Od tysiąca lat Polska jest potęgą kulturową na kontynencie europejskim. – Zaskakujące zdanie? – Jeśli tak, to koniecznie trzeba zabrać się za lekturę tej wyjątkowej książki. Znakomity pisarz i filozof Bohdan Urbankowski dokonuje bowiem w „Gnieździe polskim” przeglądu wielkich polskich osiągnięć w dziedzinie sztuki i historii myśli, akcentując mocno wkład Polaków w rozwój cywilizacji łacińskiej, a przede wszystkim – w rozwój idei wolności. Autora fascynuje Rzeczpospolita jako przedmurze chrześcijaństwa, tak dawniej, jak i dziś. Snuje on swą opowieść piórem wrażliwego na piękno słowa prawdziwego mistrza literatury; Bohdan Urbankowski bywa wszak, i to często, również poetą. Argumentuje, że kultura jest dostępną nam formą wieczności. Dzieła i twórcy, zwycięstwa i bohaterowie, triumfy i konspiratorzy istnieją jako twory zbiorowej wyobraźni, ale istnieją też wiecznie, choć nieraz już tylko w formie mitów.

Właśnie ludzie – niezwykli – są przewodnikami tej książki; Bohdan Urbankowski skupia swą uwagę na kilkudziesięciu znanych i mniej znanych, acz znakomitych, postaciach polskiej historii. Wydawałoby się, że o niektórych bohaterach wiemy dużo, jednak Autor potrafi odkryć przed nami nieznane wydarzenia z ich życia oraz ich niezwykłe cechy. Podążymy więc np. za burzliwym życiem Stanisława Staszica, obserwujemy powstające w niezmiernym wysiłku arcydzieła Jana Matejki, rozwiązujemy szyfry poezji Zbigniewa Herberta. Pojawiają się też w tej książce ważne pytania: Czy również dziś cień Rejtana kładzie się nad Polską? Jaki wpływ ma na III Rzeczpospolitą propaganda? Czy są wśród nas potomkowie wyznawców romantycznej filozofii czynu (jak niegdyś np. Józef Piłsudski)? Historia łączy się w „Gnieździe polskim” z teraźniejszością, a kultura z tradycją. Narrację spaja wspólna pamięć polskiego narodu. Książkę czyta się z wielką ciekawością. Autor nie stroni od dowcipu, a jego język bywa nieraz wręcz cięty.

Dobrze jest, gdy tego rodzaju dzieło przekonuje nie tylko słowem, lecz także obrazem. Stąd opowieści Bohdana Urbankowskiego towarzyszy bogata warstwa ilustracyjna, dzięki której wczuwamy się w klimaty poszczególnych epok i odkrywamy wyjątkowość rodzimej kultury. Kto chce poznać polską duszę, znajdzie w tej książce świetny przewodnik.

 Spis treści

 

Poetyka i polityka

Śmierć pięknej Polski

Cień Rejtana

Trzech rycerzy. Staszic, Mohort, Orda

Matejko. Światopogląd wizji i kolorów

Filozofia czynu. Inspiracje romantyczne

działalności Józefa Piłsudskiego

Testament Sienkiewicza

Rok 1905 przed sądem najwyższych

autorytetów literackich

Wyjście z polskiego piekła

Łowczówek – stulecie bohaterstwa

Poezja i legenda wojny o niepodległość

Przewrót majowy

Broniewski w Dwudziestoleciu

Podróże zaczarowaną dorożką w strony dziwne

Władysław Sebyła – poeta wciąż nie pamiętany

Śmierć poetów

Niemieckie stodoły śmierci

W obliczu zła. Raport Witolda jako świadectwo

Wolność, którą prawie miały w rękach,

ma być znów utracona

Przemarsz przez piekło – reportaż
z innej przestrzeni

63 dni III Rzeczypospolitej

Powstanie antysowieckie

Budapeszt 1956 i 1985

Za naszą wolność i waszą

Te pochodnie wciąż płoną

Smutek i wdzięczność

Między Biblią a grypsem. Siła poezji Herberta

Poetyka donosu

Żywa i gniewna antologia

Wiek po. Wojny propagandowe na obszarze
III Rzeczypospolitej

 

 

Dyskusję o poezji i polityce trzeba zacząć od anegdoty o politykach i poetach. Cesarz Shi Huangdi (dla wścibskich: ok. 260–ok. 210 r. p.n.e.) w pewnym momencie wydał zakaz pisania wierszy. Zwraca się do niego minister:

– Jak to, wszystko będzie zniszczone?

– A tak.

– Cała nasza kultura upadnie.

– A nie. Bo ci, którzy są prawdziwymi poetami, będą pisać dalej.

Chciałbym, żebyśmy tu mówili o prawdziwej poezji. Ponieważ w tytule jest poezja i polityka, dodam, że przez politykę rozumiem, po arystotelesowsku, działalność na rzecz dobra wspólnego. Od razu powstaje jednak problem: co rozumieć i jak realizować owo dobro. W poezji może to być oda (np. Mickiewicza), albo piosenka (np. Żeby Polska Pietrzaka); z polityką bywa gorzej. Narzędziem realizacji może być po prostu terror. Kto nie wierzy, że dobrem wspólnym jest tysiącletnia Rzesza albo komunizm, to go po prostu likwidujemy i dzięki temu wszyscy, którzy żyją, wierzą w świetlaną przyszłość. Ale jest też inna możliwość. Możemy sterować ludźmi, żeby oni sami z siebie w coś uwierzyli. Stosując perswazję, propagandę… Tu nadmienię, że to Benedykt XV w 1622 roku wymyślił kongregację do spraw propagandy. I od tego czasu propagandy nikt nie lubi. A papieżowi chodziło o rzeczy zacne. O szerzenie, bądź co bądź, projektu zbawienia. O udoskonalenie tego świata, by móc zamieszkać później w świecie tamtym, to znaczy jeszcze doskonalszym. Natomiast luteranie, kalwini i Żydzi twierdzili, że propaganda jest po to, żeby ludzi oszukiwać. I tak już zostało.

