Dom Świętego. Sanktuarium św. Jana Pawła II

To najmłodsze sanktuarium w Polsce - wotum wdzięczności narodu za Pontyfikat swego wielkiego Syna, św. Jana Pawła II - przyciąga rocznie już ponad milion pielgrzymów. Białe Morza w Krakowie - tu ciężko pracował młody Karol Wojtyła jako robotnik, a wiele lat później jako sędziwy papież konsekrował tuż obok Bazylikę...

Autorzy: Adam Bujak, Jolanta Sosnowska

liczba stron: 136
obwoluta: tak
format: 230x290 mm
papier: 150 g kreda mat
oprawa: twarda lakierowana
data wydania: 29-05-2015
ISBN: 978-83-7553-183-1
Zarejestruj się aby otrzymać rabat 25% na pierwsze zamówienie oraz 20% na kolejne zamówienia! Darmowa dostawa zamówień powyżej 120zł.
Dostępność: duża ilość


To najmłodsze sanktuarium w Polsce - wotum wdzięczności narodu za Pontyfikat swego wielkiego Syna, św. Jana Pawła II - przyciąga rocznie już ponad milion pielgrzymów.

Białe Morza w Krakowie - tu ciężko pracował młody Karol Wojtyła jako robotnik, a wiele lat później jako sędziwy papież konsekrował tuż obok Bazylikę Bożego Miłosierdzia. Naprzeciwko Łagiewnik wyrosło (i wciąż wyrasta) swoiste miasteczko Świętego; potężne, wspaniale zdobione kościoły, kaplice, muzeum, siedziba Centrum Wolontariatu, sale ekspozycyjne, konferencyjne, księgarnia papieska… Czego tu nie ma! A wszystko dzięki ofiarności polskiego narodu. Wielka wdzięczność należy się kard. Stanisławowi Dziwiszowi za pomysł i konsekwentną realizację tego Domu Świętego. Jakżeby mogło tam zabraknąć mistrza Adama Bujaka, który z nieodłącznym aparatem fotograficznym stał przez 40 lat u boku krakowskiego biskupa, a potem papieża. Wykonał przepiękne fotografie sanktuarium i dziś można się z nimi zapoznać w bardzo starannie wydanym albumie, do którego tekst napisała znawczyni życia Jana Pawła II, Jolanta Sosnowska, wykorzystując m.in. nieznane kazania bp. Karola Wojtyły głoszone do jego byłych kolegów z Solvayu.

Niezwykłe sanktuarium i niezwykła książka umożliwiająca pielgrzymkę na Białe Morza bez wychodzenia z domu! A z drugiej strony - jakaż zachęta, by tam pojechać!

Dochód ze sprzedaży książek przeznaczony na Sanktuarium św. Jana Pawła II.

KS. PRAŁAT JAN KABZIŃSKI
Powrócił tutaj w swoich relikwiach      8

JOLANTA SOSNOWSKA
Powrót na Białe Morza      10

ROZDZIAŁ I
Budowa     36 

ROZDZIAŁ II
Kościół Relikwii - dolny      52

ROZDZIAŁ III
Kaplice      62

ROZDZIAŁ IV
Kościół górny     80 

ROZDZIAŁ V
Ekspozycje i wydarzenia      110

ROZDZIAŁ VI
Święte Miasto      120

Informator pielgrzyma      136

FABRYKA UŚWIĘCONA MODLITWĄ

Siedemdziesiąt czy osiemdziesiąt lat temu nikt nie mógł przypuszczać, że ponure fabryczne tereny, nad którymi górowały dymiące kominy, tereny, na których wrzała ciężka praca w toksycznych oparach, tak bardzo zmienią swoje przeznaczenie. "Pierwsza Galicyjska Fabryka Sody Amoniakalnej S.A.", bo o niej tu mowa, ruszyła 1 maja 1906 r. w Borku Fałęckim, na obrzeżach Krakowa. Później, w 1909 r. weszła w skład międzynarodowego koncernu Solvaya (Ernest Solvay, 1838-1922 - belgijski chemik, wynalazca i przemysłowiec). O lokalizacji zakładu zadecydowała bliskość bogatych złóż surowców wykorzystywanych w produkcji sody, a więc kamienia wapiennego, węgla i soli kamiennej. Nie bez znaczenia była bliskość rzek - Wilgi i Wisły. Kamień wapienny do pozyskiwania sody wydobywano w oddalonym ok. 4 km kamieniołomie na Zakrzówku (dziś krakowska dzielnica Dębniki). W 1918 r. powstała kolejka wąskotorowa, która umożliwiała transport surowca prosto do fabryki. Zakład szybko się rozbudowywał, wzrastała produkcja sody. Zarząd zdecydował się więc na wykup sąsiednich parceli nad Wilgą z przeznaczeniem ich m.in. na składowanie białych odpadów posodowych. Z biegiem lat powstało wysokie usypisko, prawdziwe niemałe wzgórze. I to właśnie na tych terenach, dziś zrewitalizowanych, a nazwanych przed kilkudziesięciu laty przez krakowian Białymi Morzami, wznoszone jest Sanktuarium św. Jana Pawła II. Fabrykę bowiem, ze względu na bardzo silne zatruwanie środowiska, zlikwidowano w latach 1989-1996. Faktycznie był to wyjątkowo zanieczyszczony rejon, a przy silniejszym wietrze nad Białymi Morzami tworzyła się olbrzymia, nieprzyjemna chmura, w której niewiele było widać. Jak pisze Ryszard Poda, "… rozplantowano i zabezpieczono skarpy wraz z nawiezieniem ziemi i obsianiem trawą. W wyniku tych prac uzyskano ok. 80 ha terenów możliwych do zagospodarowania m.in. na cele rekreacyjne. Przez okres ostatnich 15 lat skały osadowe w wyniku naturalnej sukcesji porosły ­zielenią".

