Niech nam żyje sanitariuszka „Jasia”! Urodzinowy wiwat dla bohaterki Powstania Warszawskiego!

Nasi autorzy

Niech nam żyje sanitariuszka „Jasia”! Urodzinowy wiwat dla bohaterki Powstania Warszawskiego!

Niezwykłe spotkanie! Janina Jankowska Niezwykłe spotkanie! Janina Jankowska "Jasia", powstańcza sanitariuszka, wita się z prof. Andrzejem Nowakiem. Fot. Michał Klag Niech nam żyje sanitariuszka „Jasia”! Urodzinowy wiwat dla bohaterki Powstania Warszawskiego!

17-letnia Janina Kowalczyk (później po mężu Jankowska) już w pierwszych godzinach Powstania Warszawskiego, które na Żoliborzu wybuchło ok. godz. 14.00, niosła pomoc rannym kolegom. Dziś skończyła 99 lat! Zadziwia energią, aktywnością i pogodą ducha, jest też wielką fanką naszego Autora, światowej sławy historyka prof. Andrzeja Nowaka. Prezentujemy fragment poruszającego wywiadu z „Jasią”, który w całości można przeczytać na łamach najnowszego numeru „Wpisu”. To niezwykła historia bohaterstwa i poświęcenia, o której nie da się zapomnieć...

Nie było czasu na strach. Warszawa jest świętym miastem

Z JANINĄ KOWALCZYK-JANKOWSKĄ, sanitariuszką II Obwodu „Żywiciel” rozmawia dr Monika Makowska


Monika Makowska: Jak Pani zapamiętała przedwojenną Warszawę?

Janina Kowalczyk-Jankowska „Jasia”: Jestem rodowitą warszawianką po rodzicach i dziadkach, którzy przeżyli zabory. Mój ojciec, Henryk Karol Kowalczyk przeszedł cały szlak bojowy I Brygady Legionów pod dowództwem Komendanta Piłsudskiego. Mama – Stanisława Orska była bardzo znaną warszawską aktorką i śpiewaczką operetkową. Grała m.in. w Operetce Nowoczesnej przy ul. Bielańskiej, w Teatrze na Kredytowej oraz w Wielkiej Operetce. Rodzice mieszkali początkowo na ul. Kruczej w Śródmieściu; mama woziła mnie w wózku do Łazienek. Gdy miałam 3 lata przeprowadziliśmy się na Żoliborz, niedaleko placu Wilsona; mieszkaliśmy tam do końca Powstania, aż do wyprowadzenia ludności z Warszawy. Chodziłam do Prywatnej Szkoły Powszechnej Sióstr Zmartwychwstanek na ul. Krasińskiego 31.

Jak zapamiętała Pani 1 września 1939 r.? Działała Pani wówczas w harcerstwie?

Miałam wtedy 12 lat. Wcześniej należałam do zuchów, a jako harcerka weszłam w okres wojny i okupacji. Z września 1939 r. pamiętam niemieckie samoloty nad Warszawą i straszny dla mnie moment, kiedy mój ojciec wyszedł z miasta na apel płk. Umiastowskiego. Nie był zmobilizowany w sierpniu, bo był w rezerwie. Udało mu się wrócić do nas już po kapitulacji. Pamiętam maski gazowe, zalepianie okien i tampony z waty, które trzeba było czymś nasycać i zakładać na twarz. W okupowanej Warszawie kontynuowałam edukację u Sióstr Zmartwychwstanek. Oficjalnie była to zawodowa szkoła krawiecka, ale siostry prowadziły tam oczywiście konspiracyjne nauczanie, realizując program gimnazjalny. Wiele z nich było po studiach, były świetnymi nauczycielkami. Na stołach i na ławkach leżały jakieś zaczęte robótki, a my uczyłyśmy się bez podręczników i bez zeszytów. Wiedzę nauczyciele przekazywali nam ustnie. Szczególnie zapamiętałam prof. Czesława Jaxę-Bykowskiego, wybitnego geografa, dawnego legionistę Piłsudskiego. Czasem na lekcjach robiłyśmy jakieś notatki na karteczkach, jednak było to niebezpieczne, bo Niemcy bez przerwy wpadali do szkoły szukając tajnych kompletów. Robili nalot na szkołę i przeprowadzali bardzo dokładne rewizje; polskich książek szukali nawet w koszach na brudną bieliznę. Pamiętam, że podczas jednej z takich rewizji musiałyśmy zjeść nasze notatki, bo schowanie ich albo wyrzucenie mogłoby bardzo źle się skończyć. Wchodziłyśmy do szkoły tylnym wejściem, a Niemcy zawsze głównym. Wtedy siostry próbowały ich przez chwilę zatrzymać i jednocześnie przesyłały informację do klas. Któregoś dnia Niemcy przyszli akurat, gdy miałyśmy lekcję z prof. Jaxą-Bykowskim; udało mu się uciec – siostry ukryły go za klauzurą. Widziałam go wtedy po raz ostatni; w nocy z 17 na 18 maja 1943 r. Niemcy aresztowali go w jego mieszkaniu razem z żoną Zofią i młodszą córką Anną za pomoc Żydom i przynależność do AK. Przewieźli ich na Pawiak, a niedługo później rozstrzelali w ruinach getta; w egzekucji tej Niemcy zamordowali ponad 500 osób…

