Katastrofa smoleńska i jej konsekwencje. Dziś 15. rocznica tej tragedii
Wśród wielu ważnych obchodzonych w tym roku rocznic pojawia się i 15. rocznica katastrofy smoleńskiej, o której pamięć jest niewygodna dla obecnie rządzącej ekipy. Donald Tusk i jego ludzie 15 lat temu okryli się hańbą i polscy patrioci o tym nie zapomną.
Dlatego też dzisiaj zapraszamy do Biały Kruk TV na premierę przejmującego filmu dokumentującego dni po smoleńskiej tragedii, a także przypominamy konsekwencje katastrofy smoleńskiej w przedstawionym niżej tekście prof. Wojciecha Roszkowskiego z książki „Kierunek Targowica”.
Tragedia pod Smoleńskiem
Fatalna kohabitacja PiS i PO została przerwana w sposób najbardziej brutalny z możliwych: przez śmierć, katastrofę prezydenckiego samolotu pod Smoleńskiem. Rankiem 10 kwietnia 2010 r. o godz. 8:41 letniego czasu środkowoeuropejskiego, moment przed wylądowaniem na lotnisku w Smoleńsku, rozbił się samolot Tu-154 wiozący delegację polską na obchody 70. rocznicy zbrodni katyńskiej. W sumie zginęło 96 osób.
Dla wielu rodzin była to oczywiście wielka osobista tragedia, ale katastrofa miała też swój tragiczny wymiar dla polskiej polityki, przede wszystkim dla jej prawej strony. By to zrozumieć, wystarczy uświadomić sobie, kto wówczas zginął: prezydent Lech Kaczyński z małżonką Marią, ostatni prezydent RP na obczyźnie Ryszard Kaczorowski, wicemarszałkowie Sejmu Krzysztof Putra (PiS) i Jerzy Szmajdziński (SLD), wicemarszałek Senatu Krystyna Bochenek (PO), prezes Narodowego Banku Polskiego Sławomir Skrzypek, prezes Instytutu Pamięci Narodowej Janusz Kurtyka, szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego Aleksander Szczygło, szef Kancelarii Prezydenta RP Władysław Stasiak, wiceministrowie spraw zagranicznych Stanisław Komorowski i Andrzej Kremer, wiceminister kultury Tomasz Merta, rzecznik praw obywatelskich Janusz Kochanowski, dziewięcioro posłów ze wszystkich klubów parlamentarnych, dwoje senatorów. A także dowództwo Wojska Polskiego: szef sztabu gen. Franciszek Gągor oraz dowódcy wszystkich rodzajów sił zbrojnych, sił operacyjnych – gen. Bronisław Kwiatkowski, wojsk lądowych – gen. Tadeusz Buk, sił powietrznych – gen. Andrzej Błasik, Marynarki Wojennej – wiceadm. Andrzej Karweta i wojsk specjalnych – gen. Włodzimierz Potasiński. Śmierć ponieśli także katolicki ordynariusz polowy bp Tadeusz Płoski, prawosławny ordynariusz polowy bp Miron Chodakowski, przedstawiciele Rodzin Katyńskich, funkcjonariusze BOR i załoga z kpt. pilotem Arkadiuszem Protasiukiem na czele.
Katastrofa smoleńska wywołała w Polsce szok i przykuła uwagę całego świata, stała się do dziś przedmiotem obfitej literatury. Kondolencje napłynęły wówczas z kilkudziesięciu najważniejszych stolic. Nawet zważywszy okolicznościową dyplomację, w słowach przywódców światowych można było odczytać prawdziwe uznanie dla tragicznie zmarłego prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Prezydent USA Barack Obama stwierdził, że był on wybitnym mężem stanu, „podziwianym w USA jako przywódca oddany sprawie postępu, wolności i ludzkiej godności”. Kanclerz Angela Merkel napisała, że „był wojowniczym Europejczykiem”, ale że „na koniec zawsze znajdowaliśmy rozwiązanie”. Prezydent Izraela Szimon Peres nazwał zmarłego „wielkim polskim patriotą” i „wielkim przyjacielem Izraela”. Prezydent Czech Václav Klaus napisał, że stracił „prawdziwego przyjaciela”. Żałobę narodową ogłoszono w Rosji, Brazylii i sześciu krajach Europy Środkowo-Wschodniej. Minutę ciszy na znak żałoby ogłoszono nawet podczas meczu, słynnego el clásico, Real Madryt – FC Barcelona.