***

Czas przejść do głównego przedmiotu naszych rozważań: do poezji. Najwyższą rangę miała ongiś poezja hymniczna – wiersze, które stawały się hymnami, formą połączoną ze wspólnym śpiewem, w którym ludzie łączą się w zbiorowość i w którym umieszczają swoje najświętsze wartości, wyznaczają cele swojego istnienia. Takie wiersze to drogowskazy ludzkiej historii, prowadzące jednakże dalej, poza tę historię – w wieczność. Parę takich utworów przywołam.

Pierwszą pieśnią hymniczną, czy też wierszem, trudno powiedzieć, była Bogurodzica. Muzykę napisał dopiero w XX wieku Andrzej Kurylewicz. Jak to przedtem śpiewano, nie wiadomo. Wraz z Grzegorzem Królikiewiczem próbowaliśmy jej tekst przerobić na pieśń podczas ekranizacji Kroniki Galla. Jemu wychodziła inna melodia, mnie inna. Dopiero poproszony o pomoc Andrzej Kurylewicz wykpił naszą amatorszczyznę i stworzył taką melodię, która dziś uchodzi za autentyczną. To pieśń, która przechodzi przez historię, śpiewana pod Grunwaldem. Więc miała znaczenie hymnu rycerstwa, hymnu państwa. Hymnu tych, którzy uważali, że to oni reprezentują model prawdziwego chrześcijaństwa. Kryły się za tym spory polsko-krzyżackie o to, czym jest chrześcijaństwo, czy wolno siłą nawracać pogan, czy wolno ich przy okazji wyrżnąć. Do dziś właściwie nie wiemy, kto był autorem Bogurodzicy. Najstarszy z zapisów to jest 1407 rok. Na podstawie analizy języka – trzysta lat po ułożeniu, albo więcej. Stąd hipoteza Józefa Birkenmajera, iż autorem tego tekstu był sam św. Wojciech, czego dowodem miały być pewne czechizmy. Oto fragment.

 

Bogurodzica, dziewica, Bogiem sławiena Maryja,

Twego Syna, Gospodzina, matko zwolena, Maryja,

Zyszczy nam, spuści nam

Kiryjelejzon.

 

Twego dziela, krzciciela, Bożyce,

Usłysz głosy, napełń myśli człowiecze.

Slysz modlitwę, jąż nosimy.

A dać raczy, jegoż prosimy,

A na świecie zbożny pobyt,

Po żywocie rajski przebyt.

Kiryjelejzon.

 

„Kiryjelejzon” to oczywiście z greki, ale jest to kultura łacińska. Jeżeli tekst powstawał, rzeczywiście, jeszcze z końcem X wieku, to powstał przed schizmą. Wtedy nie było doktrynalnych różnic między Rzymem a Konstantynopolem, bo schizma miała miejsce w roku 1054. Jest to jednocześnie pierwsza deklaracja, używana w celu wojennym przed wyrżnięciem Krzyżaków, ale mówiąca jednak o rzeczy tak wspaniałej jak „na ziemi zbożny pobyt, po żywocie rajski przebyt”. Mamy tu wizję ludzkości przekraczającą doczesność. Język rzeczywiście jest trochę dziwny. Można się dopatrywać czechizmów, co robili językoznawcy. Ale niekoniecznie, kiedyś język słowiański miał dużo słów wspólnych, inaczej brzmiących niż dzisiaj. Pośrednim dowodem ma być przekład Ewangelii dokonany przez Cyryla i Metodego. Tak zwany starobułgarski, potem szlifowany na Słowacji. Być może, jest to jedyny zabytek wspólnego języka zachodnich Słowian, ale nie jest to pewne. Cyryl i Metody posługiwali się cyrylicą, stąd zresztą nazwa alfabetu.

Wracając do naszej historii: ten hymn obowiązuje przez lat wiele, czasami zastępują go pieśni rycerskie, lecz dopiero po dłuższym okresie podejmowane są próby znalezienia czegoś innego, lepiej przystosowanego do współczesności. Jednym z takich pierwszych hymnów pisanych na zamówienie jest Święta miłości kochanej ojczyzny biskupa Ignacego Krasickiego. Pieśń ta stała się ówczesnym hymnem pokolenia młodych i wielu przyszłych pokoleń, dlatego że był to równocześnie hymn warszawskiej Szkoły Rycerskiej, odśpiewywany przy wszystkich uroczystościach.

 

Święta miłości kochanej ojczyzny,

Czują cię tylko umysły poczciwe!

Dla ciebie zjadłe smakują trucizny,

Dla ciebie więzy, pęta niezelżywe.

Kształcisz kalectwo przez chwalebne blizny,

 

Gnieździsz w umyśle rozkoszy prawdziwe,

Byle cię można wspomóc, byle wspierać,

Nie żal żyć w nędzy, nie żal i umierać.

 

Miłość ojczyzny jest tu stawiana wyżej niż życie, wyżej niż inne dobra. Miłość ojczyzny przekształca rany w „chwalebne blizny”. To nie prymitywne rany, które ktoś nam zadał w ciemnym zaułku, tylko świadectwo narażania życia w bitwie, świadectwo odwagi i cierpienia. W kulturze rycerskiej istniało pojęcie „słusznie dumny”. Rycerz miał prawo być słusznie dumny, bo sobie na to swoimi czynami zasłużył. Rycerz miał prawo się chwalić. I myślę, że ta etyka rycerska, etyka poświęcenia i dumy, przynajmniej do rozbiorów, a i później, w czasie powstań, towarzyszy polskiemu życiu. Mało tego, udziela się kastom nierycerskim. Mam na myśli naśladowanie etosu szlacheckiego przez chłopstwo – i nie tylko etosu, także stroju, obyczaju, następuje powolna przemiana zbiorowej osobowości, z chłopskiej na rycerską. (Kultura ludowa to wynalazek dziewiętnastowiecznych chłopomanów). Można więc mówić o unarodowieniu chłopstwa wywodzącego się z różnej rasy osadników i niewolników poprzez wejście w pewien krąg wartości etycznych, w tym wypadku rycerskich.