Wielkie poświęcenie warszawskich profesorów... Jako harcerka zaangażowała się Pani także w działalność konspiracyjną i brała udział w kursie dla przyszłych sanitariuszek.

Jak tylko rozpoczęła się jakakolwiek działalność konspiracyjna, uczestniczyłam jako harcerka w Małym Sabotażu. Polegało to m.in. na wieszaniu plakatów np. z karykaturą fűhrera i napisem „Hitler kaputt”, na wypisywaniu patriotycznych haseł na murach, umieszczaniu w różnych miejscach biało-czerwonych chorągiewek. Opiekowaliśmy się też grobami naszych żołnierzy poległych we wrześniu, przynosiliśmy kwiaty i biało-czerwone chorągiewki.

Kurs sanitarny dla uczennic był zorganizowany w naszej szkole w 1943 r.; byłam wtedy w trzeciej klasie gimnazjalnej. Wygląda na to, że siostry były wtajemniczone w konspirację, ściśle współpracowały w AK. Na placu Wilsona była apteka, którą prowadzili rodzice mojej koleżanki z klasy, Jasi Fabickiej. Dzięki nim siostry miały bardzo dobre zaopatrzenie we wszystko, co potrzebne zarówno do prowadzenia tych kursów, jak i założenia przyszłego szpitala polowego. Zwijałyśmy bandaże i przygotowywałyśmy szarpie. Byłyśmy bardzo młode, więc pewnego dnia stwierdziłyśmy, że jakaś tam lekcja jest bardzo nudna i poszłyśmy na wagary – na strych, gdzie były drewniane belki i mnóstwo kurzu. Razem z nami była nasza niewidoma koleżanka, Irka Benesch, którą posadziłyśmy na starym fotelu bujanym. Co chwilę przychodziły do nas koleżanki ze starszych klas i mówiły, że szukają nas wszyscy, łącznie z dyrektorką i nauczycielami. W końcu, po godzinie, zakurzone i brudne zeszłyśmy do klasy. Dyrektorka, jak tylko nas zobaczyła, powiedziała, że skoro nie potrafimy zachować się w czasie strasznej okupacji, jesteśmy zawieszone, dopóki nasi rodzice nie przyjdą do szkoły. Poszłyśmy do mieszkania Jasi Fabickiej, by tam zastanowić się, co w tej sytuacji zrobić. Wśród naszych Zmartwychwstanek była siostra Maria Bogusława (zginęła później w czasie Powstania), która kochała naszą klasę. Wysłała do nas dziewczynę z internatu, by ta nas zawiadomiła, że jeśli przyjdziemy do szkoły, przyrzekniemy na wszystkie świętości, że to się już więcej nie zdarzy, będziemy miały darowane. Pamiętam, że jak wróciłyśmy i złożyłyśmy tę przysięgę, muchę można było w klasie usłyszeć. Parę dni później nadeszła wiadomość, że Niemcy są w szkole i przez kilka dni nie przychodziłyśmy na lekcje, żeby się nie narażać. Niemcy jednak nie dawali za wygraną; podczas jednej z kolejnych rewizji w 1943 r. zażądali od sióstr wydania dzienników z trzech klas, w tym naszej. Nasz jednak nie dostał się w ich ręce, bo siostry gdzieś go ukryły. Niemcy chcieli mieć nazwiska uczennic, bo skoro jest to szkoła krawiecka, będą szyły one koszule dla żołnierzy Wehrmachtu. Dziewczęta zostały zatem zmuszone do pracy w szwalni; do szkoły w ramach tajnych kompletów chodziły popołudniami. Podczas przymusowego szycia koszul moje koleżanki dokonywały aktów dywersji – starsze wszywały Niemcom w kołnierzyki wszy tyfusowe, a młodsze – szpilki. To było bardzo niebezpieczne, bo Niemcy przez cały czas je pilnowali. Zdarzyło się, że strażnik rozpoznał w jednej z naszych uczennic Żydówkę; było ich w naszej szkole kilka, siostry przyjęły je, żeby je chronić. Ta dziewczyna nie miała nawet semickiej urody, była blondynką, ale Niemcy mieli „nosa”. Niemiec rozpoznał ją i krzyknął „Jude!”, a wtedy siostra Maria Bogusława krzyknęła na niego: „Jak to Jude, przecież to jest katolicka szkoła!”. Siostra była drobniutka, malutka – nazywałyśmy ją „Dorotką” od piosenki „Ta Dorotka, ta malutka” – a ten Niemiec to był kawał chłopa. Ale kiedy siostra „Dorotka” na niego naskoczyła, to tak zgłupiał, że nie zatrzymał wówczas tej dziewczyny. Siostry znalazły później dla niej kryjówkę, bo jako nasza uczennica była już niestety „spalona”.