CZYJEŚ RĘCE NALEŻĄ DO PRACY,
CZYJEŚ RĘCE NALEŻĄ DO KRZYŻA


Wróćmy jednak do czasów, w których losy fabryki sody sprzęgły się z losami przyszłego św. Jana Pawła II. Gdy w 1939 r. nastała niemiecka okupacja, fabryka sody przekształcona została na Ostdeutsche Chemische Werke GmbH, a wszystkie stanowiska kierownicze objęli Niemcy. Pracującą załogę (pracownicy fizyczni i umysłowi) stanowili Polacy. W fabryce było tajne ognisko ruchu oporu - magazyn broni dla partyzantów, tu ukrywali się też nasi rodacy przed aresztowaniami. Poza tym zatrudnienie w niemieckiej fabryce chroniło przez wywózką do Rzeszy na przymusowe roboty. Dzięki życzliwym ludziom miał tu trafić także przyszły Papież, któremu rozpętanie wojny przez hitlerowskie Niemcy uniemożliwiło dalsze studia polonistyczne na Uniwersytecie Jagiellońskim - rozpoczął je w 1938 r. Wtedy to po celującym zdaniu matury przyjechał z Wadowic do Krakowa i zamieszkał wraz z ojcem na Dębnikach w suterenie domu należącego do wujostwa Kaczorowskich przy ulicy Tynieckiej 10, tuż przy wałach wiślanych, 15 minut pieszo od ukochanej Katedry Wawelskiej.
W 1940 r. dwudziestoletni Karol Wojtyła zatrudnił się najpierw jako goniec sklepowy. Był wówczas wychudzonym, permanentnie głodującym młodzieńcem. We wrześniu młodziutki, wrażliwy intelektualista, wówczas już poeta i aktor Karol Wojtyła, podjął bardzo ciężką i niebezpieczną pracę w pobliskim kamieniołomie na Zakrzówku, m.in. woził na taczkach rozkruszone kamienie, pomagał w rozsadzaniu skalnych bloków. Franciszek Łabuś, który przez 30 lat pracował w tym kamieniołomie jako strzałowy, tak wspominał początek znajomości z przyszłym Papieżem (Gniazdo, z którego wyszedłem): "Przyszedł taki młodziutki do roboty, tak mi żal go było. Nie wiem, ale do niczego się nie nadawał. Myślałem sobie, najlepiej by mu było iść na księdza. Miał takie delikatne rączęta. Ja nie dałem mu robić, ale on robił. Mnie było przecież ze świata, a jemu do świata. Pomagał mi w nawijaniu drutu, nosił środki strzałowe za mną. Razu pewnego, jak zwykle ja ładował, a on przy mnie stał. Ja mu mówił, lepiej tobie będzie zostać księdzem, a on się tylko uśmiechnął". Jan Paweł II w książce Dar i tajemnica opisał kontakt ze strzałowym następująco: "odpowiedzialni za kamieniołom, którzy byli Polakami, starali się nas, studentów, ochraniać od najcięższych prac. Tak więc, na przykład, przydzielono mnie do pomocy tak zwanemu strzałowemu. Nazywał się on Franciszek Łabuś. Wspominam go dlatego, że nieraz tak się do mnie odzywał: 'Karolu, wy to byście poszli na księdza. Dobrze byście śpiewali, bo macie ładny głos i byłoby wam dobrze…'. Mówił to z całą poczciwością, dając wyraz dość rozpowszechnionym w społeczeństwie poglądom na temat stanu kapłańskiego. Te słowa starego robotnika zachowały się w mojej pamięci".
Przeżycia z tego okresu życia przyszły Papież utrwalił w pięknym i dramatycznym wierszu Kamieniołom. W utworze tym prześwituje też myśl o kapłaństwie. Oto kilka fragmentów:

(…) Twarda, pęknięta dłoń inaczej młotem wzbiera,
inaczej się rozwiązuje w kamieniu ludzka myśl -
kiedy energie ludzkie oddzielisz od sił kamienia
i przetniesz we właściwym miejscu - tętnicę pełną krwi. (…)


Dłonie są krajobrazem serca. Dłonie pękają nieraz
jak wąwozy, którymi toczy się nieokreślony żywioł.
Te same dłonie, które człowiek wówczas dopiero otwiera,
gdy nasycone są trudem -
i widzi, że przez niego jednego inni ludzie spokojnie już idą.