Oczywiście nie wszyscy Polacy byli rycerzami, nie cały naród walczył o niepodległość. Większość każdego narodu stanowią szuje, kombinatorzy i idioci. Jednak u nas było stosunkowo dużo, bo około 10% szlachty autentycznie szlachetnej, w razie zagrożenia ojczyzny zobowiązanej do pospolitego ruszenia – co było też nakazem wynikającym z polskiego etosu. Każdy musi bronić ojczyzny. Każdy musi w razie czego ofiarować życie, ale tylko w granicach ojczyzny. To był powód, dla którego nasze wojny obronne nie przemieniały się w zwycięskie, raz na zawsze wyciszające sąsiadów. Gdy mogliśmy już siadać na koń i z pieśnią na ustach gnać na Moskwę – nasi husarze po prostu się zatrzymywali i mówili, że dalej nie idą. Tu są granice ojczyzny. Etos rycerzy pospolitego ruszenia był etosem przede wszystkim obronnym. Znalazło to wyraz także w poezji, która nie opiewa zwycięskich podbojów, lecz triumfalne odpieranie ataków. Tak zresztą będzie do 1920 roku. Etos ofiary krwi jest ograniczony do granic ojczyzny.

Szkoła Rycerska była próbą udoskonalenia tego etosu, zastąpienia szlachetnych amatorów korpusem nowocześnie myślących fachowców od zwyciężania – patriotami dodającymi do miłości ojczyzny rzetelną wiedzę. Była odpowiednikiem podobnych uczelni istniejących już we Francji i w Prusach. Uczono w niej wiedzy wojskowej, ale także języków obcych i narodowej historii oraz literatury. Równolegle z polskim uczono też łaciny. Do rangi symbolu urasta fakt, że do pisania podręczników zostali zatrudnieni najwybitniejsi literaci. Między innymi dzięki nim szkoła mogła poszczycić się wybitnymi wychowankami. A należeli do nich zarówno znani potem generałowie (Jakub Jasiński, Karol Kniaziewicz, Tadeusz Kościuszko i obrońca Woli Józef Sowiński), jak literaci (Julian Ursyn Niemcewicz), a nawet filozofowie (Józef Hoene-Wroński). Potwierdziła się znana maksyma pedagogów, iż inwestycja w młodzież to inwestycja w przyszłość.

Jeżeli teraz można czegoś życzyć naszemu narodowi, naszym ministerstwom, niech jak najprędzej założą taką szkołę rycerską.

Być może państwa zaskoczę, ale jeszcze chcę pokazać jeden wzór poezji hymnicznej, który za poezję hymniczną nie uchodzi. Jego autor był raczej niespełnionym poetą. Właściwie to się wsławił raczej jako animator kultury. Tak czy inaczej pisał. Wydawał tomik za tomikiem i nawet kiedy chciał pisać rzeczy wzniosłe, to mu takie trochę dla dzieci wychodziły. I chwała Bogu. Bo jeden z jego wierszy – właśnie dla dzieci – stał się wierszem wielu pokoleń. Władysław Bełza, bo o nim mowa, napisał słynne słowa:

 

– Kto ty jesteś?

– Polak mały.

– Jaki znak twój?

– Orzeł biały.

– Gdzie ty mieszkasz?

– Między swemi.

– W jakim kraju?

– W polskiej ziemi.

– Czym ta ziemia?

– Mą ojczyzną.

– Czym zdobyta?

– Krwią i blizną.

– Czy ją kochasz?

– Kocham szczerze.

– A w co wierzysz?

– W Polskę wierzę.

– Czym ty dla niej?

– Wdzięczne dziecię.

– Coś jej winien?

– Oddać życie.

 

To kolejny przyczynek do naszej dyskusji. Jeżeli nie ma wartości większych niż życie, to one właściwie nie są wartościami. I to jest znów element pedagogiki społecznej, czyli prowadzenia polityki ponadczasowej, w stronę dobra wspólnego, zwanego narodem, ojczyzną, zbiorowością Polaków… Desygnat tych różnych pojęć ciągle jest ten sam. Ale tutaj próbujemy dotrzeć do pokolenia najmłodszych. Mamy dzieci, mamy szkołę rycerską, będziemy mieli pokolenie już walczących żołnierzy…

***

Zostawmy już jednak ważną, choć dziś niedocenianą poezję patriotyczną dla dzieci i wróćmy do historii „dorosłej”. Bogurodzica nam właściwie nie mówi o ustroju, o projekcie Polski Piastowskiej – nawet jeżeli z tamtych czasów pochodzi. Możemy się go tylko domyślać na podstawie odczytywania idei z czynów, takich jak zdobycie Kijowa, zajęcie Pragi, a potem zdobycie Pomorza. Czyli jak gdyby projekt, zarys tej słowiańskiej Polski od morza do morza – bez sił na realizację. Jest to projekt jednocześnie polityczny i poetycki – oparty na tej samej sile duchowej – na wyobraźni.

Chodzi też o zmianę jakości życia, bo Kazimierz Wielki – jak wiadomo – zmieniał jakość życia mieszczan, budując miasta murowane, choć zastał drewniane; zmieniał jakość życia swoją i warstw ludności nawet obcego pochodzenia. Tu mam na myśli romans z Esterką. Przecież jakość jej życia ubogaciła się dzięki romansowi, ale jego jakość życia też się ubogaciła, ba, ubogaciła się też nasza, nawet jeśli cała historia jest zełgana. Bo ten romans – już w sensie wirtualnym, to symbol tolerancji, zapowiedź renesansu; jeśli żartuję, to tylko trochę. Na pewno wtedy zaczynała się tworzyć w naszej wyobraźni Rzeczpospolita wielu narodów. Nie tylko w wyobraźni – przecież przyłączono Ruś Halicką, Grody Czerwieńskie, napłynęły fale osadników z Niemiec, którzy odbudowywali miasta spustoszone przez Tatarów. Budowano też nowe. Na przykład Lwów wybudowali Polacy. Dlatego że ten Lwów, który tam był, Tatarzy zdemolowali i spalili i trzeba było wybudować nowy – w zupełnie innym miejscu, na innych wzgórzach, a trzeba dodać: budowali przy pomocy rzemieślników niemieckich i włoskich. Także tu też mamy Rzeczpospolitą wielu narodów, jakby zaklętą w symbole architektoniczne, w symbole sztuki, także w symbole obyczajów. Skrótowo mówiąc: państwo poddanych króla zamienia się w królestwo obywateli.

