Podróż do serca wiary. Katolicyzm
| liczba stron: | 278 |
| obwoluta: | nie |
| format: | 16,5 cm x 23,5 cm |
| papier: | offset |
| oprawa: | twarda |
| data wydania: | 08.10.2025 |
| ISBN: | 978-83-7553-443-6 |
| EAN: | 9788375534436 |
dodaj do przechowalni
Ta piękna i mądra książka to zaproszenie do przeżycia wielkiej przygody wiary. Wiary żywej, głębokiej i rozumnej. Amerykański autor bp Robert Barron, najsłynniejszy na świecie rekolekcjonista, którego słuchają i oglądają dziś dziesiątki milionów ludzi, prowadzi czytelnika przez serce chrześcijaństwa: od tajemnicy Wcielenia i Trójcy, przez Kościół jako Mistyczne Ciało, Eucharystię – prawdziwy Chleb z nieba, aż po modlitwę, świętych i rzeczy ostateczne, takie jak piekło, czyściec czy niebo. Z charakterystyczną dla siebie klarownością i pasją łączy teologię z kulturą: zagląda do rzymskiego Panteonu i mozaik San Clemente, przywołuje Dantego, Tomasza z Akwinu, Teresę z Ávili i Mertona, zachwyca się obrazami wielkich mistrzów jak np. Caravaggia i Rembrandta. Wszystko po to, by pokazać, że katolicka wiara nie jest zbiorem dobrze brzmiących haseł – to wielkie przeżycie wynikające ze spotkania z Chrystusem.
Co ważne dla rodzimego czytelnika: amerykański autor podkreśla wątki polskie. Z czułością opisuje wyjątkowość polskiej pobożności, siłę wiary kształtowanej w trudnych czasach, a przede wszystkim wielkość św. Jana Pawła II – od młodości Karola Wojtyły i Teatru Rapsodycznego, przez lata kapłańskie i biskupie, po pielgrzymkę w 1979 roku, która odmieniła bieg historii.
To książka, która zachwyca serce i przekonuje rozum. Jeśli szukasz odpowiedzi na najgłębsze pytania, pragniesz modlić się pełniej i rozumieć, co naprawdę dzieje się podczas Mszy św. – sięgnij po „Podróż do serca wiary”. To kompas do życia w prawdzie, dojrzałej wolności i radości Ewangelii, wydany na najwyższym poziomie edytorskim. Książka napisana przystępnie, pięknym językiem, bardzo przydatna w popularyzacji naszej wiary.
|
Biogram Autora |
VIII |
|
Wstęp |
IX |
|
Podziękowania |
X |
|
Istota katolicyzmu |
1 |
|
1. ZACHWYT I TRWOGA: |
|
|
Objawienie Boga, który stał się człowiekiem |
9 |
|
2. SZCZĘŚLIWI JESTEŚMY: |
|
|
Nauczanie Jezusa |
35 |
|
3. TO, PONAD CO NIC WIĘKSZEGO |
|
|
Niewysłowiona tajemnica Boga |
59 |
|
4. JEDYNA CHLUBA NASZEJ ZRANIONEJ NATURY: |
|
|
Maryja, Matka Boga |
81 |
|
5. MĘŻOWIE NIEZASTĄPIENI: |
|
|
Piotr, Paweł i przygoda misji |
103 |
|
6. CIAŁO ZARÓWNO CIERPIĄCE, JAK I CHWALEBNE: |
|
|
Mistyczne zjednoczenie Chrystusa i Kościoła |
127 |
|
7. SŁOWO CIAŁEM SIĘ STAŁO, |
|
|
Tajemnica sakramentu i liturgii Kościoła |
153 |
|
8. OGROMNA RZESZA ŚWIADKÓW: |
|
|
Świętych obcowanie |
175 |
|
9. OGIEŃ JEGO MIŁOŚCI: |
|
|
Modlitwa i życie w Duchu |
199 |
|
10. ŚWIAT BEZ KOŃCA: |
|
|
Rzeczy ostateczne |
223 |
|
Epilog: Wszystko sprowadza się do Boga |
249 |
|
Uwagi Autora |
253 |
|
Bibliografia |
265 |
|
Indeks tematyczny |
269 |
Zachwyt i trwoga
Objawienie Boga, który stał się człowiekiem
Wszystko zaczyna się od żartu. Istotą komedii jest spotkanie przeciwieństw, zestawienie rzeczy nieprzystających. Śmiejemy się, gdy dorosły mówi jak dziecko albo gdy prostolinijny człowiek gubi się w zawiłościach wyrafinowanego świata. Centralna prawda chrześcijaństwa – wciąż zdumiewająca po dwóch tysiącach lat – głosi, że Bóg stał się człowiekiem. Stwórca kosmosu, który przekracza wszelką definicję i pojęcie, przyjął naturę podobną do naszej, stał się jednym z nas. Chrześcijaństwo twierdzi, że nieskończone spotkało się ze skończonym, wieczne objęło czasowe, a Twórca galaktyk i planet stał się niemowlęciem zbyt słabym, by unieść głowę. Tę prawdę opartą na oksymoronach znakomicie oddaje polska kolęda „Bóg się rodzi”.