Dłonie są krajobrazem. Gdy pękną, to wtedy w ranach
wzbiera fizyczny ból, rwący swobodnie jak strumień.
Ale człowiek nie myśli o bólu.
Ból sam jeszcze nie jest wielkością,
a swej właściwej wielkości on po prostu nazwać nie umie. (…)


Praca zaczęła się wewnątrz, a na zewnątrz ma tyle przestrzeni,
że dłonie ogarnia natychmiast i dosięga do granic oddechu.
Oto spójrz: wola trafiła w kamienia głęboki dzwon.
Kiedy myśl uzyskuje swą pewność,
wówczas razem dosięgły szczytu serce i dłoń.


Za ten pion, za tę pewność umysłu, za pewność oka płaci się ręką szczodrą.
Wydaje ci kamień swą moc, a przez pracę dojrzewa człowiek,
ona bowiem niesie natchnienie trudnego dobra. (…)


To natchnienie w dłoniach nie zostaje.
Do kamienistych rdzeni zstępuje przez serce człowieka, które tworzy osobny rdzeń.
I od niego rozrasta się w ziemi historia kamieni,
a w ludziach ta równowaga, którą miłość osiąga przez gniew. (…)


Człowiek ma oczy zmęczone i ostre brwi.
Kamienie mają krawędzie ostre jak noże,
Prąd elektryczny tnie ściany jak niewidzialny bicz,
Słońce, lipcowe słońce. W kamieniach biały pożar. (…)


Znam was, wspaniali ludzie, ludzie bez manier i form.
Umiem patrzeć w serce człowieka bez obsłon i bez pozorów.
Czyjeś ręce należą do pracy, czyjeś ręce należą do krzyża. (…)


18 lutego 1941 r. umarł nagle ojciec Karola Wojtyły; chłopak zastał go martwego po przyjściu z pracy do domu. W wieku niespełna 21 lat nie miał już nikogo z najbliższej rodziny - matkę stracił mając zaledwie 9 lat, a starszego brata Edmunda w wieku lat 12. Samotność, praca ponad siły, niedożywienie i przerażająca codzienność niemieckiej okupacji twardo go doświadczały, ale jednocześnie prowadziły coraz wyraźniej - ku kapłaństwu. Rok wcześniej, w lutym 1940, Karol poznał na Dębnikach Jana Tyranowskiego, który stał mu się przewodnikiem na drodze wiary i któremu zawdzięczać miał wiele w dojrzewaniu do stanu duchownego. Już jako ksiądz napisze o tym niezwykłym krawcu z ulicy Różanej: "Wiedział o nadprzyrodzonych darach złożonych przez łaskę w głębi dusz i chciał być wychowawcą tej wewnętrznej boskości w człowieku, chciał ją odkryć i uświadomić każdemu ze swych młodych towarzyszy. Chciał pomóc rozwinąć ten zasób, wlany człowiekowi, a jednak ciągle zdobywany".
W lecie 1941 r. Karol przeszedł z kamieniołomu, należącego także do koncernu Solvaya, do fabryki w Borku Fałęckim. W pieszej drodze do pracy każdego dnia mijał kościół przy klasztorze Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia w Łagiewnikach, gdzie wstępował na chwilę modlitwy, czasami na Mszę św. Sześćdziesiąt lat później, 17 sierpnia 2002 r., konsekruje obok tego niedużego kościoła wielką Bazylikę Bożego Miłosierdzia, dokonując wcześniej beatyfikacji (1993) i kanonizacji św. Siostry Faustyny (2000) oraz ustanawiając Niedzielę Miłosierdzia Bożego. W 1995 r. wprowadził to święto dla wszystkich diecezji w Polsce, a w dniu kanonizacji Siostry Faustyny 30 kwietnia 2000 r. ogłosił je dla całego Kościoła. Szybko się okazało, że cały świat katolicki na to święto czekał, przyjął je z radością. Dziś z kultem Bożego Miłosierdzia oraz św. Siostry Faustyny można spotkać się w najodleglejszych nawet zakątkach Ziemi.