Pierwsze reakcje rosyjskie wydawały się bez zarzutu. Współczucie okazywały tysiące zwykłych Rosjan, składając kwiaty przed ambasadą RP w Moskwie czy polskimi placówkami w innych miastach. Specjalne orędzie wygłosił po południu 10 kwietnia ówczesny prezydent Dmitrij Miedwiediew. Władze rosyjskie zdecydowały, że nazajutrz, w godzinach największej oglądalności, państwowa telewizja nada film Wajdy „Katyń”.
Komentarze mediów zagranicznych oddawały na ogół prawdziwy wymiar tragedii smoleńskiej, co w zestawieniu z niesprawiedliwymi nieraz ocenami prezydenta Kaczyńskiego w przeszłości było pozytywnym zaskoczeniem. Na okolicznościowy obiektywizm zdobyły się zarówno „Süddeutsche Zeitung”, „The Guardian”, „New York Times”, „Le Figaro”, jak i skrajnie lewicowy hiszpański „El País”. Tak samo prasa rosyjska. We włoskiej lewicowej gazecie „La Repubblica” podkreślono, że członkowie delegacji lecieli starym sowieckim odrzutowcem do Katynia, że do tragedii doszło pod Smoleńskiem, który wybrano na siedzibę domu pojednania polsko-rosyjskiego. W konkluzji napisano, że „coś naprawdę ponadnaturalnego zdaje się wyznaczać przeznaczenie narodu polskiego”. Dość szybko jednak ton mediów zachodnich nieco się zmienił i zaczęto z nadzieją analizować możliwość większej ustępliwości nowych władz polskich1.
Wraz z informacjami napływającymi ze Smoleńska zaczęto od razu spekulować co do przyczyn katastrofy. W niektórych przekazach zastanawiano się jedynie nad naturalnymi przyczynami, jak błąd pilotów czy usterka techniczna, lub cytowano niesprawdzone lub wręcz fałszywe informacje, w innych podkreślano fachowość załogi, a nawet zaznaczano możliwość winy Rosjan. Pojawiła się szybko teoria zamachu, której nie analizowali, lecz zaczęli ją gwałtownie zwalczać publicyści „Gazety Wyborczej” i mediów na co dzień krytykujących PiS. Dość szybko zaczęto analizować napływające informacje o samym przebiegu katastrofy. Zastanawiać musiał niezwykły rozrzut szczątków samolotu, który spadł z niewielkiej wysokości, karykaturalny kształt „wieży” na lotnisku w Smoleńsku, z której padały niejasne polecenia dla załogi tupolewa, zeznania o wybuchach poprzedzających rozpad samolotu, a także nagłe pojawienie się mgły w momencie katastrofy. Wobec poprawności oficjalnych przedstawicieli Rosji dziwić musiało agresywne zachowanie służb rosyjskich na miejscu katastrofy lub bezzwrotne przejęcie przez Rosjan nośników danych polskich generałów, będących przecież dowódcami w strukturach NATO.
Stosunkowo wcześnie odezwała się też Tatiana Anodina, szefowa Międzypaństwowej Komisji Awiacyjnej (MAK), zapewniając, jak się potem okazało, kłamliwie, że mechanizmy samolotu działały do końca sprawnie. MAK jest zresztą organizacją skupiającą jedynie członków Wspólnoty Niepodległych Państw. Dlatego też emocjonalny komentarz redaktora naczelnego „GW” Michnika do zachowania Rosjan „Coś w naszych sercach drgnęło” mógł się wydawać przedwczesny, podobnie jak apel abp. Józefa Życińskiego o szczególną troskę o groby żołnierzy sowieckich, list intelektualistów do Rosjan z prośbą o pojednanie (wśród sygnatariuszy wspominanego listu intelektualistów znaleźć można nazwiska profesorów Karola Modzelewskiego, Stanisława Mossakowskiego, Henryka Samsonowicza, Jerzego Wyrozumskiego czy ks. Andrzeja Szostka) czy nadzieje na polsko-rosyjskie pojednanie Zbigniewa Brzezińskiego2. Początkowa wstrzemięźliwość Polaków w ocenach roli Rosji w katastrofie oraz ich wspólne przeżywanie żałoby robiło jednak dobre wrażenie na obserwatorach zachodnich.