Ale by to „ostrze dowcipu” było jeszcze wyraźniejsze, to wcielenie Boga objawiło się najpierw nie w Rzymie, Atenach czy Babilonie, nie w wielkiej stolicy kultury lub polityki, lecz w Betlejem judzkim – małej placówce na skraju Imperium Rzymskiego. Można by wyszydzić ten fakt – i wielu przez wieki tak robiło – ale, jak zauważył G.K. Chesterton, serce nawet najbardziej sceptycznego człowieka zmienia się już przez samo usłyszenie tej dobrej nowiny. Wierzący na przestrzeni wieków to ci, którzy z radością „śmieją się” z tego świętego żartu i nigdy się nim nie nużą – czy opowiada się go w kazaniach Augustyna, wywodach Akwinaty, freskach Michała Anioła, witrażach Chartres, mistycznej poezji św. Teresy z Ávili czy w „małej drodze” św. Teresy z Lisieux. Powiedziano kiedyś, że istotą grzechu jest traktowanie siebie zbyt serio. Może dlatego Bóg postanowił nas zbawić, rozśmieszając nas.
Jedną z najważniejszych rzeczy, które trzeba zrozumieć w chrześcijaństwie, jest to, że nie jest ono przede wszystkim filozofią, systemem etycznym ani religijną ideologią. Jest relacją z poruszającą do głębi osobą Jezusa Chrystusa, z Bogiem-Człowiekiem. To właśnie Osoba znajduje się w samym centrum chrześcijańskiej myśli. Choć myśliciele chrześcijańscy posługiwali się ideami filozoficznymi i konstrukcjami kulturowymi, by wyrazić sens wiary – czasem w sposób zadziwiająco rozbudowany – to nigdy nie oddalali się od konkretnej, wymagającej konfrontacji postaci rabina z Nazaretu z I wieku. Kim jednak dokładnie był? O pierwszych trzydziestu latach życia Jezusa nie wiemy niemal nic. Choć snuto o tych „ukrytych latach” rozmaite domysły – że podróżował do Indii, by poznać mądrość Buddy, że przebywał w Egipcie i tam nauczył się sztuki uzdrawiania – nie mamy wiarygodnych informacji o Jego dzieciństwie i młodości, poza intrygującą opowieścią u Łukasza o odnalezieniu Jezusa w świątyni. Skoro Józef – mąż Maryi, Matki Jezusa – jest przedstawiany jako cieśla, możemy bezpiecznie przyjąć, że Jezus jako chłopiec ćwiczył się w tym rzemiośle. Na ile możemy stwierdzić, Jezus nie był formalnie szkolony w szkole rabinackiej, nie przygotowywał się do roli kapłana świątynnego ani uczonego w Piśmie, nie należał też do faryzeuszy, saduceuszy czy esseńczyków – uznanych wówczas stronnictw religijnych o określonych przekonaniach, praktykach i skłonnościach doktrynalnych. Był – używając nieco anachronicznego słowa – świeckim wiernym.