Nasza klasa po tym, jak Niemcy nie znaleźli naszego dziennika, została oficjalnie rozwiązana. Z tego powodu każda z nas musiała się gdzieś zatrudnić, żeby uniknąć wywiezienia na roboty do Rzeszy. Dostałam wtedy kartę pracy od pana Kazimierza Franaszka, szefa mojego ojca, i co jakiś czas musiałam pokazać się w fabryce. Naukę u sióstr kontynuowałam na tajnych kompletach; zajęcia miałyśmy na strychu lub w suterynie. Wtedy też ukończyłyśmy kurs sanitarny, byłyśmy więc przygotowane do Powstania. U Sióstr Zmartwychwstanek przeszłyśmy ponadto kurs łącznościowy.

Chciałyście być gotowe na ten moment, kiedy Warszawa ruszy do walki z Niemcami?

To Powstanie po prostu musiało wybuchnąć. Okupacja była straszna, byliśmy potwornie umęczeni zbrodniami, których dopuszczali się Niemcy. W Warszawie ciągle były aresztowania, rozstrzeliwania, uliczne egzekucje, bez przerwy lała się polska krew. Nawet za posiadanie nieodpowiednich według Niemców książek groziło rozstrzelanie. Pamiętam, jak na moich oczach SS-mann zastrzelił kilkunastoletniego chłopaka. Miał pod pachą książki, więc jak zobaczył Niemców, wystraszył się i zaczął uciekać. To wystarczyło – elegancki oficer SS wyciągnął pistolet i po prostu zabił go... Widziałam też innego młodego chłopaka potwornie skatowanego przez Niemców... Byłam wtedy w sklepie, gdzie wpadli Niemcy wlokąc tego ledwo trzymającego się na nogach chłopca. Zamknęli sklep, zabronili nam wychodzić, a jego zawlekli na zaplecze. Wyglądało na to, że chcieli zastawić na kogoś pułapkę, ale ten ktoś się nie pojawił. Wyprowadzili później tego chłopaka z powrotem... Takich tragicznych momentów było w Warszawie tysiące, nic zatem dziwnego, że nie mogliśmy doczekać się rozpoczęcia walki z tymi niemieckimi zbrodniarzami. Dla mnie nie ma hitlerowców, faszystów, czy nazistów – są po prostu Niemcy.

Niemiecki terror okupacyjny dosięgnął też Panią i Pani Rodziców?