***

Pojawia się jednak paradoks: wchodząc w obręb krajów chrześcijańskich, myśmy przyjęli także kulturę kościelną. Językiem wspólnym była podówczas łacina. Gdziekolwiek się pojechało na Zachód, można było w każdym kościółku dogadać się po łacinie, choć pewnie zdarzały się problemy. Nie wiem, czy jakiś księżulo z Polski, gdy witano go w Anglii pozdrowieniem „Dżizys Krajst”, nie czynił znaku „precz, demonie”, jednak przy odrobinie wysiłku można było się dogadać, nie mówiąc o identycznym piśmie. Wchodząc przez religię i język do Europy, Polska stała się jej ważną częścią. I Europa też tak uważała. Oto znany od wieków obrazek – symbol: jest na nim Otton III, są dworzanie i postacie uosabiające kraje, które składają mu hołd, a które tworzą jego wielkie państwo: Roma, Galia, Germania i Sclavinia. Wszystkie cztery według jednego wzorca estetycznego, nie jest tak, że Germania u góry, a Sclavinia niżej, są różne, ale podobne, są równoprawne. Wszystkie także uznają najwyższą władzę cesarską i to jest może podtekst gestu Ottona III – tego koronowania Bolesława Chrobrego w Gnieźnie. On ma być jednym z czterech. Polska staje się pełnoprawnym państwem Europy, ale i przedmurzem chrześcijaństwa. Z korzyściami i kłopotami płynącymi z tej sytuacji. Tak minęło parę wieków i wewnątrz chrześcijańskiej Europy nastąpiła zmiana kulturowa, którą skrótowo nazywa się przejściem ze średniowiecza w renesans. Jest to przemiana pełna optymizmu, bardziej dbająca o upiększanie doczesności niż o myślenie o zaświatach. Polska weszła w krąg poezji renesansowej, oczywiście łacińskiej, poeci zdobyli jeden medal i dwa wieńce laurowe; jeden z poetów został nawet prymasem. Do rangi symbolu urasta towarzystwo ożralców i opilców (łac. bibones et comedones). Było to stowarzyszenie działające na Wawelu, stowarzyszenie tych, którzy wprowadzali renesans.

Pierwszym z polskich poetów uznanych przez chrześcijański świat jest Andrzej Krzycki, rocznik 1482, na pewno „ożralec i opilca” – gdyby się nie obżerał i nie pił, na pewno z tego towarzystwa by wyleciał. Towarzystwo stworzyło także wysokie fundamenty poezji biesiadnej i sprośnej. Niestety teksty się nie zachowały .

Nam się wydaje, że jak poeta został biskupem, potem prymasem Polski, to będzie pisał wyłącznie wiersze religijne. Pisał. Oczywiście, że pisał. Ale sam Krzycki pisał też wiersze miłosne, uprawiał w swej poezji politykę zagraniczną. Jeden z jego popularnych wierszy, który wtedy był politycznym drogowskazem, to wiersz Na zakon krzyżacki. Nie jest to prosty paszkwil przeciwko Krzyżakom, bo nie zdobyłby tej sławy, którą zdobył. On jest bardzo kunsztownie napisany, dlatego pozwolę go sobie przytoczyć. A nawiązuje do trzech krzyży stojących na Golgocie. Wiadomo – Chrystus i dwóch łotrów.

 

Wiadomo, że trzy krzyże są i o trzech barwach.

Różne, tych co je noszą, też rodzaje trzy:

Jest czerwony, ten słusznie zwie się Jezusowym,

Albowiem tak Jezusa zabarwił się krwią.

Jest biały, odpowiedni zbójcy z prawej strony,

Którego zbrodnie kilka odkupiło słów.

Jest w końcu czarny, zbója z strony lewej; ten to

Zdradziecki Zakon uznał – jak słusznie! – za swój.

 

To znakomity wiersz, inaczej zresztą nie poszedłby w Europę. To jeden z pierwszych przykładów stosowania poezji jako „miękkiej siły” – soft power.

Poetą laureatem i zarazem drugim sławnym członkiem bractwa ożralców i opilców był Jan Dantyszek, rocznik 1485. Gdańszczanin, prawdopodobnie pochodzenia niemieckiego, choć sam lubił wywodzić swój ród ze szlachty pomorskiej czy pruskiej. A naprawdę był wnukiem piwowara. Najsłynniejszy jego wiersz to filozofujący Nagrobek samemu sobie, oceniający dorobek życia, stawiający człowieka wobec wieczności. Między innymi ten wiersz przyczynił się do tego, że Dantyszek otrzymał laur cesarza Maksymiliana I. Król Karol V z kolei wybił na jego cześć medal. Dla odpatetycznienia nastroju pozwolę sobie na dygresję. Dantyszek to późniejszy biskup warmiński, który wspomagał, sponsorował Mikołaja Kopernika. Kopernik, wiadomo, był księdzem, astronomem i lekarzem, wybitnym lekarzem, dodajmy. Jak któryś z dostojników Zakonu dostawał syfa, wzywano właśnie naszego astronoma, on jeden wiedział, co to jest, skąd to się bierze. Prywatnie jednak Kopernik prowadził życie renesansowe. I ten biedny Dantyszek musiał troszeczkę lawirować. Z jednej strony wspomaga Kopernika, załatwia mu kontakty z Norymbergą, z Retykiem, który przyjeżdża, bierze od astronoma rękopisy i staje na głowie, by drukować. Jeden egzemplarz ginie. Robią następny. Tę historię znacie. Natomiast problem Dantyszka polegał na tym, że – używając dzisiejszej nomenklatury – Kopernik żył w związku partnerskim i co jakiś czas należało go za to potępić. Dantyszek, żeby nie psuć dobrych układów, miał tam takiego agenta, kanonika Rejcha, nie mylić z Reich-Ranickim, też agentem. Więc kiedy wypadało potępić Kopernika, Dantyszek pisał list do Rejcha. Rejch potępiał, a Kopernik z Dantyszkiem byli dalej najlepszymi przyjaciółmi. I Dantyszek, i Kopernik rozsławili Polskę w Europie.