Tym bardziej zdumiewające było Jego publiczne pojawienie się. Ów cieśla z Nazaretu, bez formalnego wykształcenia religijnego i bez przynależności do jakiejkolwiek sformalizowanej grupy, zaczął mówić i działać z niespotykaną dotąd władzą. Do tłumów, które Go słuchały, mówił swobodnie: „Słyszeliście, że powiedziano…, a Ja wam powiadam…” (Mt 5,21–48). Odwoływał się, rzecz jasna, do Tory – nauczania Mojżesza, ostatecznej instancji dla każdego wiernego rabina – a zatem przypisywał sobie autorytet większy niż ten, którym cieszył się najważniejszy nauczyciel czy prawodawca Izraela. Do sparaliżowanego powiedział: „Odwagi, synu, odpuszczone są ci twoje grzechy” (Mt 9,2). Rozumiejąc śmiałość takiego stwierdzenia, obecni szeptali: „On bluźni” (Mt 9,3). Jezus okazywał ponadto władzę nad samymi siłami natury: uciszył burzę grożącą zatopieniem łodzi uczniów; zgromił moce ciemności; otwierał uszy głuchym i przywracał wzrok niewidomym; nie tylko odpuścił grzechy sparaliżowanemu, ale i uzdrowił go z paraliżu; wskrzesił też córkę Jaira. To wszystko czyniło Jezusa obiektem ogromnej fascynacji. Raz po raz słyszymy w Ewangeliach, jak wieść o Nim rozchodziła się po całej okolicy i jak tłumy napierały ze wszystkich stron: „Gdy Go znaleźli, rzekli do Niego: «Wszyscy Cię szukają»” (Mk 1,37). Dlaczego lgnęli do Niego? Jedni zapewne chcieli zobaczyć cud lub skorzystać z Jego nadprzyrodzonej mocy; inni pragnęli słyszeć słowa nieporównanie charyzmatycznego rabina; jeszcze inni po prostu chcieli obcować ze sławnym człowiekiem. Myślę jednak, że można uczciwie założyć, iż wszystkich nurtowało jedno, zasadnicze pytanie: kim On jest?
Półtora roku od początku swojej publicznej działalności Jezus udał się z uczniami na północne krańce Ziemi Obiecanej, w okolice Cezarei Filipowej, blisko dzisiejszych Wzgórz Golan, i tam zadał to słynne pytanie: „Za kogo uważają Mnie ludzie?” (Mk 8,27; por. Mt 16,13; Łk 9,18). Tak przywykliśmy do tego pytania w Ewangeliach, że straciliśmy poczucie jego osobliwości. Nie zapytał ich, co ludzie myślą o Jego nauczaniu, jakie robi wrażenie ani jak tłumy interpretują Jego czyny – pytania te skądinąd byłyby całkiem rozsądne. Jezus chciał jednak wiedzieć, co sądzą o Jego tożsamości, o Jego bycie. I to pytanie – powtarzane przez teologów chrześcijańskich przez wieki – odróżnia Jezusa od wszystkich innych wielkich założycieli religii. Budda aktywnie zniechęcał uczniów do koncentrowania się na jego osobie, zachęcając ich raczej, by szli drogą duchową, z której sam skorzystał. Mahomet był zwykłym człowiekiem, który twierdził, że otrzymał ostateczne objawienie Allaha. Nigdy nie przyszłoby mu do głowy przyciągać uwagi na własną osobę – chciał raczej, by świat żył według Koranu, który został mu dany. Konfucjusz był filozofem moralności, który z wielką przenikliwością sformułował szereg zaleceń etycznych składających się na zrównoważony sposób bycia w świecie. Struktura jego „ja” nigdy nie była sprawą istotną ani dla niego, ani dla jego uczniów.
A z drugiej strony jest Jezus. Choć rzeczywiście formułował nakazy moralne i z pewnością nauczał z ogromną żarliwością, nie kierował uwagi uczniów przede wszystkim na swoje słowa. Kierował ją na siebie. Jan Chrzciciel polecił dwóm ze swoich uczniów, by poszli za Jezusem. Zapytali Go: „Rabbi, gdzie mieszkasz?”, a On rzekł: „Chodźcie, a zobaczycie” (J 1,38–39). Ta prosta wymiana zdań mówi bardzo wiele, bo ukazuje, że bliskość z Jezusem – pozostawanie z Nim – stanowi istotę uczniostwa chrześcijańskiego. To skupienie na samej osobie Jezusa wynika ze zdumiewającego faktu: On konsekwentnie mówił i działał w samej osobie Boga. „Niebo i ziemia przeminą, ale moje słowa nie przeminą” (Mt 24,35). Rozsądni filozofowie i uczeni niezmiennie podkreślają tymczasowy charakter tego, co piszą, natomiast Jezus stwierdza, że Jego słowa przetrwają dłużej niż samo stworzenie. Któż mógłby to z przekonaniem powiedzieć, jeśli nie Ten, który jest Słowem, przez które wszystko się stało? „Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien” (Mt 10,37). Nietrudno wyobrazić sobie proroka, nauczyciela czy założyciela religii mówiącego: „Powinieneś kochać Boga bardziej niż własne życie” lub – w skrajnej wersji – „Powinieneś kochać moje nauczanie bardziej niż ojca i matkę”. Ale: „Powinieneś kochać Mnie”? Powiada się, że najbardziej zdrowi duchowo są ci, którzy najmocniej odróżniają siebie od Boga. Kto więc mógłby odpowiedzialnie i przy zdrowych zmysłach wypowiedzieć słowa Jezusa, jeśli nie Ten, który w swojej własnej osobie jest najwyższym Dobrem?