Oczywiście! Niemcy bardzo często urządzali tzw. kotły; zwykle robili to w niedziele. Otaczali określoną dzielnicę, lub część dzielnicy Warszawy, podstawiali zamknięte samochody, tzw. budy, wyważali drzwi, wchodzili do mieszkań i zabierali mężczyzn. Po mojego ojca przyszli dwukrotnie. Po raz pierwszy Niemcy aresztowali go w 1941 r. Zabrali wtedy też naszego sąsiada, ojca mojej koleżanki Hali Sujeckiej, podobnie jak wszystkich mężczyzn z naszego bloku. Zapakowali ich do „budy” i zawieźli na Pawiak. Każdy z aresztowanych Polaków musiał podejść z dokumentami, a Niemcy według swojego uznania zabierali te papiery albo nie. Komu zabrali, dla tego nie było ratunku, szedł do transportu do Auschwitz. Ojciec wykazał się wtedy naprawdę żelaznymi nerwami i opanowaniem. Miał przy sobie dokumenty pracy z fabryki Franaszka, ale zanim je podał, zwrócił się do jednego z Niemców (wysoki blondyn w złotych okularach) i zablefował, że pracuje w firmie, która produkuje błony fotograficzne dla Wehrmachtu. Franaszek rzeczywiście produkował błony i papiery fotograficzne, ale przed wojną. Niemiec obejrzał dokumenty i wyprowadził ojca na małe podwórko. Tata miał wtedy najczarniejsze myśli, był przekonany że zaraz zostanie rozstrzelany. Za chwilę Niemiec ten wyprowadził dwóch innych mężczyzn – jeden był pracownikiem gazowni, a drugi elektrowni; tacy byli Niemcom wtedy potrzebni. Oni wraz z moim ojcem zostali wypuszczeni, ale nasz sąsiad trafił z Pawiaka do Auschwitz i niedługo później tam zginął.

Po raz drugi ojciec mój został aresztowany w niedzielę 17 stycznia 1943 r., dokładnie w swoje urodziny. Niemcy otoczyli wtedy cały teren Żoliborza, akurat wybierałyśmy się z mamą do kościoła. Zadzwonił jednak nasz znajomy i dał znać, żebyśmy nigdzie nie wychodzili, bo coś się dzieje. Niemcy zabronili Polakom posiadania radia, telefony mogliśmy mieć, ale były na podsłuchu. Mama stwierdziła, że do kościoła mamy przecież tylko dwa kroki i już byliśmy w przedpokoju, kiedy na parterze rozległ się potworny huk. To byli Niemcy, którzy walili kolbami, butami, zachowywali się niesłychanie hałaśliwie i brutalnie. Rodzice kazali mi się schować w pokoiku gosposi w głębi mieszkania. Mego ulubionego psu zakryłam poduszką, żeby był cicho. Niestety, chwilę później Niemcy aresztowali i wyprowadzili z mieszkania moich rodziców; zostałam sama z naszą gosposią. Udało mi się zadzwonić do szefa mojego ojca, pana Franaszka, i powiedzieć, oczywiście szyfrem, co się stało. Pan Kazimierz bardzo dbał o swoich pracowników, chronił, kogo tylko się dało – przekupywał nawet Niemców, żeby w razie wpadki ich zwalniali. To był niezwykły człowiek, wspaniały patriota. Zorganizował np. Straż Ogniową, w której zatrudniał synów swoich pracowników. Większość tych chłopaków była oczywiście zaangażowana w AK, więc była to świetna „przykrywka”.

Niemcy zabrali rodziców na Pawiak. To musiała być olbrzymia akcja, na całą Warszawę, bo zabrali wtedy bardzo dużo ludzi. Oddzielili mamę od ojca, który wtedy zauważył, że osobom przeznaczonym na wywiezienie do Auschwitz Niemcy dają po bochenku chleba. Mama go nie dostała; wypuścili ją, uratowały ją papiery od Franaszka. Natomiast ojciec w dalszym ciągu był trzymany na Pawiaku. Było bardzo groźnie. Niemcy kazali wszystkim aresztowanym warszawiakom ustawić się jeden za drugim, dokumenty trzymać w rękach wyciągniętych nad głową i biec. Wtedy losowo wybierali, kto ma pójść do wywiezienia, a kto do zwolnienia. Ojciec zobaczył jednego z tych Niemców, który wcześniej za określoną łapówkę wypuszczał pracowników z jego fabryki i krzyknął, że jest „aus Firma Franaszek”. Ten Niemiec wtedy do niego podszedł i wyprowadził go z Pawiaka. Ojciec jeszcze wieczorem tego dnia wrócił do nas – poturbowany, bo wcześniej dostał kolbą od jakiegoś Niemca, za to, że się „źle ustawił”. Pamiętam to jak dziś...