Godzien wzmianki jest jeszcze kolejny poeta laureat. Nie był „ożralcem i opilcą”, za późno się urodził (w 1516), lecz w jakimś sensie był duchowym spadkobiercą biesiadnego towarzystwa. To Klemens Janicki, a pośredni wpływ wielkich opilców polegał na tym, że młodym talentem opiekował się sam Dantyszek. W poezji Janickiego czuje się jakiś mistycyzm, który jest zapowiedzią mistycyzmu barokowego, jest to już schyłkowy renesans. Swą doskonałą formą, a i tym, że był czytany, bo Janicki pisał po łacinie, poezja ta również odegrała rolę polityczną.

Wszyscy pamiętamy o Janie Kochanowskim. Jego fraszka Na lipę, a zwłaszcza jego Treny, do dzisiaj nas wzruszają. Ale przecież w wierszach Kochanowskiego jest także zapisany program walki z Turcją, z barbarzyństwem, program przedmurza. O tym pisze Kochanowski i w tekstach łacińskich, i w polskich. To znaczy, że chce, żeby to także dotarło do Polaków i do całej Europy. My patrzymy na Kochanowskiego tylko jak na poetę polskiego, najwybitniejszego do czasów Mickiewicza i tak dalej. A świat poznał go dzięki temu, że pisał po łacinie. Dzięki uniwersalnemu językowi poezja zamieniała się także w siłę polityczną.

Mówiąc o polskiej poezji pisanej po łacinie, nie można pominąć jednego z ostatnich wielkich. Przyspieszając nieco bieg czasu, lecz trzymając się języka Rzymian, przypomnijmy Macieja Sarbiewskiego (1595). Papież Urban VIII nałożył mu wieniec laurowy w 1623 roku, znawcy obwołali go Horacym chrześcijaństwa. To miano przyjęło się na lata. Książkę Sarbiewskiego wydali jezuici – z projektem okładki samego Rubensa! A ile Rubens brał wtedy forsy, jak im było przykro, gdy płacili mu honoraria. Ale był to Horacy chrześcijaństwa, nie wypadało skąpić. Sarbiewskiemu poświęciłem rozdział Z dziejów myśli polskiej. W tym miejscu tylko przypomnę, że jest on jednym z wynalazców naszej filozofii twórczości, że był pierwszym, który powiedział, że poeta tworzy podobnie Bogu – instar Dei. To największa pochwała poezji, jaką wypowiedziano w dziejach. Rolę naszych poetów w kulturze Europy porównać można i trzeba z rolą, jaką odegrała polska filozofia prawa, której mistrz, Paweł Włodkowic, zdobywał laury na soborze w Konstancji. Potem były sukcesy wybitnych jednostek: Kopernika i właśnie Sarbiewskiego – jako poety i jako autora Poetyki, z której nauczano w Europie kilkaset lat. Ten sukces także się przekładał na politykę, budował prestiż Rzeczypospolitej.

Sukcesy polityczne poetów można różnie oceniać, oni siebie też różnie oceniali. Przypomnę najsłynniejszego z Niemców, Johanna Wolfganga Goethego. Mamy w nim geniusza literackiego, Faust to arcydzieło dramatu, Cierpienia młodego Wertera – prozy. Ale jednocześnie Goethe jest geniuszem polityki wewnętrznej i z urzędniczych sukcesów był bardziej dumny niż z laurów literackich. Narzuca się pytanie o tożsamość: kim był? Poetą? Urzędnikiem? Dramaturgiem? Odpowiedź można dać tylko jedną: był Goethem.

Goethe jako poeta żył w świecie Fausta i Wertera, a kiedy szedł na wzgórze Ettersberg, to po to, by pouprawiać miłość i zasadzić dąb. Goethe jako polityk biegł uliczkami Weimaru na dwór księcia, załatwiał różne sprawy, czasami tylko obiecywał – lecz jak pięknie. Następcy tego drugiego Goethego wybudowali na Ettersbergu obóz Buchenwald, w którym wykańczali następców tego pierwszego.

***

Wracając do spraw renesansu, parę słów trzeba powiedzieć o polskim stoicyzmie – miał on wpływ na rycerską waleczność i tym samym na sukcesy polityczne Rzeczypospolitej. Tu trzeba wspomnieć Mikołaja Sępa Szarzyńskiego (1550). On już pisał po polsku, ale pisał genialnie, jeszcze przed Morsztynem był mistrzem sonetu i autorem religijno-filozoficznych wierszy. Żył niestety tylko około trzydziestu lat. On także pisał liryki, które były projektami politycznymi, był apologetą szlacheckiej wolności i zarazem Stefana Batorego. Jako dowód przytoczę:

 

Niebo koroną, mężnym ojczyzna go zowie,

A my go wyznawamy królem, Sarmatowie.

Bóg, ojczyzna, postronni tak go zdobią społem,

Że mu inszym nie trzeba sławić się tytułem.

Lecz nam tuszy ten umysł, każdej cnoty żyzny,

Iż go ojcem nazowiem tej nowej ojczyzny.

 

Oczywiście język jest renesansowy, ale zauważcie, że najwyższe wartości, które tu są wymienione – Bóg, Ojczyzna i męstwo – to filary kultury sarmackiej. Wzorzec rycerza jest lansowany też w innych tekstach Sępa. Poeta jest również autorem nagrobka Stanisława Strusia. W naszej historii było dwóch wybitnych Strusiów. Starszy, Stanisław, i młodszy, Mikołaj. Było też kilku krewnych mniej sławnych, także rycerzy. Dramat polega na tym, że wszyscy oni wyginęli. Mikołaj był ostatni.

Myślę, że to jest jeden z kluczy do naszej historii: w tamtych czasach nie wyobrażano sobie lepszej śmierci niż śmierć na polu bitwy, śmierć rycerska. To jedna z ważnych przesłanek rycerskiej waleczności – i sukcesów Rzeczypospolitej, która była wciąż krajem frontowym, krajem przedmurza. Pod poezją Sępa Szarzyńskiego kryje się definicja człowieka jako istoty uczuciowej, lecz nad uczuciami panującej, rozumnej, lecz rozumiejącej konieczności, definicja rodem ze stoicyzmu. To stoicy pierwsi radzili dzielić rzeczy na te, na które mamy wpływ, i na te, na które wpływu nie mamy. Nie porywać się na to, co nieuchronne, ale realizować swą wolność tam, gdzie możemy i dopóki możemy.