Żałoba narodowa
Sposób, w jaki objęli swe obowiązki politycy konstytucyjnie do tego uprawnieni, budził od początku mieszane uczucia. Po stronie rządowej nie brakowało samozadowolenia, że mimo tragedii państwo funkcjonowało bez zarzutu. Na użytek zewnętrzny twierdziło tak również szereg komentatorów. Naprawdę można było mieć co do tego wątpliwości. Przede wszystkim Polacy musieli długo czekać na oficjalne wystąpienie premiera Donalda Tuska i p.o. prezydenta – marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego. Pozornie zachowywał on umiar w pełnieniu swej funkcji, faktycznie jednak starał się wykorzystać zmianę, jaką była śmierć prezydenta pochodzącego z odmiennej opcji politycznej. Jak się wkrótce okazało, główną troską Komorowskiego było szybkie przejęcie kontroli nad Kancelarią Prezydenta. W katastrofie nie zginął zastępca szefa prezydenckiej kancelarii Jacek Sasin, więc mogła ona kontynuować pracę, lecz Sasin został odsunięty od decyzji, a kontrolę nad kancelarią przejął w trybie natychmiastowym mianowany przez Komorowskiego Jacek Michałowski, który zajął się w pierwszej kolejności tajnym załącznikiem do raportu o likwidacji WSI3.
Ujawnione później protokoły posiedzeń rządu wskazują na to, że od samego początku premier Tusk i jego ministrowie przyjmowali bez zastrzeżeń hipotezę o wypadku. Posiedzenia rządu trwały bardzo krótko, toteż nie zajmowano się działaniami służb ani prokuratury; nie omawiano też współpracy z Rosjanami. Ani szef MON Klich, ani szef służb Cichocki nie mieli ministrom nic do powiedzenia. Wieczorem 10 kwietnia premier Tusk przybył na miejsce katastrofy, gdzie spotkał się z Putinem. Wedle większości mediów atmosfera była pełna powagi i napięcia, ale zdjęcia opublikowane później wskazują, że Tusk wymieniał z premierem Rosji „żółwiki”, czyli żartobliwe gesty porozumienia. Dopiero dziesięć dni po katastrofie ministrowie z międzyresortowego zespołu zajmującego się sprawą przekazali swoje informacje, ale trwało to bardzo krótko4.
Tragiczna śmierć tak licznych przedstawicieli polskiej elity państwowej wywołała w Polsce niezwykłą reakcję społeczną. Tysiące osób składały nieprzerwanie znicze i kwiaty przed Pałacem Prezydenckim na warszawskim Krakowskim Przedmieściu, tak że spontanicznie wyłoniona harcerska straż honorowa nie nadążała z ich porządkowaniem. Gdy w niedzielę 11 kwietnia 2010 r. lądował na Okęciu samolot wiozący szczątki prezydenta Lecha Kaczyńskiego, przed telewizorami siedziało i śledziło to wydarzenie 15 mln Polaków. Wraz z powrotem kolejnych trumien z ciałami ofiar pojawiały się stale nowe, często sprzeczne informacje o przebiegu katastrofy. Mówiono o czterech próbach podejścia Tu-154 do lądowania, by wkrótce temu zaprzeczyć, wspominano o ściętych drzewach, filmach ukazujących rzekomo ostatnie chwile samolotu czy rzekomych strzałach na pobojowisku. Nie było jasne, dlaczego śledztwo w sprawie katastrofy prowadzą organy rosyjskie, i to pod nadzorem osławionego prokuratora generalnego Jurija Czajki, ograniczając stronie polskiej dostęp do dowodów w sprawie, ani jakie są w tej sytuacji szanse śledztwa polskiej prokuratury wojskowej. Dziwiło, że Naczelny Prokurator Wojskowy, gen. Krzysztof Parulski, mając ograniczony dostęp do śledztwa rosyjskiego niemal natychmiast wykluczył użycie ładunków wybuchowych. Kompletnie pogubiony był prokurator generalny Andrzej Seremet, który udzielał mylnych informacji.
