Niech nam żyje Pani Major Barbara Piotrowska-Gancarczyk, sanitariuszka „Pająk”! Urodzinowy wiwat dla Bohaterki Powstania Warszawskiego, Damy Orderu Virtuti Militari!

Nasi autorzy

Niech nam żyje Pani Major Barbara Piotrowska-Gancarczyk, sanitariuszka „Pająk”! Urodzinowy wiwat dla Bohaterki Powstania Warszawskiego, Damy Orderu Virtuti Militari!

Niech nam żyje Pani Major Barbara Piotrowska-Gancarczyk, sanitariuszka „Pająk”! Urodzinowy wiwat dla Bohaterki Powstania Warszawskiego, Damy Orderu Virtuti Militari!

Dziś świętujemy 103 urodziny wyjątkowej kobiety. W 1941 r. 18-letnia Barbara Piotrowska weszła w struktury konspiracyjne, stając się łączniczką prof. Stefana Bryły. (dyrektora Departamentu Robót Publicznych i Odbudowy w Delegaturze Rządu Londyńskiego, wykładowcy tajnego nauczania dla studentów Politechniki Warszawskiej). Po zdaniu (oczywiście tajnie) matury studiowała konspiracyjnym Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej łącząc studia z działalnością w strukturach konspiracyjnych AK i z przygotowywaniem się na kursach pielęgniarskich do pełnienia funkcji sanitariuszki. Kiedy wybuchło Powstanie nie zawiodła, zapisując nieprawdopodobnie bohaterską kartę w historii Walczącej Warszawy… Była jedną z powstańczych sanitariuszek, które uratowały z płonącej katedry św. Jana Cudowny Krucyfiks z Kaplicy Baryczków…Zapraszamy do lektury poruszającego wywiadu, którego Dama Orderu Vitruti Militari udzieliła dr Monice Makowskiej. To niesamowita opowieść o odwadze, poświęceniu i bohaterstwie która nie daje o sobie zapomnieć...

MM: Jak Pani zapamiętała pierwsze godziny, dni Powstania? Początkowo pełniła Pani służbę w Śródmieściu…