Czasy sarmackie były podszyte stoicyzmem, bohaterami Polaków byli Seneka i Marek Aureliusz. Nasi filozofujący poeci wiedzieli, że trzeba się pogodzić z nieuchronnością śmierci. I jest tylko problemem człowieka, jak zorganizować to życie, żeby było piękne, bohaterskie, pełne miłości. No a obżarstwo i opilstwo też służą ozdobie życia… Rycerska śmierć uchodziła za najwspanialszą pointę życia, popularność zdobyła opowieść o rycerskim władcy, który tracąc już życie, ślepy, kazał przywiązać się do konia, by skoczyć do bitwy i zginąć. Nawet jeśli ta historia nie jest w stu procentach prawdziwa, to na pewno jest symbolem rycerskiego pojmowania życia. Inne recepty, jak je mądrze zakończyć, raczej się nie przyjęły. Śmierć Sokratesa czy śmierć Petroniusza zostały wymuszone. Nie została też doceniona rada wybitnego filozofa francuskiego Ernesta Renana, by życie skończyć po męsku i pięknie – orgazmem na łonie kobiety. Kończąc ten wątek, mogę państwu tego życzyć, wszystkim – z wyjątkiem pań.

***

Późniejszym echem stoicyzmu jest wiersz Józefa Relidzyńskiego, który mówi o wielkości śmierci, napisana w 1916 roku Modlitwa o dobrą śmierć. Wiersz ten jest znany także pod tytułem Modlitwa o śmierć na polu bitwy. Bohaterami są młodzi legioniści. Tak jak ich sarmaccy przodkowie modlą się o rycerską śmierć. Jak gdyby kultura sarmatyzmu się nie zmieniła. Trwa model życia, model miłości, nawet model śmierci. Zauważmy, że ten sarmacki etos przetrwał Polskę, a potem ułatwił jej odbudowę. Bo przecież twórcą w stylu postsarmackim jest Juliusz Słowacki – dowodzi tego Ksiądz Marek, dowodzi odwołanie się do konfederacji barskiej, ale dowodzi także obrona liberum veto. Ja nie wiem, czy poeta byłby po stronie Konstytucji 3 maja. Ale nie byłby w obozie Targowicy. Myślę, że znalazłby wspólny język z Adamem Rzewuskim – piewcą ustroju republikańskiego. Gdy mowa o twórczości Słowackiego, trzeba wspomnieć o filozoficznym podłożu poezji. Wielu jego utworów się nie zrozumie, nie pamiętając, że wciąż trwa wędrówka dusz, co wyjaśnia twierdzenie Słowackiego, które miano mu za złe: zanim ludzie przemienią się w aniołów, to muszą być najpierw Polakami. Po prostu, Polak to byt pomiędzy, to jest ten szczebel między małpą a aniołem, który trzeba przejść. To demokrata. Polskość jest tutaj rozumiana jako jakość życia jednostki i wspólnoty, to nie szowinizm, nie rasizm. Nie, że jesteśmy narodem wybranym, bo dogadaliśmy się z Jehową na pustyni, tylko w wyniku własnej, ciężkiej, lecz mądrej pracy politycznej. Jeżeli mówimy o kulturze sarmackiej, to trzeba tutaj powiedzieć o jej schyłku, ale i o trwałości i powtarzalności. Słowacki napisał także pieśń zawartą w Księdzu Marku – Hymn konfederatów barskich. To jego wersja. Prawdziwy hymn brzmiał nieco inaczej:

 

Stawam na placu z Boga ordynansu

Rangę porzucam dla nieba wakansu

Dla wolności ginę, wiary swej nie minę.

Ten jest mój azard.

 

Krzyż mi jest tarczą, a zbawienie łupem,

W marszu nie zostaję, choć i padnę trupem.

Nie zważam, bo w boju –

Dla duszy pokoju

Szukam w Ojczyźnie.

 

Tytuł brzmiał z rzymska: Odważny Polak na marsowym polu.

Słowacki nadał temu utworowi formę bardziej czytelną i bardziej wówczas aktualną. Niestety aktualną do dzisiaj.

 

Nigdy z królami nie będziem w aliansach,

Nigdy przed mocą nie ugniemy szyi;

Bo u Chrystusa my na ordynansach –

Słudzy Maryi!

 

Więc choć się spęka świat, i zadrży słońce,

Chociaż się chmury i morza nasrożą;

Choćby na smokach wojska latające,

Nas nie zatrwożą.

 

Bóg naszych ojców i dziś jest nad nami!

Więc nie dopuści upaść żadnej klęsce;

Wszak póki on był z naszymi ojcami,

Byli zwycięzce!

 

Jest to pieśń wojskowa, pieśń ludzi oddających życie za ojczyznę. Jest to pieśń ludzi – dzięki swojej wierze – niezwyciężonych, bohaterskich. Powiedziałem, niestety… Korzystając z prawa do słusznej dumy, chcę przypomnieć konfederacką pieśń, którą napisałem wcześniej, ale dedykowałem przyjaciołom z Konfederacji Polski Niepodległej. Myślę, że nie zapomnieli jej konfederaci obecni na słynnym zjeździe u Adama Słomki w Ustroniu, którzy siedzieli wtedy przy ognisku, rozmawiali i śpiewali. W pewnym momencie ktoś rozdał maszynopisy:

 

Stawam na placu na Boga rozkazy.

Na Jego sroższe niźli śmierć wezwanie.

I wiem, że choćbym padł po wiele razy,

Śmierć mnie nie złamie.

 

Tyś, Panie, tarczą. Tyś nam i ostoją.

W Twym ręku klęska, w Twoim i zwycięstwo,

Lecz daj nam, Panie, raczej umrzeć stojąc,

Niźli żyć klęcząc.