Pod wpływem nastroju wywołanego przez masowe demonstracje żałoby po katastrofie media polskie, nawet niechętne lub wrogie prezydentowi Kaczyńskiemu, zmieniły na chwilę ton. Przypominano nie tylko zasługi wszystkich ofiar katastrofy, ale także prezydenta, którego jeszcze niedawno wyśmiewano lub wręcz poniżano. Z mediów znikły na pewien krótki czas osoby, które brały najbardziej czynny udział w kampanii antyprezydenckiej, a niektórzy dziennikarze niechętni tragicznie zmarłemu prezydentowi nagle zaczęli go opłakiwać. Na hipokryzję tych żałobników zwrócił jako pierwszy uwagę w bardzo emocjonalnym tonie Zdzisław Krasnodębski5. Pierwszy zgrzyt w powszechnym nastroju żałoby wywołała decyzja o pochówku prezydenckiej pary na Wawelu, podjęta przez metropolitę krakowskiego kard. Stanisława Dziwisza w porozumieniu z najbliższym otoczeniem zmarłego prezydenta. 14 kwietnia odbyła się w Krakowie demonstracja protestacyjna przeciw tej decyzji, a Krystyna i Andrzej Wajdowie wystosowali w tej sprawie list protestacyjny do metropolity krakowskiego. Dyskusje na temat miejsca
Pod Krzyżem Katyńskim w Krakowie przez cały czas trwania żałoby narodowej zbierali się Polacy, którzy wspólnie i pogrążeni w modlitwie oraz zadumie chcieli przeżyć te tragiczne chwile. Fot. Ewa Barańska-Jamrozik. pochówku pary prezydenckiej mocno psuły nastrój żałoby. Pojawiały się coraz ostrzejsze komentarze do decyzji kard. Dziwisza oraz postaw wobec żałoby. „Nie mogę patrzeć na te krokodyle łzy. Ludzie, którzy Go nienawidzili, którzy Nim gardzili, którzy Nim pomiatali, teraz płaczą nad Jego trumną”, napisał wybitny pisarz Jarosław Marek Rymkiewicz, zaś socjolog Ireneusz Krzemiński powątpiewał, czy śmierć uczyniła z Lecha Kaczyńskiego bohatera. Tymczasem dziesiątki tysięcy ludzi, stojących godzinami w ogromnej kolejce przed Pałacem Prezydenckim, osobiście żegnały prezydencką parę, której trumny wystawiono w pałacu.
Monumentalny pogrzeb prezydenckiej pary odbył się 18 kwietnia 2010 r. Trumny Lecha i Marii Kaczyńskich przewieziono do Krakowa i pochowano w krypcie wawelskiej. Przylot wielu zapowiadanych gości najwyższego szczebla uniemożliwiły trudności wywołane w ruchu lotniczym przez wybuch islandzkiego wulkanu, ale do Krakowa przybyli mimo to prezydenci Rosji i kilku państw sąsiednich, a także prezydent Gruzji Micheil Saakaszwili, który dokonał specjalnie kilku przesiadek, by dotrzeć różnymi środkami komunikacji na miejsce. Prezydent USA Obama nie przyjechał; jak się okazało, grał w tym czasie w golfa. Przez cały następny tydzień trwały pogrzeby pozostałych ofiar katastrofy i ogólnonarodowa żałoba.
W dość krótkim czasie p.o. prezydenta Komorowski mianował następców urzędników, którzy zginęli, oraz dowódców poszczególnych rodzajów sił zbrojnych. Na czele BBN Komorowski postawił 13 kwietnia gen. Stanisława Kozieja (w PRL wieloletni członek PZPR).
Nastrój ogólnonarodowej żałoby rodził nadzieje, że nastąpi złagodzenie konfliktów i ucywilizowanie języka politycznego. Nadzieje te szybko prysły. Już pod koniec żałoby narodowej pojawiły się znów głosy krytyczne wobec zmarłego prezydenta Lecha Kaczyńskiego, nakręcające złe emocje. Lech Wałęsa oświadczył, że wybacza wszystkie złe słowa, które usłyszał od braci Kaczyńskich, lecz nie wycofuje niczego, co powiedział o Lechu Kaczyńskim, nawet tego, że był „durniem”6. Niektórzy celebryci zaczęli znów okazywać swoistą lekceważącą wyższość nad nastrojami tłumów. Tomasz Jastrun pisał o „godnościowym wzdęciu”, a Waldemar Kuczyński wzywał brata zmarłego prezydenta, by „porzucił zamysł burzenia tego, co jest”. O „zbiorowej histerii” mówiły Izabella Cywińska i Małgorzata Szumowska. Bronisław Łagowski mówił o „nekrofilskim polskim nacjonalizmie”. Grzegorz Miecugow przestrzegał przed „demonem polskiego patriotyzmu”7.