KĄCIK MODLITWY POD ZBIORNIKAMI

Powróćmy jednak do czasów II wojny światowej i ciężkiej pracy młodego Karola Wojtyły jako robotnika. W książce Dar i tajemnica Jan Paweł II napisał: "Fabryka stała się dla mnie, na pewnym etapie, prawdziwym seminarium duchownym, choć zakonspirowanym. (…) Tak więc lata związane z kształtowaniem się ostatniej decyzji pójścia do seminarium wiążą się właśnie z tym okresem". W fabryce sody Karol trafił do tzw. oczyszczalni wody przy kotłowni. Do jego zadań należało noszenie z wapniarni, w wiadrach umocowanych na nosidłach, ługu kaustycznego, który służył do zmiękczania wody. Pracował na trzy zmiany. W październiku 1942 r. rozpoczął studia na tajnych kompletach Wydziału Teologicznego UJ oraz jako kleryk zakonspirowanego Seminarium Archidiecezji Krakowskiej. Za udział w tajnych nauczaniach groziła wywózka do niemieckich obozów koncentracyjnych (KZ Lager), a tam najczęściej śmierć. Jego koledzy z pracy z tamtych czasów, których wspomnienia mimo wielu trudów zebrała nieoceniona pani Karolina Biedrzycka (Ten człowiek w drewniakach. Solvay 1940-1944), podkreślali, że Karol był zawsze skromny i cichy, bardzo spokojny, zamyślony i poważny, właściwie zbyt poważny jak na swój wiek.
Chodził zawsze z pochyloną głową, w za dużym drelichu i drewniakach bez skarpet, niektórzy zapamiętali też znoszoną gumowaną kurtkę. Widać po nim było straszną biedę i to, że stale nie dojadał. Niemiecka łaskawość polegała na tym, że robotnikom Solvayu przysługiwało dziennie pół litra zupy i 10 dkg chleba. Posiłek w pracy był najczęściej jedynym, jaki Karol Wojtyła spożywał w ciągu dnia. "Nieraz sobie pomyślałam, że on nie jest zwykłym robotnikiem - mówiła pracująca w czasie okupacji w kuchni fabrycznej Stefania Kościelniakowa. - Pewnego razu jedna z panienek, Irka Dąbrowska, która pracowała w kuchni jako pomocnik kierownika, tak mówi do mnie: 'Pani Steniu, ten pobożny chłopak (bo takeśmy go nazywały), to jest chłopak kształcony, bardzo zdolny, pisze wiersze, a obecnie pisze o św. Teresie'. Opowiadała mi, że nie ma matki, tylko ojca, że mieszka w Dębnikach, że jest biedny. Pewnego razu powiedziała do mnie: niech mu pani da większą kromkę chleba, bo on jest tylko o tym, co zje na fabryce (…) Gdy pracowałam po południu, chleb sama kroiłam na wieczór, to zawsze odłożyłam dla niego większą piętkę chleba, o której sam później wspominał. Pod koniec okupacji przestałam go widywać i myślałam, że się przeniósł na inną fabrykę".
Stefania Burda, która wówczas również pracowała w fabryce, miała podobne wspomnienia: "Przychodził do stołówki na zupę, którą gotowało się dla pracowników. Hania [Anna Włosińska - przyp. red.] usługiwała przy stole i zawsze pytała, czy chce jeszcze repetę. Głodny był biedaczek". A mimo to, jak wspominał Tadeusz Sapek: "Razu pewnego był na przyjęciu, przyniósł ciastka i wszystkie porozdawał". Franciszek Leśniak, który był palaczem w kotłowni, mówił też o innym prezencie: "Wiedziałem, że się uczy i że z tego, na co się uczy, jest zadowolony. Gdy znalazła się wolna chwila, przychodził na dół do kotłowni. Usiedliśmy na ławce i rozmawialiśmy. Na pamiątkę naszych pogadanek ofiarował mi książeczkę zatytułowaną Ewangelie i Dzieje Apostolskie. Jest to dla mnie bardzo droga pamiątka".
Karol Wojtyła był wedle opinii kolegów dla każdego życzliwy, potrafił podnieść na duchu, pocieszyć. Nigdy się nie złościł, nie niecierpliwił, nie kłócił ani nie gniewał. Józef Krasuski dodaje, że "z każdym pracownikiem porozmawiał i od niejednego musiał wysłuchać dużo różnych głupstw, ale nigdy się nie zdenerwował lub żeby komu ubliżył, zawsze był opanowany, poważny i mówił przekonywająco na każdy temat". Wychodził też zwycięsko z każdej dysputy, nawet z tymi, którzy próbowali z nim zaczepki.
Majster zmianowy Piotr Czaja był bardzo życzliwy i wyrozumiały dla Karola Wojtyły, co potwierdza Alojzy Słup: "Pracował przeważnie na zmianie majstra Piotra Czai, gdzie Czaja udzielał mu kantorka majsterskiego do uczenia się, bo tam był spokój". Leon Hojda opisał pracę, jaką przyszły Papież wykonywał w kotłowni: "Zadaniem Karola Wojtyły (…) na początku zmiany było przynieść około czterech wiader wapna, w zależności od analizy wody, jaka była jej alkaliczność. Jak była woda twarda, trzeba było dodać wapna. Wapno wsypywało się do zbiornika, zalewało wodą, do wygaszenia na mleko. Ten roztwór spuszczany był do leja. Następnie musiał Karol Wojtyła przynieść dwa wiadra sody lub kaustyku. (…) Jak odrobił swoje, w kąciku [oczyszczalni] zawsze klęczał i modlił się". Tadeusz Sapek opisuje ów kącik następująco: "W kotłowni były schody do zbiorników, był tam słupek i rurociąg, dobre miejsce do modlitwy. Było to miejsce w kącie pod zbiornikami. Nikt mu nie przeszkadzał". Władysław Cieluch dodaje: "Był bardzo pobożny. Na nocnej zmianie, około godziny 12, klękał na środku oczyszczalni i modlił się. Niejednokrotnie podchodziłem do niego i półgłosem - ażeby nie przeszkadzać w modlitwie - zawiadamiałem, że skropliny są mocne. Po chwili kończył modlitwę i zabierał się do pracy. Nie wszyscy jednak pracownicy odnosili się z szacunkiem do człowieka pobożnego. Byli i tacy, którzy w czasie jego modłów rzucali w niego pakułami lub innymi przedmiotami, przeszkadzając mu".