 

Wzleciał nasz orzeł skrzydły skrwawionemi,

I lecieć musi, choć bolą złamane.

Bo gdy upadnie, czeka go na ziemi

w mroku pełzanie.

***

W tym miejscu warto zwrócić uwagę na paradoks, iż są teksty – pieśni i wiersze – włączone do kultury w sposób tak doskonały, że nie pamiętamy o ich rodowodzie. Jest rzeczą zaskakującą, że za twórcę najpopularniejszej pieśni Powstania Listopadowego, Warszawianki, czasami uchodził Karol Sienkiewicz, a w rzeczywistości stworzył ją Jean-François Casimir Delavigne, Francuz. Myśmy dorobili do tego melodię. I ta pieśń stała się pieśnią powstania. Do czasu konkurencji z zupełnie inną Warszawianką pozostawała jedynym utworem pod tym tytułem.

To zjawisko dawało się zaobserwować także w Marcu ’68, także w czasie gdy wybuchła „Solidarność” i stan wojenny. Gdy brakuje literatury własnej, kultura posługuje się przeróbkami, zapożyczeniami, liczy się nie forma, nie pochodzenie, lecz wartości. Czasami mamy nawet do czynienia z etycznymi niespodziankami: nowe sensy zostają nadane przez to, że zapomina się o rodowodzie utworów. Kontekst wydarzeń nadaje nowe znaczenia, wypierając znaczenia poprzednie. Jako najbardziej wymowny przykład chcę przywołać wiersz, który państwo znacie i śpiewaliście:

 

Boże, coś Polskę przez tak liczne wieki

otaczał blaskiem potęgi i chwały

i tarczą swojej zasłaniał opieki

od nieszczęść, które przywalić ją miały.

Przed Twe ołtarze zanosim błaganie,

Naszego Króla zachowaj nam, Panie.

 

Ty, coś na koniec nowymi ją cudy,

wskrzesił i sławne z klęsk wzajemnych w boju

Połączył z sobą dwa braterskie ludy

pod jedno berło Anioła pokoju.

Przed Twe ołtarze zanosim błaganie,

Naszego Króla zachowaj nam, Panie.

 

Anioł pokoju to jest car Aleksander I. Pieśń została napisana przez Alojzego Felińskiego, dla uczczenia cara Aleksandra Romanowa, prezentowana była w dzień imienin carowej matki – Marii Fiodorowny. Pamiętać jednak trzeba, że był to jeszcze czas złudzeń, gdy istniała orientacja prorosyjska, a Adam Jerzy Czartoryski i Tadeusz Kościuszko z Henrykiem Dąbrowskim zastanawiali się, czy trzymać się z Napoleonem, czy może przeskoczyć na stronę cara. W pewnym momencie złudzenia te prysły. Dlatego przeczytam coś, co jest mało znane. Sam nie wiem, gdzie to znalazłem. Otóż Feliński przed śmiercią dopisał do swej pieśni jeszcze jedną strofę.

 

Niedawnoś zabrał wolność z polskiej ziemi,

A łez, krwi naszej popłynęły rzeki,

Jakże okropnie tu musi być z temi,

Którym ty wolność odbierzesz na wieki.

 

Być może jest to apokryf, być może pod koniec życia próbował naprawić swój błąd. Ta nowa strofa jednak się nie przyjęła. Zbiorowa pamięć postąpiła prościej: zapomniała, dla kogo utwór powstał, śpiewano go przeciw Rosji.

Okupanci też nie mieli złudzeń. Wykonywanie tej pieśni w kościołach zostało zakazane przez władze rosyjskie w Warszawie w 1862 roku – rok przed wybuchem Powstania Styczniowego. Już rok później była śpiewana przez powstańców. Otrzymała wtedy nową nazwę: Marsylianka powstańcza albo Marsylianka polska.

Cofając się w czasie, przypomnijmy, że w Powstaniu Listopadowym śpiewano pieśń, która też aspirowała do miana hymnu, mianowicie Mazurek Trzeciego Maja:

 

Witaj, majowa jutrzenko,

Świeć w naszej polskiej krainie.

Uczcimy ciebie piosenką,

przy hulance i przy winie.

Witaj Maj, piękny Maj!

U Polaków błogi raj.

 

Gdzieś dalej w tekście pojawi się nawet Hugo Kołłątaj. Autorem pieśni jest Rajnold Suchodolski, brat słynnego malarza. Gdyby powstańcy listopadowi wygrali, może utwór ten byłby nowym hymnem. Nie pamięta się, ile było naruszeń praw i wolności przy uchwalaniu tamtej konstytucji, nie pamięta się żadnej z jej uchwał – ani tych ograniczających wolności, ani tego, że wprowadzała monarchię dziedziczną. Liczy się to, że była manifestacją wolności, to, że przeciwko niej skrzyknęli się zdrajcy z Targowicy. 3 Maja to konstrukcja naszych sumień, znamy ją w wersji poetów, nie w wersji prawników. Wierzymy Suchodolskiemu, wierzymy Mickiewiczowi – z autentycznym wzruszeniem i płomiennym filosemityzmem czytamy Koncert Jankiela.

Znamy i bardziej współczesne przykłady.

Przyjmuje się niektóre wiersze i pieśni śpiewane przez Gwardię Ludową, a potem przez chóry PPR i PZPR za autentyczne, tyle że lewicowe. Dzieje się tak dlatego, że udający polską lewicę prosowieccy komuniści zawłaszczyli nie tylko dawne hasła polskiego socjalizmu, ale i dawną poezję.

My kojarzymy sobie klasową wizję świata właściwie dopiero z Karolem Marksem, a jeszcze bardziej może z naszymi tłumaczami Karola Marksa, wśród których był jeden z najwybitniejszych naszych myślicieli – Ludwik Krzywicki. To są lata osiemdziesiąte XIX wieku, tymczasem ta klasowa interpretacja pojawia się znacznie wcześniej, choć przeważa potępianie apologetyki „dołów” społecznych wyrzynających w imię klasowych wartości elity, przeważa potępienie nienawiści dzielącej Polaków – więc osłabiającej Polskę. Tu trzeba wspomnieć Chorał napisany przez Kornela Ujejskiego po rzezi galicyjskiej. To jest pieśń potępiająca chłopów, ale jednocześnie wskazująca inspiracje obcej polityki – stąd słynne powiedzenie Jarosława Kaczyńskiego, że „inni szatani byli tam czynni”.