Co do przyczyn katastrofy smoleńskiej panowało ogromne zamieszanie. Niektóre, nie zawsze sprawdzone informacje przedostały się do mediów bardzo szybko i na ich podstawie formułowano pochopne nieraz teorie. Później informacje te znikały, nie zawsze dlatego, że nie zostały potwierdzone, lecz dlatego, że szkodzić miały rzekomo dobru śledztwa. Choć duża część mediów polskich zapewniała, że oba śledztwa – rosyjskie i polskie – prowadzone są rzetelnie i że można mieć zaufanie do ich wyników, opinia publiczna zaczynała mieć wątpliwości i dzielić się nimi, gdyż niektóre z tych mediów z uporem podtrzymywały tezę o winie pilotów i naciskach ważnych pasażerów, wykluczając inne przyczyny katastrofy. Zaufanie do śledztw stopniowo ustępowało zwątpieniu, gdy okazało się, że strona polska oddała główne śledztwo stronie rosyjskiej na podstawie rozmowy premierów Tuska i Putina, bez uwzględnienia korzystniejszej dla Polski umowy z 1993 r.. Okazywało się, iż śledztwo rosyjskie prowadzone jest przy skandalicznym wręcz traktowaniu dowodów. Niejasne było, dlaczego Rosjanie podawali najpierw godzinę 8:56 jako moment katastrofy, skoro wiadomo było już wkrótce, co potwierdził premier Tusk, że nastąpiła ona o godz. 8:41. Choć stawało się oczywiste, że kontrolerzy rosyjscy naprowadzali Tu-154 do zderzenia z ziemią, pytano, dlaczego w śledztwie rosyjskim z góry wykluczono ich błąd lub winę, a także dlaczego polskie władze nie podejmują bardziej aktywnych działań w sprawie śledztwa i co miał na myśli rzecznik rządu Paweł Graś mówiąc, że „każda ingerencja rządu (…) byłaby bardzo źle odebrana”, skoro Rosjanie deklarowali niby tyle dobrej woli wobec Polski. Wkrótce okazało się, że Rosjanie wycięli drzewa i zaorali teren katastrofy, dopuszczali do grabienia szczątków samolotu, a także systematycznie niszczyli jego wrak. Mimo to wciąż najczęściej powtarzano tezę o winie polskich pilotów.
Stopniowo, mimo oświadczeń o dobru śledztwa, o wadze stosunków polsko-rosyjskich oraz o przyjaznych gestach rosyjskich, pojawiały się dalsze wątpliwości co do okoliczności katastrofy. Zauważono nietypowe ustawienie radiolatarni naprowadzających samolot na lądowisko. Ujawniano sprzeczności w oświadczeniach osób odpowiedzialnych w Polsce za śledztwo – szefa Państwowej Komisji Wypadków Lotniczych Edmunda Klicha, szefa MON Bogdana Klicha oraz gen. Parulskiego. Podnoszono wątpliwości co do teorii ucięcia skrzydła samolotu przez brzozę, wskazywano na nieprawdopodobieństwo rozpadnięcia się samolotu na kawałki przy upadku z niewielkiej wysokości, a także demaskowano manipulacje medialne minimalizujące odpowiedzialność rosyjską.
Ponieważ rosyjska hipoteza o zderzeniu z drzewem i obróceniu się kadłuba była wątpliwa, nasilały się spekulacje co do możliwości zamachu bombowego jako przyczyny katastrofy. Edmund Klich ujawnił nie tylko bałagan w działaniach rosyjskich, ale także fakt, że oddanie dowodów i śledztwa w ręce Rosjan praktycznie odcięło polskich prokuratorów od wglądu w to śledztwo. Skądinąd w miesiąc po katastrofie władze rosyjskie pozwalały osobom postronnym zbierać walające się jeszcze szczątki samolotu, a władze polskie nie robiły nic, by te dowody w sprawie zgromadzić. Pojawił się też niewiadomego pochodzenia film rosyjski sugerujący dobijanie rannych w katastrofie, mogący być prowokacją wzbudzającą emocjonalne domysły i strach.
Niejasne były decyzje premiera Tuska. Oświadczył on, że z dużym prawdopodobieństwem należy wykluczyć awarię samolotu lub eksplozję na pokładzie Tu-154. Wyraził zaufanie do szefa MON Bogdana Klicha, a krytykującego rząd Edmunda Klicha delegował do monitorowania postępów śledztwa rosyjskiego. Na czele komisji polskiej badającej katastrofę postawił zaś Jerzego Millera. Poza tym twierdził, że oddanie śledztwa w ręce Rosjan było koniecznością, że współpraca z Rosjanami przebiega w atmosferze partnerstwa oraz że rodziny ofiar nie miały zastrzeżeń do działań Rosjan. Większość tych twierdzeń okazała się wkrótce nieprawdziwa, co skłaniało do pytania, jakie są powody i intencje premiera8. Przede wszystkim ustalono, że Tusk przyjął wraz z Putinem jako podstawę wyjaśniania katastrofy polskiego statku powietrznego na terenie Rosji konwencję chicagowską o lotnictwie cywilnym, podczas gdy prezydencki lot miał z definicji charakter wojskowy, a takie przypadki były objęte polsko-rosyjskim porozumieniem z 7 lipca 1993 r. w sprawie ruchu samolotów wojskowych, przewidującym współpracę obu stron w wyjaśnianiu przyczyn katastrof9. Jakby na ironię, w tym samym czasie premier Tusk otrzymał niemiecką Nagrodę Karola Wielkiego (dyplom, medal i 5 tys. euro) przyznawaną za promowanie jedności i pokoju w Europie.