Jan Wilk opisuje inną sytuację, której był świadkiem w oczyszczalni: "Pewnego razu podczas pracy na zmianie nocnej [Karol] poszedł na górę. Był to najwyższy szczyt, gdzie się nakładało rozczyn sodowy i wapienny, kontrolowało się, czy szła bez przerwy woda ciepła. Jak nie szła, trzeba było wtedy puszczać wodę zimną. Nie było go długo. 'Może się zdrzemnął' - pomyślałem. Wychodzę na górę i patrzę; klęczy i modli się. Cofnąłem się. Zszedłem do swojej roboty. Upłynęło parę dni. Przychodzi do mnie: 'Panie Wilk, ja bym chciał na nabożeństwo skoczyć, może by mnie pan zwolnił'. Odpowiedziałem mu: 'Jak jest tam pełno w zbiornikach wody, to ja resztę dopilnuję'". O uczęszczaniu do kościoła wspomina też Stefania Burda: "Jak pracował na zmianę popołudniową, w miesiącu maju wymykał się po kryjomu przez bramkę na nabożeństwo majowe do kościoła. Ja też się wymykałam. Jak widziałam, że on idzie, to wiedziałam, że już pora iść". Pani Popczyńska widywała wówczas Karola Wojtyłę w dawnym, drewnianym kościółku w Borku Fałęckim: "Często spotykam młodego człowieka, idzie z fabryki w roboczym ubraniu, w drewniakach. Idzie on do kościoła. Obserwuję go w kościele, jak się modli gorąco i z jaką pokorą przyjmuje Komunię świętą".
Choć zdarzali się i tacy, którzy podśmiewali się z pobożności Karola Wojtyły, to jednak większość patrzyła z podziwem na niezachwianą wiarę młodego człowieka i to w realiach strasznej wojny pochłaniającej każdego dnia tysiące ofiar. Leon Niedbała wyraził to następująco: "Mój szacunek do jego osoby jeszcze bardziej wzrósł, gdy pewnego razu na nocnej zmianie przyszedł do laboratorium z zapytaniem, czy mógłby się pomodlić w pokoju kierownika, gdyż na oczyszczalni szum maszyn przeszkadza. Z przyjemnością wtedy otwarłem pokój".
Józef Trela zapamiętał, że Karol "był małomówny. Zawsze w tym kantorku, jak czytał książki, czytał klęcząc". Najprawdopodobniej tak właśnie czytał niebieską książeczkę, o której jako biskup i papież wielokrotnie będzie mówił, czyli Traktat o doskonałym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny Ludwika Marii Grignion de Montfort.
Józef Pachacz podaje inny przykład niezwykłego zapatrzenia w Pana Boga przyszłego Papieża, ścisłej jego z Panem Bogiem "współpracy": "Spotkałem go na zakładzie. Była 12 godzina. Dzwoniło na Anioł Pański. Dzwonek usłyszał, wiadra postawił, przeżegnał się i modlił się. Potem wstał i poszedł dalej. Nie krępował się nikim". 60 lat później jako Ojciec Święty też nie będzie przejmował się ani kamerami telewizyjnymi, ani niecierpliwiącymi się ludźmi, kiedy zapadnie w czterdziestominutową głęboką modlitwę brewiarzową w Katedrze Wawelskiej czy zatopi się w rozmowie z Panią Kalwaryjską w Kalwarii ­Zebrzydowskiej…
29 lutego 1944 r. wracając z fabryki po podwójnej zmianie, dziennej i nocnej, bo często zastępował kolegów, zmęczony Karol uległ poważnemu wypadkowi. Niedaleko ronda Matecznego został potrącony przez niemiecką ciężarówkę. Było to koło pętli tramwajowej, zdarzenie zauważyła Józefa Florek, która sprowadziła pomoc. Karol Wojtyła przebywał w szpitalu do 12 marca. Po rekonwalescencji u zaprzyjaźnionej rodziny wrócił wiosną do pracy w fabryce. Tym razem trafił na inny dział, na tzw. seski karbonat. Jak wspomina Józef Trela, przyszły Papież "nosił w wiadrach ług, tzw. bikarbonat, z oddziału kaustycznego na oddział sody seskiej puszystej".
W początkach sierpnia 1944 r. Karol Wojtyła zaniechał pracy w Solvayu, gdyż podjął studia konspiracyjne równocześnie na III roku Seminarium Metropolitalnego i na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Jagiellońskiego, o czym poza wtajemniczonymi nikt nie miał prawa wiedzieć. Kardynał Wojtyła napisze po latach: "Opuszczenie pracy wywołało poszukiwanie i zagrożenie ze strony władz okupacyjnych, ale dzięki Bogu nie udało im się wpaść na trop".
Karol Wojtyła jako ciężko pracujący robotnik Solvayu naznaczył tereny ówczesnej fabryki sody, na których wznosi się dziś sanktuarium na Białych Morzach, swą wielką, żarliwą codzienną modlitwą. Nie wiedząc o tym, już wtedy uczynił z tego świeckiego miejsca - miejsce święte.

ARCYBISKUP ROBOTNIK I POPLAMIONA SODĄ NIEBIESKA KSIĄŻECZKA

Kiedy został biskupem (4 lipca 1958 r.), nie ukrywał lat ciężkiej pracy, nie wstydził się jej. Bardzo cenił sobie zdobyte w Solvayu doświadczenie. Cofał się do tamtych lat we wspomnieniach, w kazaniach. 20 maja 1965 r. zwracając się do krakowskich duszpasterzy, mówił: "Kiedy przygotowywałem się do kapłaństwa - a przygotowywałem się do kapłaństwa będąc robotnikiem, przez kilka lat - otrzymałem od ówczesnego ojca duchownego znaną dzisiaj, sławną (wtedy jeszcze nie tak sławną) książkę świętego (wtedy jeszcze nie świętego, błogosławionego) Ludwika Marii Grignion de Montfort Traktat o doskonałym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny".
Pod koniec 1965 r. krakowskiego arcybiskupa (mianowany został metropolitą krakowskim 13 stycznia 1964 r.) spotkał niestety bardzo przykry cios ze strony jego niektórych dawnych kolegów z fabryki Solvay. Po orędziu polskich biskupów do biskupów niemieckich, które zawierało słynne zdanie "Przebaczamy i prosimy o przebaczenie", komunistyczna PZPR, której to absolutnie było nie w smak dążenie do pojednania z narodem niemieckim, rozpoczęła propagandową akcję przeciwko polskiemu Episkopatowi. Choć treść tego listu-orędzia nigdzie nie była publikowana, a więc opinia publiczna nie mogła zapoznać się z jego prawdziwym i pełnym brzmieniem, rozpoczęto w partyjnej prasie nagonkę. Jednym z jej przejawów stał się List otwarty pracowników Zakładów Sodowych w Krakowie do arcybiskupa Karola Wojtyły z 22 grudnia 1965 r., który ukazał się w "Gazecie Krakowskiej". Styl tego pisma, nafaszerowanego partyjniackimi frazesami i komunistyczną terminologią, zdradzał w sposób widoczny, że autorami nie byli robotnicy, tylko partyjni aktywiści. Była tam mowa o "wstrząśnięciu do głębi treścią Orędzia", o "wielkim oburzeniu" i "zdumieniu" udziałem ks. arcybiskupa "w redagowaniu i sygnowaniu 'Orędzia', w którym wypowiedziano się po sobiepańsku w sprawie żywotnych interesów naszego narodu". "Biskupom polskim - pisano dalej - nikt nie udzielił mandatu do zajmowania stanowiska w sprawach oczywistych dla ogółu obywateli, a należących do kompetencji innych czynników. Powinno być bowiem wiadome także biskupom, że do wypowiadania się w imieniu narodu polskiego jedynie uprawniony jest rząd Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej". Następnie padał szereg insynuacji, jakoby abp Wojtyła zapomniał o niemieckich zbrodniach w czasie II wojny światowej, o obozie koncentracyjnym Auschwitz, o zamordowanych kapłanach itp., a na koniec: "Znając Jego Ekscelencję jako pracownika naszego zakładu z okresu okupacji hitlerowskiej musimy wyrazić głębokie rozczarowanie, jakie w nas wywołał Ksiądz Arcybiskup swym nieobywatelskim postępkiem".
Arcybiskup Karol Wojtyła odpowiedział listem datowanym w dzień Wigilii Bożego Narodzenia; z jego oficjalną publikacją komunistyczni zarządcy prasy zwlekali trzy tygodnie. Tekst został zatem odczytany z ambon. Metropolita ustosunkował się rzeczowo i obszernie do wszystkich stawianych mu zarzutów oraz napisał m.in. "Odpowiadam na ten list przede wszystkim jako skrzywdzony człowiek. Skrzywdzony dlatego, że oskarżono go i zniesławiono publicznie, nie starając się rzetelnie poznać faktów ani istotnych motywów. Kiedy pracowaliśmy wspólnie w latach okupacji, wówczas łączyło nas bardzo wiele - a pośród tego na pierwszy plan wybijało się poszanowanie człowieka, jego sumienia oraz jego osobowości i społecznej godności. Tego się od robotników w 'Solvayu' w dużej mierze uczyłem - ale tej podstawowej zasady nie znajduję w Waszym liście otwartym.
Kiedy to piszę z wielkim bólem, muszę stwierdzić, że prawo do dobrego imienia posiadam nie tylko sam, ale posiadają prawo do mojego dobrego imienia ci wszyscy, których jestem Pasterzem jako arcybiskup krakowski. I nic innego mną nie kieruje, jak tylko wzgląd na prawdę oraz na dobre obyczaje naszego życia publicznego. Mam nadzieję, że sami postaracie się o to, aby moja odpowiedź na Wasz list znalazła się na łamach naszej prasy, by ci, którzy przeczytali Wasz list, mogli także zapoznać się z moją odpowiedzią".
Jeden z sygnatariuszy tego nieszczęsnego, sfingowanego listu długo zabiegał o osobiste spotkanie z kardynałem, by wyjaśnić dawnemu swemu koledze okoliczności jego podpisania; nawet nie był tego dnia w pracy, wrobili go niektórzy koledzy. Gdy zobaczył w gazecie wydrukowane swoje nazwisko, biegał po kioskach i wykupywał egzemplarze kompromitującego go dziennika. Po latach nadarzyła się okazja: akurat w dniu ślubu jego córki arcybiskup przyszedł pobłogosławić nowożeńcom. Pocałował ze wzruszeniem w głowę dawnego kolegę z Solvayu i przebaczył, podobnie jak tym, którzy naprawdę z różnych powodów, a na pewno nie ze swojej inicjatywy, pod nim się podpisali.
Dziewięć lat starszy od Karola Wojtyły Franciszek Sojka wspominał: "Gdy był arcybiskupem, to przyjeżdżał do Borku Fałęckiego, mieliśmy spotkania, zawsze się nami interesował, jak jeszcze był w Krakowie".