Pozostaje oczywiście możliwość, że Jezus mógł być szaleńcem czy zwiedzionym fanatykiem. W końcu ośrodki psychiatryczne pełne są ludzi, którzy uważają się za Boga. I właśnie tak myśleli o Nim niektórzy z Mu współczesnych: „Dlatego więc Żydzi tym bardziej usiłowali Go zabić, bo (…) Boga nazywał swoim Ojcem, czyniąc się równym Bogu” (J 5,18). Wykluczona jest – co C.S. Lewis ujrzał z wyjątkową jasnością – ta nijaka „pozycja środkowa”, którą zajmuje dziś wielu teologów i poszukujących jakiejś bliżej nieokreślonej formy religijności: że Jezus nie był wprawdzie Bogiem, ale był porywającym nauczycielem etyki, wielkim filozofem religii. Jednak uważna lektura świadectwa ewangelicznego nie podtrzymuje takiej interpretacji. Skoro raz po raz mówił i działał w osobie Boga, to albo był Tym, jako kto się przedstawiał, i czynił to, co mówił, albo był złym człowiekiem. Tu nie ma złotego środka. I właśnie dlatego Jezus zmusza do wyboru w sposób, w jaki nie czyni tego żaden inny założyciel religii. Jak sam powiedział: „Kto nie jest ze Mną, jest przeciwko Mnie, a kto nie zbiera ze Mną, rozprasza” (Łk 11,23). Wiem, jak bardzo sprzeciwia się to naszym odczuciom, ale ewangelizacja chrześcijańska polega na tym, że ostatecznie każdy z nas musi dokonać wyboru: albo jesteś z Jezusem, albo jesteś przeciwko Niemu.
U Marka znajduje się w rozdziale dziesiątym osobliwy ustęp, o którym rzadko się mówi, a który – przez swoją niezwykłość – wiele odsłania. Jezus idzie w towarzystwie uczniów z Galilei na północy do Judei na południu. Marek notuje: „Byli w drodze, zdążając do Jerozolimy, a Jezus wyprzedzał ich; zdumiewali się, a ci, co szli za Nim, trwożyli się” (Mk 10,32). Szli po prostu drogą razem z Jezusem, a On ich przytłaczał i napawał lękiem. Dlaczego reagowali w ten sposób, pozostaje niewytłumaczalne, dopóki nie przypomnimy sobie, że „zachwyt” i „trwoga” to w tradycji Starego Testamentu dwa typowe odruchy wobec Boga. XX-wieczny filozof religii Rudolf Otto określił Boga transcendentnego jako mysterium tremendum et fascinans – tajemnicę, która pociąga, a zarazem sprawia, że drżymy ze strachu; w Jego obecności jesteśmy zdumieni i zalęknieni. Marek, w swoim dyskretnym, powściągliwym stylu, mówi nam, że Jezus jest także Bogiem Izraela.
Gdy zrozumiemy, że Jezus nie był zwykłym nauczycielem i uzdrowicielem, lecz że to Jahwe objawił się w Jego Osobie pośród swojego ludu, zaczniemy lepiej pojmować Jego słowa i czyny. Jeśli zajrzymy do tekstów Starego Testamentu – a pierwsi chrześcijanie nieustannie czytali Jezusa w świetle tych pism – zobaczymy, że oczekiwano od Jahwe czterech wielkich dzieł. Miał zgromadzić rozproszone pokolenia Izraela; oczyścić świątynię jerozolimską; ostatecznie rozprawić się z wrogami narodu; i wreszcie – królować jako Pan nieba i ziemi. Nadzieja eschatologiczna, szczególnie u proroków i w Psalmach, była taka, że przez te czyny Jahwe oczyści Izrael, a poprzez oczyszczony Izrael przyniesie zbawienie wszystkim. To, co wprawiło pierwszych uczniów Jezusa w zdumienie, to fakt, że rzeczywiście sprostał tym czterem zadaniom – lecz w sposób najbardziej nieoczekiwany.