Trudno powiedzieć, że jako odpowiedź, ale jako uwzględnienie przeciwnej postawy pojawia się dokładnie rok później wiersz Gdy naród do boju Gustawa Ehrenberga. Jest to wiersz nie tylko klasowy, ale tak długo słuszny, że potem przyjmie go za swój hymn komunistyczna Gwardia Ludowa, a potem Armia Ludowa. Pamiętam z dzieciństwa, jak na akademiach to śpiewano:

 

Gdy naród do boju wystąpił z orężem,

panowie o czynszach radzili.

Gdy naród zawołał: „umrzem lub zwyciężym!”,

panowie w stolicy bawili.

(…) Armaty pod Stoczkiem zdobywała wiara

rękami czarnymi od pługa,

panowie w stolicach kurzyli cygara (…)

Lecz kiedy wybije godzina powstania,

magnatom lud ucztę zgotuje,

muzykę piekielną zaprosi do grania,

a szlachta niech wtedy tańcuje.

 

To jest ideologia marksizmu w pigułce, ale… na długo przed znajomością marksizmu w Polsce. To tendencyjne potępienie „panów”, pasożytniczej i właśnie niepatriotycznej klasy, i mamy apologię „ludu” – w którym skupione są wszystkie plusy i wartości etyczne. Abstrahując od uproszczenia, mógłby to być projekt ogólnonarodowy. Jest jednak jeszcze coś: obietnica zemsty klasowej. Nienawiść i mordowanie jako program – to, co potem spełnią bolszewicy w Rosji. Przeprowadzając rozprawy „sądowe”, nie pytali o winy, o rodzaj zbrodni, tylko o pochodzenie klasowe. To był już oficjalny program rewolucji: eliminacja fizyczna. Ludzi traktowano jako pojemniki wartości – likwidując pojemniki, likwidowano wartości.

***

Korzystając z możliwości wędrówek w czasie, złóżmy ukłon dwóm wielkim twórcom sarmackiej kultury: Wacławowi Potockiemu, autorowi Wojny chocimskiej, i młodszemu nieco Wespazjanowi Kochowskiemu, który oprócz Psalmodii zostawił niedokończone Pieśni Wiednia wybawionego, i przejdźmy do poezji, która towarzyszyła powstaniom. Przypomnieć trzeba autora jednego z najpopularniejszych pieśni Powstania Styczniowego, Hej strzelcy wraz!, Władysława Ludwika Anczyca. Warto też wspomnieć nazwisko Mieczysława Romanowskiego. Z Romanowskim jest podobnie jak z Krzysztofem Kamilem Baczyńskim – obydwaj giną na początku powstańczych walk, ich najpiękniejsze wiersze powstają wcześniej. Jeden i drugi opisują czekanie na walkę – tym samym niejako przygotowują powstania.

Taka jest rola poety – kronikarza historii; odruchowe utrwalenie, uwiecznianie zdarzeń, osób i wartości – przenoszenie ich w sferę sacrum, która jest ponadczasowa i każde następne pokolenie może do niej sięgnąć – po poezję konfederacji barskiej, polskiego renesansu, Powstania Styczniowego. Ten skarbiec czy arsenał wciąż istnieje, wciąż czeka. Jest wieczny – przynajmniej na tyle, na ile wieczny jest naród, wieczni są ci, którzy są w stanie odczytać przesłanie tej poezji.

***

W programy polityczne poetów były wpisywane wizje przyszłości – plany i sensy przyszłych działań. Czasami w formie znaków zapytania. Pytajnikiem był przecież krótki wiersz, w którym idący krzyczą: „Polska, Polska”, a Pan Bóg im odkrzykuje: „Polska, ale jaka”? Na pozór wydaje się, że Słowacki nie wie, jaka Polska. Ale on ma właśnie ten projekt, że trzeba być najpierw Polakiem, najpierw wcielać wolność, najpierw mieć skrzydła – a potem latać.

Wspominałem Pana Tadeusza. Z pewną przesadą rzec można, że piłsudczycy, odbudowując Drugą Rzeczpospolitą, ściągali trochę z Pana Tadeusza. Nawet jeśli go nie znali i nie wiedzieli, że ściągają. Bo tam mamy receptę na polskość. Tam mamy wszystko. Opis zaścianka, zajęć codziennych, strojów, obyczajów, tańców, wesela. Mamy, co ważne, pewien etyczny obyczaj, który nam się do dzisiaj odbija czkawką i nie wiemy, co mamy z nim zrobić. Mianowicie, co zrobić z nawróconym św. Pawłem. Niby Ewangelie mówiły, co się stało naprawdę: był drań, ale się nawrócił. Ale potem, u Sienkiewicza, mamy Kmicica. We wspomnianym Panu Tadeuszu mamy księdza Robaka, który przecież był mordercą. On zastrzelił Stolnika. I tam mamy piękną scenę, gdy darowuje mu się winy, rozkazem najwyższych wodzów. Cofa się infamię – jako karę wygnania i pozbawienia imienia – bo on to odkupił.

I teraz problem polityczny na lata późniejsze. Jak mówiłem, II Rzeczpospolita, łącznie z architekturą, była odbudowywana na podstawie polskiej literatury romantycznej. Może mniej w sensie dosłownym, warsztatowym, bardziej w sensie aksjologicznym: literatura dostarczała wzorów tożsamości. Jednym z wzorów miał być dworek szlachecki – wzór architektury dworkowej realizowany był nawet na dworcach kolejowych. Co druga stacja to dworek szlachecki. Pruszków, Błonie, Żyrardów – eleganckie, z kolumienkami. Wraca też romantyczne szukanie źródeł polskości w&

Opinie o produkcie (0)

do góry

Zamknij X W ramach naszego serwisu stosujemy pliki cookies. Korzystanie ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym.

Sklep jest w trybie podglądu
Pokaż pełną wersję strony
Sklep internetowy Shoper.pl