Podczas jednego z takich spotkań, 5 maja 1968 r., Karol Wojtyła, już wówczas kardynał (mianowany 26 czerwca 1967 r.), sprawując Eucharystię w kościele Matki Bożej Zwycięskiej w Borku Fałęckim, wspominał dawne czasy: "Ta wielka fabryka, ta chemia (…), to był także mój warsztat pracy w ciągu czterech lat okupacyjnych. I wtedy właśnie, w ciągu tych lat okupacyjnych, ukształtowało się moje powołanie kapłańskie. W szczególny więc sposób jestem związany z waszą parafią, bo to powołanie kształtowało się właśnie tu. Naprzód jeszcze tam, w kamieniołomie, a później już ostatecznie tu, w fabryce sody, tutaj, w zasięgu tego kościoła. Mówię 'tego', a mam na myśli tamten. Tamten kościół, którego już wasze dzieci chyba nie pamiętają, bo zniknął. Stary, drewniany kościółek. Właściwie barak, który służył wam za Dom Boży, zanim został ukończony ten wielki, wspaniały nowoczesny kościół. (…) Zawsze, kiedy przejeżdżam obok tej fabryki, a zwłaszcza obok kotłowni w tej fabryce, to przypomina mi się ta moja życiowa droga, te decydujące momenty mojego życia, wtedy często staje mi przed oczyma mała książeczka w niebieskiej okładce. Jako robotnik Solvayu często bardzo brałem ją ze sobą wraz z pajdą chleba, brałem ją ze sobą na zmianę popołudniową albo i nocną, na rannej trudniej było czytać, ale na zmianie popołudniowej często tę książkę czytałem. Ta książka nosiła tytuł Traktat o doskonałym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny. (…) Ta mała książeczka w niebieskiej okładce, podobna do modlitewnika, była wtedy przeze mnie czytana w ciągu wielu dni i tygodni, i nie tylko tak, żeby ją raz przeczytać i odłożyć. Ale ją czytałem, jeśli można tak powiedzieć, tam i z powrotem. Tam i z powrotem. Z tej książki nauczyłem się, co to właściwie jest nabożeństwo do Matki Bożej. Bo przedtem miałem to nabożeństwo i jako dziecko, i jako student gimnazjum, i na uniwersytecie. Ale jaka jest właściwa tego nabożeństwa treść i głębia, to nauczyłem się z tej książki niewielkiej, czytanej tu, właśnie tu, na zmianach w fabryce sody. Tak bardzo ją czytałem, że cała była poplamiona sodą, i na okładkach, i w środku. Pamiętam dobrze te plamy sody. Pamiętam je dobrze, bo te plamy są właśnie jakimś ważnym elementem całego mojego życia wewnętrznego. Chcę to dziś przypomnieć. Przypominam to wam, moi drodzy bracia i siostry, ale ja chcę przede wszystkim dzisiaj przypomnieć Tobie, Matko Najświętsza, kiedy przychodzisz tutaj, do Borku Fałęckiego, do tej parafii, której tak wiele zawdzięczam, której zawdzięczam moje powołanie, której zawdzięczam to szczególne moje doświadczenie, doświadczenie pracy fizycznej. Chcę dzisiaj tu, w tej parafii, Tobie, Matko Najświętsza, chcę Ci przypomnieć i za to Ci podziękować. Chcę dać osobiste świadectwo, ale to świadectwo osobiste ma znaczenie społeczne, jest świadectwem całej wspólnoty".
Krakowski metropolita, dawny robotnik Solvayu, nie mógł nie dokonać konsekracji świątyni Matki Bożej Zwycięskiej w 50-lecie istnienia parafii w Borku Fałęckim, która odbyła się 26 października 1975 r. Również tego dnia w kazaniu powrócił do czasów wojny i doświadczeń ciężkiej fizycznej pracy, dając po raz kolejny dowód nie tylko pamięci, ale też wdzięczności za wszelkie dobro, które wówczas otrzymał. "Uważam te dzieje również za moje własne - mówił z przekonaniem kardynał Wojtyła. - Bo chociaż nie byłem nigdy w dosłownym znaczeniu tutejszym parafianinem, to jednak w najgorszym okresie okupacyjnym - związałem się z Borkiem Fałęckim, z tutejszym wielkim warsztatem pracy, a także z tutejszą parafią. I sam wiem najlepiej, ile zawdzięczam temu staremu barakowi, który był przybytkiem Pańskim ludu Bożego w waszej wspólnocie. Wówczas to, w okresie okupacyjnym, spotykaliśmy się ze sobą wzajemnie, ażeby potem móc sobie patrzeć w oczy przy warsztacie pracy, na halach fabrycznych, przy wielkich piecach wapiennych czy w kamieniołomie, czy też wreszcie przy tych wszystkich maszynach produkujących sodę, kaustyk i inne wytwory solvayowskie. To są nasze wspomnienia wspólne". Do wyboru na Stolicę Piotrową krakowski metropolita pielęgnował regularne kontakty ze środowiskiem robotniczym Solvayu. Wiele spostrzeżeń i refleksji z tych spotkań, wiele własnych przemyśleń, przeżyć i wspomnień zawarł później już jako Papież w poświęconej ludzkiej pracy encyklice Laborem exercens, która opublikowana została 14 września 1981 r. w 90. rocznicę encykliki Leona XIII Rerum novarum.
Momentem kulminacyjnym owego robotniczego wątku w papieskim życiorysie stał się niewątpliwie 17 sierpnia 2002 r., kiedy Jan Paweł II powiedział słynne słowa: "Przychodziłem tutaj zwłaszcza w czasie okupacji, gdy pracowałem w pobliskim Solvayu. Do dzisiaj pamiętam tę drogę, która prowadziła z Borku Fałęckiego na Dębniki, którą odbywałem codziennie przychodząc na różne zmiany w pracy, przychodząc w drewnianych butach. Takie się wtedy nosiło. Jak można było sobie wyobrazić, że ten człowiek w drewniakach kiedyś będzie konsekrował bazylikę Miłosierdzia Bożego w krakowskich Łagiewnikach?". A jak można było sobie wyobrazić, że ten "człowiek w drewniakach" i robociarskim drelichu zostanie kiedyś świętym, a na pofabrycznym terenie powstanie ku Jego czci imponujące sanktuarium i to zwrócone w stronę sąsiadującego z nim Sanktuarium Bożego Miłosierdzia…