Niesamowite, że Pani ojciec dwukrotnie wydostał się z łap Niemców dzięki ofiarności swojego szefa... Co się stało z Kazimierzem Franaszkiem?

Niestety, skończył tragicznie. Oczywiście był zaangażowany w konspirację, produkował papier na potrzeby AK. Na terenie swojej fabryki na ul. Wolskiej 43/45, prawdopodobnie jeszcze przed wojną, zbudował schrony. Proponował nawet moim rodzicom, żeby tam się przenieśli, że w razie wybuchu powstania będzie tam bezpieczniej. Mama stwierdziła jednak, że nie ruszy się z naszego mieszkania. I to nas uratowało. Nikt już nie zdążył skorzystać z tych schronów... W czasie Powstania, 5 sierpnia 1944 r., Niemcy spędzili na teren fabryki ok. 5 tys. mieszkańców Woli. Kazimierz Franaszek, razem z żoną, synem i pracownikami fabryki zginęli razem z nimi. To była jedna z największych masakr przeprowadzonych przez Niemców na Woli.

Przerażająca historia... Nic zatem dziwnego, że – jak już Pani wspomniała – Powstanie po prostu musiało wybuchnąć. Jak zapamiętała Pani ten moment, tak wyczekiwany przez warszawską młodzież z AK?

Powstanie na Żoliborzu wybuchło 1 sierpnia już o 14.00. Nasi chłopcy ze Zgrupowania „Żniwiarz”, którzy przenosili broń z konspiracyjnego magazynu, w okolicach Placu Wilsona dosłownie wpadli na niemiecki patrol. Wywiązała się strzelanina – pierwsza powstańcza walka z wrogiem. Od razu zgłosiłam się do mojego punktu sanitarnego przy ul. Mickiewicza 27; był zorganizowany w klatce K w dwóch piwnicach. W jednej z nich był właściwy punkt opatrunkowy a w drugiej mały szpitalik, gdyby trzeba było kogoś położyć, zanim przeniesie się go do powstańczego szpitala u Sióstr Zmartwychwstanek, które urządziły go w swoim domu klasztornym i w budynkach szkolnych. Krótko tam funkcjonował, bo klasztor znalazł się dokładnie na linii frontu. Niemcy strasznie go ostrzeliwali, a jeszcze od strony Instytutu Chemicznego jeździła pancerka. Tak więc klasztor zajęli powstańcy ze Zgrupowania „Żyrafa”, a szpital został ewakuowany na ulicę Krechowiecką; wszystko to dokładnie pamiętam. W punkcie opatrunkowym na Mickiewicza 27, gdzie ja pełniłam służbę, opiekę medyczną sprawował doktor Mazurek. Byłam sanitariuszką Zgrupowania „Żywiciel”. Pierwsze chwile Powstania były niesamowite, panowała ogromna radość. Byliśmy tacy szczęśliwi, roześmiani, zadowoleni, pełni entuzjazmu i wiary... W tych pierwszych chwilach naszego zrywu zobaczyłam powstańca, który wskoczył na dach żoliborskiej PAST-y na rogu ulic Felińskiego i Niegolewskiego. W tym momencie, kiedy wywiesił biało-czerwoną flagę, niemiecki snajper zastrzelił go, a chwilę później ranił powstańca, który stał koło mnie. Na szczęście ten był lekko ranny; był pierwszą osobą, której udzieliłam pomocy w Powstaniu. (...)

Jest to tylko fragment wywiadu z Janiną Jankowską „Jasią”. Zapraszamy do zapoznania się z całością poruszających wojennych wspomnień sanitariuszki „Jasi” w najnowszym numerze miesięcznika „Wpis” nr 188, jak i do składania życzeń Bohaterce!