Kiedy w połowie maja 2010 r. Rosjanie ogłosili pierwszy komunikat o odczytaniu „czarnych skrzynek” Tu-154, spekulacje się nasiliły. Wynikało z odczytu bowiem, że mimo gęstej mgły lotnisko było cały czas otwarte, a piloci polscy byli błędnie sprowadzani na ziemię przez rosyjskich kontrolerów lotu ze smoleńskiej „wieży”. Mimo to Rosjanie, a za nimi większość komentatorów bliskich rządowi sugerowali nadal, że to piloci nie stanęli na wysokości zadania. Stopniowo ujawniano też bałagan i kłamstwa strony rosyjskiej co do sposobu traktowania zwłok oraz rodzin ofiar, skandaliczne zaniedbania rosyjskich śledczych, a także prawie całkowity brak ochrony prezydenckiej wizyty ze strony Biura Ochrony Rządu. Na to wszystko przedstawiciele rządu Tuska oraz prokuratury wojskowej zasłaniali się dobrem śledztwa i tuszowali wymowę owych zaniedbań, zaś niektórzy dziennikarze bezkrytycznie powtarzali niesprawdzone lub wręcz fałszywe informacje polskich oficjeli10. Duża część zwolenników rządu puszczała mimo uszu ostrzeżenia przed „potiomkinowskim” charakterem żałoby rosyjskiej, które formułował na przykład znany historyk i filozof francuski Alain Besançon11.
Kampania przed wyborami prezydenckimi
Wkrótce po zakończeniu oficjalnej żałoby po tragedii smoleńskiej zaczęła się kampania przed wyborami prezydenckimi, których pierwsza tura miała się odbyć 20 czerwca 2010 r. W PO zastanawiano się, czy nie korzystniej byłoby wystawić kandydaturę Tuska, który lepiej wczuł się w nastroje społeczne w dniach żałoby, a nie Komorowskiego, który zachowywał się sztywno i z dystansem. Ostatecznie stanęło jednak na Komorowskim, który wygrał prawybory w Platformie. W PiS istniała początkowo niepewność, czy Jarosław Kaczyński, dla którego strata brata bliźniaka była szczególnym ciosem, zdecyduje się podjąć walkę o prezydenturę. Ostatecznie jednak, mimo oczywistego przygnębienia po stracie najbliższych, stanął on do wyborów. Kandydatem SLD został jego szef Grzegorz Napieralski. PSL wystawił jak zwykle Pawlaka. Do wyborów stanęło ostatecznie 22 kandydatów. Wystartowali także między innymi: Andrzej Olechowski, Marek Jurek i Andrzej Lepper.
(...)
Usunięcie tematyki smoleńskiej z prezydenckiej kampanii wyborczej Jarosława Kaczyńskiego negatywnie ocenia
Po katastrofie odbywało się wiele demonstracji. Fot. Adam Bujak Leszek Sosnowski, prezes wydawnictwa Biały Kruk, które wydało w 2010 r. najważniejszą książkę na temat katastrofy smoleńskiej pt. „Hołd katyński”. Sosnowski wspomina: „Mieliśmy uczestniczyć w kampanii wyborczej, rozmawialiśmy na ten temat z ludźmi z kierownictwa PiS; nikt nawet nie wyobrażał sobie, że tematyka smoleńska może zniknąć z kampanii – przecież to był temat, o którym cały kraj mówił każdego dnia, nawet najmniejsza nowa informacja związana ze Smoleńskiem obiegała Polskę lotem błyskawicy. Rozmawialiśmy z panią Martą Kaczyńską, która była gotowa wziąć udział w pewnym zakresie w kampanii – mimo całego bólu po stracie rodziców. Naprawdę wydawało się, że porażka w wyborach Jarosława Kaczyńskiego jest po prostu niemożliwa. I nagle, jakby piorun strzelił: włączyła się w kampanię Kluzik-Rostkowska i temat katastrofy zniknął, nie pojawił się w żadnej postaci. Był totalnie zakazany. A trzeba wiedzieć, że tego tematu bał się jak diabeł święconej wody obóz Komorowskiego i Tuska, bo pod ich adresem padało coraz więcej drażliwych i demaskujących pytań, więc działania szefowej sztabu Jarosława Kaczyńskiego były im bardzo na rękę, choć oczywiście się do tego nie przyznawali. Natomiast takie działanie było fatalnie odbierane przez obóz patriotyczny, ale także przez Polaków mało zaangażowanych w politykę. Przecież już od samego początku, od 10 kwietnia, żądano prawdy o Smoleńsku, a tu nagle okazuje się, że poszukiwania tej prawdy unika sam Jarosław Kaczyński! O co tu chodzi, co się stało, pytano naokoło, codziennie mieliśmy telefony z całej Polski na ten temat. Jak się miało okazać, unikanie problematyki katastrofy smoleńskiej było całkowicie fałszywą koncepcją, nie było to wcale konieczne, by pokazywać dobre przygotowanie kandydata, jak sugerował sztab kierowany przez Kluzik-Rostkowską, która po wyborach ukazała swe prawdziwe oblicze. Moim zdaniem taka postawa zaważyła nie tylko na tych wyborach, prezydenckich, ale i na następnych, parlamentarnych”12.
(...)
Walka o krzyż
Zwycięstwo Bronisława Komorowskiego w wyborach prezydenckich oznaczało przejęcie pełni władzy w Polsce przez koalicję PO-PSL. Zaraz po wyborach prezydenckich Sejm wybrał Grzegorza Schetynę nowym marszałkiem Sejmu, a więc drugą osobą w państwie. Kampania prezydencka pozwoliła mu na odbudowę pozycji politycznej. W swej kancelarii prezydenckiej Komorowski zatrudnił wielu pracowników i doradców związanych dawniej z Unią Wolności. Trudno się było temu dziwić, skoro dopiero po wyborach okazało się, jakie są rodzinne korzenie małżonki nowego prezydenta. Choć sama była w młodości harcerką w związanej z opozycją „Czarnej Jedynce”, jej rodzice byli funkcjonariuszami „bezpieki”, usuniętymi po marcu 1968 r. na fali antysemickich czystek. Opinia publiczna była ciągle mocno podzielona, co było dla rządzącej koalicji niebezpieczne w perspektywie wyborów parlamentarnych, które miały się odbyć w 2011 r. Polem, na którym mogła się rozegrać batalia o władzę, była sprawa zachowania rządu wobec katastrofy smoleńskiej, która przycichła w trakcie kampanii, ale mogła wrócić z całą mocą17.
(...)
W wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” z 10 lipca 2010 r. prezydent-elekt Komorowski zapowiedział usunięcie krzyża, wzniesionego tam przez służby harcerskie, i przesunięcie w inne miejsce.
Dolało to oliwy do ognia, bowiem demonstranci odczytali to jako próbę nie tylko zagłuszenia pytań o przyczyny katastrofy, ale także ich uczuć patriotycznych. Wokół krzyża gromadziły się grupy jego obrońców. Sytuacja stawała się coraz bardziej napięta. Kościół, a dokładnie kard. Kazimierz Nycz, zdystansował się od sprawy krzyża, co oburzyło część demonstrantów. Kierownictwo PO i Komorowski chcieli zaś pokazać, że kierują się w tej sprawie zdrowym rozsądkiem. „Pałac Prezydencki – powiedział rzecznik rządu Paweł Graś – jest budynkiem administracji państwowej, a nie miejscem kultu. Takie symbole nie powinny się tam znajdować”. Taktyka władz najwyraźniej zmierzała do sprowadzenia olbrzymiej fali demonstracji patriotycznych pod przewodnictwem PiS do rozmiarów garstki fanatyków, broniących krzyża przed służbami porządkowymi.
(...)
Mimo wakacji konflikt o krzyż przed pałacem prezydenckim przybierał coraz gwałtowniejszy charakter, toteż kuria warszawska porozumiała się z Kancelarią Prezydenta i organizacjami harcerskimi, które krzyż ustawiły, że będzie on przeniesiony do pobliskiego kościoła św. Anny, a na jego miejscu powstanie pomnik lub tablica upamiętniająca ofiary katastrofy oraz dni żałoby narodowej. Tymczasem okazało się, że stołeczny konserwator zabytków wniósł zastrzeżenia co do usytuowania takiego pomnika przed pałacem. Konflikt został więc natychmiast podsycony na nowo. 3 sierpnia doszło do awantur podczas prób usunięcia krzyża. Protestujący twierdzili, że odstąpią od jego obrony, gdy zgodnie z umową powstanie tam pomnik upamiętniający ofiary. Straż miejska użyła gazu łzawiącego, ale w końcu na razie odstąpiono od usuwania krzyża. W „obronie świeckości państwa” demonstrowali politycy SLD.