Gdy Jezus pojawił się po raz pierwszy, nauczając w wioskach wokół Jeziora Galilejskiego, miał jedno, proste orędzie: „Czas się wypełnił i bliskie jest królestwo Boże. Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię!” (Mk 1,15). Przez wieki wylano oceany atramentu, próbując wyjaśnić znaczenie owego „królestwa Bożego”, ale warto zapytać, co pod tym pojęciem rozumieli pierwsi słuchacze Jezusa. N.T. Wright uważa, że rozumieli to jako wezwanie do gromadzenia się wszystkich plemion. Jednym z głównych przesłań Starego Testamentu jest to, że Bóg widząc niedoskonałość ludzkiego stworzenia próbował ukształtować Naród Wybrany według swojego serca. Jahwe wybrał Abrahama i jego potomków, by byli „Jego szczególną własnością”, i kształtował ich przez prawo Boże na naród kapłański. Zamiarem Boga było, aby zjednoczony i duchowo żywy Izrael stał się magnesem dla reszty ludzkości, pociągając wszystkich do Boga samą atrakcyjnością swojego sposobu życia. Prorok Izajasz wyraził tę nadzieję, gdy wyobraził sobie górę Syjon wyniesioną ponad wszystkie góry świata jako miejsce zgromadzenia „wszystkich narodów” (Iz 2,2). Tragedia polegała jednak na tym, że Izrael częściej niż rzadziej był niewierny swojemu powołaniu i dlatego stał się narodem rozproszonym. Jedno z najczęstszych biblijnych określeń diabła to ho diabolos, wywiedzione od czasownika diabalein („rozrzucać, rozdzielać”). Jeśli Bóg jest wielką siłą gromadzącą, grzech jest mocą rozpraszającą. To rozdzielenie Izraela znalazło najpełniejszy wyraz w VIII w. przed Chr., gdy wiele północnych plemion uprowadzili asyryjscy najeźdźcy, a jeszcze mocniej – w katastrofalnej niewoli w VI w. przed Chr., gdy Babilończycy zburzyli Jerozolimę i uprowadzili plemiona południa. Rozproszony, podzielony Izrael nie mógł wypełnić swojej misji, ale prorocy wciąż śnili i mieli nadzieję. Ezechiel mówił o Izraelu jak o owcach błąkających się bezradnie po wzgórzach, a potem prorokował, że pewnego dnia sam Jahwe przyjdzie i zgromadzi swój lud (Ez 34).














Małgorzata
To nie jest zwykła książka teologiczna. To droga. Droga w głąb nie przez zakamarki doktryny, ale przez pulsujące serce wiary. Kiedy zaczęłam ją czytać, myślałam, że to po prostu książka o wierze. A okazała się spotkaniem. Takim, które nie krzyczy, nie tłumaczy na siłę. Po prostu otwiera drzwi i pozwala wejść. Barron nie tłumaczy Boga jak wykładowca on zaprasza do obecności. Pisze o Nim z niezwykłą łagodnością, nie jak o idei, ale jak o Kimś, kto naprawdę jest blisko: w świetle, w drugim człowieku, w chwili ciszy, kiedy nie wiesz, jak się modlić, ale jednak serce mówi za ciebie. Każdy rozdział jest jak krok w stronę światła cichego, ale pewnego. To książka, która przywraca spokój. Nie przez odpowiedzi, ale przez obecność. Przypomina, że wiara nie jest obowiązkiem, ale relacją. Że można wierzyć i wątpić jednocześnie. Że Bóg nie boi się naszych pytań. Nie znajdziesz tu teologicznego żargonu ani nadęcia. Znajdziesz za to zdania, które zatrzymują takie, które przypominają, że wiara to spotkanie z Kimś, kto szuka twojego spojrzenia. Barron cytuje sztukę, muzykę, filozofię. Pokazuje, że chrześcijaństwo nie stoi obok świata ono go przenika, rozświetla od środka. Zatrzymują słowa o pięknie, o człowieku, o tym, że wszystko, co prawdziwe, ma w sobie ślad Boga. „Podróż do serca wiary” zostaje w środku. Jak światło, które nie oślepia, tylko ogrzewa. Jak modlitwa, do której wracasz nie po odpowiedź, ale po bliskość. Po przypomnienie, że w świecie pełnym hałasu można jeszcze iść drogą ciszy. Że piękno i prawda wciąż mają głos delikatny, ale niezłomny.