Wywiady z Powstańcami Warszawskimi ukazują się regularnie na łamach "Wpisu"

WPIS 09/2025 (e-wydanie)

WPIS 09/2025 (e-wydanie)

 

Wrześniowy numer Waszego ulubionego miesięcznika „Wiara Patriotyzm i Sztuka” lepiej znanego pod skróconą nazwą „Wpis” już w sprzedaży! Jak każdego miesiąca przygotowaliśmy dla Was wyselekcjonowany zbiór felietonów na aktualne tematy, podobnie jak całą serię artykułów powiązaną z rocznicami historycznymi.

 

WPIS 10/2024 (e-wydanie)

WPIS 10/2024 (e-wydanie)

 

Pojawił się już najnowszy, październikowy numer „Wpisu”. Jak co miesiąc przygotowaliśmy dla Państwa wyselekcjonowaną kolekcję tekstów celnie komentujących rzeczywistość polityczną i obyczajową oraz serię artykułów powiązanych z aktualnymi rocznicami.

 

WPIS 12/2024 (e-wydanie)

WPIS 12/2024 (e-wydanie)

 

Przed Państwem wyjątkowe, świąteczne wydanie ekskluzywnego miesięcznika „Wpis”! Jak zawsze przygotowaliśmy dla naszych Czytelników wyselekcjonowany zbiór felietonów na aktualne tematy i całą serię artykułów powiązanych nie tylko z bieżącymi rocznicami historycznymi, ale i z niecierpliwie wyczekiwanymi świętami Bożego Narodzenia, ukochanymi nie tylko przez najmłodszych. I tak prof.

 

Dzieje Polski. Tom 1. Skąd nasz ród

Dzieje Polski. Tom 1. Skąd nasz ród

Andrzej Nowak

Pierwszy tom pomnikowych "Dziejów Polski", napisanych przez wybitnego historyka z Uniwersytetu Jagiellońskiego i Polskiej Akademii Nauk prof. Andrzeja Nowaka, obejmuje okres od początków państwa polskiego do 1202 r. (śmierć Mieszka III Starego). Osoba autora gwarantuje publikację na najwyższym poziomie naukowym i literackim, napisaną właściwym dla prof. Nowaka pięknym, a jednocześnie przystępnym językiem.

 

 

Dzieje Polski. Tom 2. Od rozbicia do nowej Polski

Dzieje Polski. Tom 2. Od rozbicia do nowej Polski

Andrzej Nowak

Drugi tom bestsellerowych "Dziejów Polski" pióra znakomitego historyka prof. Andrzeja Nowaka. Kontynuacja opowieści o burzliwych losach naszego kraju w okresie rozbicia dzielnicowego. Tom obejmuje okres od śmierci księcia Mieszka Starego w 1202 r. i objęcia władzy w Krakowie przez Władysława Laskonogiego, aż do wkroczenia Kazimierza Wielkiego na Ruś w 1340 r. Autor w fascynujący sposób przybliża wysiłki zmierzające do odnowienia Królestwa Polskiego podjęte w XIII w.

Dzieje Polski. Tom 3. Królestwo zwycięskiego orła

Dzieje Polski. Tom 3. Królestwo zwycięskiego orła

Andrzej Nowak


Kolejny tom wspaniałej historii Polski opowiedzianej piórem profesora Andrzeja Nowaka liczy 464 strony, czyli o 80 więcej niż poprzednia część. Podobnie jak dwa poprzednie tomy charakteryzuje się wysokim poziomem edytorskim. Zdobią go liczne fotografie, rysunki, ryciny i mapy, które nie tylko dopełniają narrację autora, ale i poruszają wyobraźnię czytelnika.
Dzieło to owoc wspaniałego warsztatu badawczego, niesamowitego talentu pisarskiego i ogromnej wiedzy profesora Nowaka.

 

Komentarze (0)

  • Podpis:
    E-mail:
  • Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników serwisu. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za ich treść. Wpisy są moderowane przed dodaniem.

Zamknij X W ramach naszego serwisu stosujemy pliki cookies. Korzystanie ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym.