.
Wtedy to zrobiło się nagle na rynku gęsto od Niemców. Zielono od mundurów. Bo samo Einsatzkommando nie było wcale liczne. Może maksymalnie jakieś sto osób, razem z tym głównodowodzącym – rozważa pan Stefan.
(...)
Gdyby choć wtedy zorientowali się, co ich czeka… Pewnie tłum rzuciłby się ławą do ucieczki, bez względu na konsekwencje. Pewnie ktoś by się uratował. Ale szli przecież „do pracy”. Dopiero gdy doszli do stodoły, może zaczęli sobie zdawać sprawę z grozy sytuacji. Ale pewnie też nie do końca. Niemcy zaczęli ich kolbami, uderzeniami wpychać do środka. Rozległ się jeszcze większy krzyk, lament, płacz. Starsi inaczej, młodsi trochę inaczej. Kobiety z tobołkami krzyczały, ciągnąc za sobą dzieci. Płakały przeraźliwie. Mężczyźni chyba zresztą też – przerywa na chwilę pan Stefan. – Mniejsze dzieci to Niemcy nawet wrzucali do środka. Na górę, przez głowę, żeby prędzej.
Myśmy stali z jednej strony stodoły, oglądając to wszystko – zaczyna znowu swoją opowieść pan Boczkowski. – Jak już chyba wszystkich wepchnęli, to słychać było takie trzaski. Takie jakby metal uderzał o metal. Nie wiedziałem, co się z drugiej strony działo ani w środku, ale to pewnie musiały być strzały. Teraz, po latach, przy ekshumacji, odkryto te łuski po pociskach, około dwieście. To Niemcy wtedy musieli strzelać. Przecież ani Żydzi, ani Polacy nie mogli mieć przy sobie żadnej broni! Potem zamknęli te wierzeje i podparli je jeszcze od zewnątrz takimi słupami. Żeby się nie otwarły pod naporem. Potem, do tyłu, z boku stodoły, podjechała taka furgonetka, samochód dostawczy z żołnierzami. Kilku ich tam było i zaczęli wynosić jakieś naczynia i chodzić z nimi. Nie wiedziałem, co tam było. Nikt nie wiedział, bo daleko staliśmy. Ale trudno się nie domyślić. Potem pojawił się ogień. I to nie w jednym czy drugim miejscu, ale od razu dookoła. Taki wieniec ognia. I krzyk okropny: „pali się!!!”…
– Gdzie byli wtedy Niemcy? –Dalej otaczali stodołę?
– Główny oddział to stał tutaj, z przodu, a tam z tyłu pewnie też byli. Nie wiem, bo nie mogliśmy tam podejść. Krzyk, wrzask był niesamowity. Okropny. Jak te bierwiona, dachy zaczęły się walić w ogniu na dół, to my już odeszliśmy. Akurat słońce wtedy zaszło. Ten słup dymu. Ogień. I ten swąd palonego, ludzkiego tłuszczu, tych warstw ludzkich…
(...)
Pan Stefan opowiada, ilu Żydom udało się uciec przed zapędzeniem na rynek Jedwabnego i którym z nich pomagano potem się ukryć – w okolicznych lasach czy nawet wsiach i zagrodach.
– Uciekli też do naszej stodoły, do naszej wsi. U nas było czterech. Z Bromsztejnów i jacyś drudzy. Paru znalazło schronienie w Zanklewie u naszych kuzynów, niejakich Dobkowskich. Oni ukrywali na przykład całą rodzinę Lewinów. Z kolei w Przestrzelu, u Biedrzyckich, ukrywano też parę osób, a i krewni Dobkowskich, też Dobkowscy, ale z Przestrzela, przechowywali jakąś rodzinę.
Ryzykowaliśmy wiele, życie nas wszystkich, ale przecież nie mogliśmy odmówić. Przechowywaliśmy ich parę dni. Oni potem poszli, po nocach, w stronę Biebrzy. Do znajomych i rodzin.
Ale na przykład Dobkowscy z Zanklewa to przechowali całą rodzinę Lewinów aż do połowy 1944 r. Prawie przez trzy lata. Zrobili im taki bunkier, koło chaty. I tam zanosili im żywność, wodę.
Cała wieś, całe Zanklewo wiedziało, że ci Janina i Bolesław Dobkowscy ukrywają Żydów, ale nikt nic nie powiedział i nie doniósł do Niemców. Inaczej Niemcy zabiliby wszystkich, spalili chałupy i jeszcze ubili ziemię łopatami. Dobkowscy mieli taką starą babcię, to jak Niemcy pojawiali się w pobliżu, to ona zaraz zaczynała tkać na wrzecionach i głośno śpiewać różne pieśni kościelne. Pewnie żeby dać znać tamtym, żeby się nie ruszali i żeby odwrócić uwagę Niemców… Po 44 roku oni uciekli za Biebrzę, potem Rosjanie im ułatwili i oni wyjechali do Izraela. Tamci, starzy Lewinowie już nie żyją, ale ten ich syn, Jasiu Lewin, to przyjeżdżał do Jedwabnego z Izraela zawsze, jak mógł. W odwiedziny i z prezentami dla kogo mógł. Janina i Bolesław już też nie żyją, ale ich syn, Wicek Dobkowski, pojechał do Izraela i posadził tam to drzewko. Bo cała ich rodzina dostała medal.
Żegnamy się z panem Stefanem Boczkowskim. Odchodzi w mrok warszawskiej ulicy. Jakie to ważne – myślę – jakie to ważne, że spotkaliśmy tego człowieka i możemy zapisać jego świadectwo. Na przekór szafarzom, handlującym cudzymi nieszczęściami i śmiercią.
Wacław Kujbida
*
Powyższe fragmenty pochodzą z artykułu Wacława Kujbidy, który ukazał się w miesięczniku WPIS nr 51.
Zapraszamy do naszej Księgarni Internetowej po książki o historycznych relacjach Polski i Niemiec oraz miesięcznik WPIS:

Rok 1939. Od beztroski do tragedii
Dla Polski rok 1939 był rokiem przedziwnym; przede wszystkim tragicznym, gdyż agresja na nasz kraj Niemiec dokonana 1 września, a następnie Związku Sowieckiego – 17 września spowodowała śmierć milionów rodaków jak również zamordowała prężnie rozwijającą się II Rzeczpospolitą. Ten straszny rok kojarzy nam się zatem głównie z początkiem II wojny światowej.

Auschwitz - Rezydencja śmierci
Unikalny dokument przedstawiający największy niemiecki obóz koncentracyjny, ośrodek męczeństwa i masowej zagłady setek tysięcy więźniów 30 narodowości. Bogaty materiał fotograficzny: znakomite, słynne już artystyczne fotografie Adama Bujaka zatrzymujące w czasie echa koszmaru oraz zdjęcia archiwalne z lat funkcjonowania obozu przedstawiające dramatyczny los deportowanych.

III Rzesza Niemiecka. Nowoczesność i nienawiść
Rzesza Niemiecka istniała tylko w okresie 1933–1945, ale bardzo mocno zapisała się w historii. Mocno i wyjątkowo niechlubnie. Gdy się ją wspomina, przychodzą na myśl druty kolczaste, niemieckie obozy zagłady, wojenna pożoga, grabież, ruiny. Do tego dochodzi pogarda dla tych, których zbrodnicza ideologia nazistowska określała jako „podludzi” i których należało likwidować w imię czystości rasy.

Pamięć Warszawy
Warszawa – dumna stolica naszego narodu nie miała łatwej historii, zwłaszcza w XX w. Równocześnie jednak Warszawa stała się symbolem niezłomnej polskiej niepodległości. Tu w 1918 r. siedzibę znalazły najwyższe polskie władze. Stąd grzmiały w 1939 r. słowa, że polski honor jest bezcenny, a mieszkańcy naszej stolicy powstali w 1944 r. przeciw okupantom, nie mogąc dłużej znieść zniewolenia.

Opuszczeni bohaterowie Powstania Warszawskiego
Żywa lekcja historii i patriotyzmu! Frapujący tekst prof. Władysława Bartoszewskiego przybliżający i analizujący Powstanie Warszawskie. Ponad 100 emocjonujących fotografii: Adama Bujaka oraz powstańczego fotoreportera Eugeniusza Lokajskiego "Broka". Na zdjęciach m.in.

Prenumerata miesięcznika WPiS na cały 2025 rok - wydanie drukowane + wydanie elektroniczne
Miesięcznik „Wpis” już od piętnastu lat pozostaje wierny swym założeniom i przedstawia Czytelnikom podstawowe wartości, a więc wiarę, patriotyzm i sztukę.
Publikują u nas tak znakomici autorzy, jak m.in.: Adam Bujak, ks. prof. Waldemar Chrostowski, Leszek Długosz, prof. Ryszard Kantor, dr Marek Klecel, ks. prof. Janusz Królikowski, prof. Grzegorz Kucharczyk, dr Monika Makowska, prof. Aleksander Nalaskowski, prof.





Komentarze (0)
Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników serwisu. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za ich treść. Wpisy są moderowane przed dodaniem.