Mirosław Boruta, www.krakowniezalezny.pl

Ten Dom Świętego, Dom Jana Pawła II jest nam wszystkim tak bardzo potrzebny. Historia życia Karola Wojtyły, związek z tą, łagiewnicką, częścią Naszego Miasta, upamiętnienie…

Zdjęcia p. Adama Bujaka i tekst p. Jolanty Sosnowskiej znakomicie się uzupełniają. A sama, bajkowa wręcz architektura Centrum, Małego Rzymu Jana Pawła II z widokiem na Centrum Miłosierdzia Bożego, to miejsce wspaniałe.

Tak jak Jan Paweł II był cudem dla Polski, tak i Jego Dom na Białych Morzach jest cudem dla Krakowa. Na krwi i pocie Karola Wojtyły wyrosło tak godne Sanktuarium – dziękujemy wszystkim zaangażowanym w to dzieło, dzieło wiekopomne, tak jak wiekopomny był ten pontyfikat.

Joanna Szczerbińska, „Niedziela”

O fenomenie sanktuarium św. Jana Pawła II na Białych Morzach, które bezpośrednio sąsiaduje z łagiewnickim sanktuarium Bożego Miłosierdzia, opowiada pięknie, kompetentnie i nader wzruszająco album Białego Kruka. Wydawnictwo to, jak zapewne żadne inne na świecie, pokazuje życie i nauczanie Papieża Polaka zarówno za jego życia, jak i po śmierci. Propaguje też, moim zdaniem, o wiele więcej – fascynację Ojcem Świętym, bez tego wszak zafascynowanie innych nie byłoby możliwe. Książka – pierwsza, która powstała o sanktuarium – nosi tytuł „Dom Świętego” i wiernie oddaje zarówno zamysł całego Centrum Jan Pawła II „Nie lękajcie się!”, jak i atmosferę, która tam panuje. Jest to rzeczywiście dom Jana Pawła II, który, nawiasem mówiąc, nigdy nie miał żadnego domu, mieszkania w sensie własności – tu wszystko jest jego, to jakby niezwykła forma rekompensaty. Ale rekompensata to byłoby o wiele za mało. Dzięki zamysłowi metropolity krakowskiego – kard. Stanisława Dziwisza, który przez pół wieku trwał wiernie u boku Świętego, jest to dom, którego drzwi stoją dla wszystkich otworem – tak jak Ojciec Święty był otwarty na każdego człowieka i jak otwierał swe ramiona na spotkanie z każdym potrzebującym, kto pojawiał się na jego drodze.

Bogdan Gancarz, krakow.gosc.pl

Na 136 stronach wydanego przez Białego Kruka albumu „Dom Świętego. Sanktuarium św. Jana Pawła II”, przedstawiono powrót papieża na krakowskie Białe Morza, gdzie w trakcie okupacyjnej młodości pracował w Solvayu.

– Powrócił tutaj w swoich relikwiach – stwierdził ks. Jan Kabziński, kustosz sanktuarium.

Zdjęcia Adama Bujaka łączą w sobie walor dokumentacyjny z przedstawieniem atmosfery fotografowanych miejsc lub wydarzeń. Można zobaczyć, jak projekt architekta Andrzeja Mikulskiego przeradzał się w rzeczywistość dolnego kościoła Relikwii, kaplic, kościoła górnego, tworzącymi wraz z innymi budynkami „Święte Miasto”, będące miejscem spotkania z Bogiem i ze św. Janem Pawłem II. Bujak pokazał również, że całe Centrum Jana Pawła II „Nie lękajcie się” już tętni życiem.

Dobrym wprowadzeniem do fotograficznej wędrówki po Centrum jest tekst Jolanty Sosnowskiej „Powrót na Białe Morza”.

Opinie o produkcie (0)

Imię i nazwisko:
do góry

Zamknij X W ramach naszego serwisu stosujemy pliki cookies. Korzystanie ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym.

Pokaż pełną wersję strony
Sklep internetowy Shoper.pl