Czuwających pod krzyżem coraz częściej napastowały grupki „artystycznych” prowokatorów oraz podpitej młodzieży, wykrzykujące wulgarne hasła antyreligijne. Wieczorem 10 sierpnia anarchiści o zabarwieniu satanistycznym uzyskali zgodę władz Warszawy na demonstrację przeciw krzyżowi. W atmosferze bachanaliów doszło do aktów czynnej napaści na obrońców krzyża. Służby porządkowe nie reagowały, a istnieją wyraźne poszlaki wskazujące na fakt inspirowania zajść przez prowokatorów służb specjalnych. Premier Tusk stwierdził, że nie widzi powodu do interwencji przeciw „happeningom”. Pod wrażeniem nihilizmu napastników i bezczynności władz duża część manifestantów spod pałacu prezydenckiego zrezygnowała z oporu, nie chcąc prowokować do bezczeszczenia krzyża. Władze wykorzystały ten moment, by bez uprzedzenia umieścić na fasadzie pałacu tablicę z tekstem z nikim nie uzgodnionym, po czym w połowie września krzyż usunięto przy niewielkim już oporze protestujących i przeniesiono do kościoła św. Anny, co nastąpiło bez udziału metropolity warszawskiego. Sprawa krzyża podzieliła jednak dramatycznie Episkopat. Niektórzy biskupi, jak abp Sławoj Leszek Głódź czy abp Józef Michalik, publicznie wypowiadali się po stronie obrońców krzyża, co zdaniem bp. Tadeusza Pieronka oznaczało „zadymienie PiS-em”19.
Prof. Wojciech Roszkowski
*
Powyższe fragmenty pochodzą z książki prof. Wojciecha Roszkowskiego "Kierunek Targowica", wyd. Biały Kruk.
A już dzisiaj, o godz. 17:00, w Biały Kruk TV odbędzie się premiera filmu "Polska wyglądałaby inaczej":
Zapraszamy do naszej Księgarni Internetowej po książki o najnowszej historii Polski:

Pogrzebana prawda
Gen. Andrzej Błasik. Natalia Januszko. Janusz Kurtyka. Gen. Bronisław Kwiatkowski. Anna Walentynowicz. Ewa Bąkowska. Szóstka z dziewięćdziesięciu sześciu, którzy polegli pod Smoleńskiem 10 kwietnia 2010 r. Ich krewni, którzy w tej książce ze łzami w oczach o nich opowiadają, bliżej poznali się ze sobą w okolicznościach najtragiczniejszych z możliwych. Polskie państwo nie szczędziło im katuszy, a mainstreamowe media zalały nieprawdopodobną wprost falą nienawiści i pogardy.

Wojna i dziedzictwo. Historia najnowsza
Ostatnie lata naszej historii najnowszej toczyły się w cieniu wojny – najpierw tej być może najbardziej bolesnej, choć nie dosłownej, czyli wewnętrznej, w naszym własnym domu. Jej pierwszą ofiarą stała się prawda, ale przecież w jej wyniku doszło także do ofiar śmiertelnych. Potem zaczęła się wojna kulturowa, której front coraz brutalniej naciera na Polskę. W jej wyniku umierają przede wszystkim ludzkie sumienia.

Kierunek Targowica. Polska 2005 – 2015
Polska w roku 2005 przeżyła reset lewicowych i liberalnych rządów; wydawało się, że postkomuniści przegrali i już nie wrócą. A jednak zaledwie po dwóch latach wszystko się odmieniło i już w 2007 roku III RP znalazła się na najlepszej drodze do nowej gospodarczej i moralnej targowicy. Jak do tego mogło dojść i ile zła musiało się jeszcze wydarzyć, nim Polacy w 2015 r.

Hołd Katyński
Piękne pamiątkowe wydanie: najwyższy poziom artystyczny, aż 160 stron! Ponad 170 poruszających fotografii m.in: Lech i Maria Kaczyńscy podczas pełnienia obowiązków, a także ich mniej formalne fotografie rodzinne, dramat katastrofy, modlitewne skupienie podczas uroczystości żałobnych: Katyń, Wawel, archikatedra św. Jana Chrzciciela, plac Piłsudskiego. Ostatnia droga pary prezydenckiej: Okęcie, Pałac Prezydencki, archikatedra św. Jana, Bazylika Mariacka.

Fragment wraku polskiego tupolewa w Smoleńsku po tragicznej w skutkach katastrofie z 10 kwietnia 2010 r. 





Komentarze (0)
Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników serwisu. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za ich treść. Wpisy są moderowane przed dodaniem.