Mjr Barbara Piotrowska-Gancarczyk: O koncentracji oddziałów powstańczych dowiedziałam się 1 sierpnia ok. godz. 11.00 właśnie od Zbyszka, który udawał się na swoje miejsce zbiórki w Śródmieściu. Nie wiedziałam wówczas że to nasze ostatnie spotkanie, że Zbyszek zginie już 8 sierpnia podczas ataku na Małą Pastę… W każdym razie ja i moja koleżanka z „Wigier” Janka Gruszczyńska (ps. Janka) wiedziałyśmy że o godzinie W mamy się stawić w punkcie koncentracji na ul. Kilińskiego 1 na Starym Mieście; to było mieszkanie mojego wykładowcy prof. Stanisława Hempla, tam było miejsce zbiórki dla sanitariuszek i łączniczek, chłopców z nami nie było. Dotarłyśmy z Janką na miejsce na 15 minut przed godziną W. Jednak następnego dnia dowiedziałyśmy się że powstanie się nie powiodło (oczywiście nie była to prawda) i że chłopcy z „Wigier” mają wycofać się na Wolę, a później do Puszczy Kampinoskiej po broń, a dziewczęta mają się rozejść do domów; część z naszych chłopców dołączyła na Woli do batalionów „Zośka” i „Parasol”; walczyli wraz z nimi; po upadku Woli przedarli się z powrotem na Stare Miasto; nasz dowódca kapitan „Trzaska” [Eugeniusz Konopacki], stryj „Wisi”, przeprowadził wówczas reorganizację dołączając tzw. „drugi rzut” „Wigier” i objął dowództwo nad całością. W każdym razie tego 2 sierpnia byłyśmy bardzo zawiedzone, by byłyśmy w pełnej gotowości do powstania; miałyśmy apteczki, odpowiednie ubranie, a tu komunikat że trzeba się rozejść…Zaczęłyśmy więc po kolei wychodzić tak po dwie z tego domu na Kilińskiego. Wyszłam wtedy z „Janką” i z „Isią” (Maria Sielużycka-Czermińska). Chciałyśmy się przedostać na Plac Napoleona do mojej ciotki. Na Kilińskiego zostawiłyśmy apteczki i biało-czerwone opaski, żeby się nie narażać w razie spotkania z Niemcami i skierowałyśmy się na Podwale i ulicę Kozią; jednak na rogu Koziej i Trębackiej stał niemiecki czołg, a przy nim załoga w pełnym umundurowaniu i uzbrojeniu na pozycjach. Niemcy nas zauważyli, tak więc niebezpiecznie byłoby uciekać, bo na pewno zaczęliby strzelać, więc podeszłyśmy do tego czołgu. Oni zobaczyli trzy młode, ładne dziewczyny, więc zaczęli do nas zagadywać i wypytywać gdzie idziemy; wiedzieli już że powstanie wybuchło. Janka bardzo dobrze mówiła po niemiecku, zatem powiedziała że powstanie zastało nas na Starym Mieście i chcemy po prostu przedostać się do domu. W każdym razie Niemcy nie nabrali podejrzeń; nie puścili nas przez Krakowskie Przedmieście mówiąc że tam jest ostrzał i skierowali nas na Plac Piłsudskiego [wówczas Adolf Hitler Platz]. Tam oczywiście po prawej stronie był sztab niemiecki, a Pałac Saski był zajęty przez niemieckie dowództwo; było tam pełno żołnierzy Wehrmachtu, SS-manów, więc przestraszyłyśmy się że nas złapią i wycofałyśmy się w stronę Placu Bankowego. Na Senatorskiej – kolejny czołg, taka sama gadka z Niemcami. Poczułyśmy się bezpieczniej bo po drodze spotykałyśmy cywilów – starsze osoby, jakieś kobiety z dziećmi… Tych ludzi jak na razie Niemcy nie zaczepiali i jeszcze mogli się swobodnie się przemieszczać. I tak doszłyśmy do Placu Bankowego, a tam odłączyłyśmy się i poszłyśmy w kierunku Marszałkowskiej. Niestety Niemcy widocznie już nabrali podejrzeń, bo zaczęli do nas strzelać z kierunku Ogrodu Saskiego; cofnęłyśmy się i nie szłyśmy już otwartą drogą tylko przez podwórka. Chciałyśmy przejść przez Marszałkowską ale to było niemożliwe; jeździły tam czołgi, była potężna strzelanina, tak więc musiałyśmy się wycofać. Zostałyśmy zatem w Śródmieściu. Akurat w tym rejonie, przy ul. Mariańskiej, mieszkali moi znajomi, więc postanowiłyśmy się u nich zatrzymać, skoro nie mogłyśmy dostać się do mojej ciotki. Początkowo przez moją znajomą u której się zatrzymałyśmy dostałyśmy się do pomocy najpierw do organizacji punktu sanitarnego; zbierałyśmy wyposażenie medyczne wśród ludności cywilnej – ludzie byli bardzo ofiarni, niczego nie żałowali. Dwa dni później „Isię” i mnie przydzielono jako sanitariuszki do pomocy w szpitalu w Śródmieściu; „Janka” rejestrowała chorych. Dostałam pod opiekę pokój z rannymi – to byli ci, którzy walczyli o Małą Pastę… Pamiętam trzech młodych powstańców – jeden po amputacji ręki, drugi – z przestrzeloną szczęką, trzeci – poparzony po wybuchu bomby fosforowej… Zaczęły się bombardowania Śródmieścia, szpital trząsł się od wybuchów, nie było jak znosić naszych ciężko rannych do piwnic… Za każdym razem zostawałyśmy przy nich. Wtedy już było dla nas jasne, że powstanie nie upadło, ze nadal toczą się walki. Chciałyśmy dostać się do jakiegoś oddziału AK w Śródmieściu, bo byłyśmy przygotowane do służby na linii bojowej; nie wiedziałyśmy wówczas co się dzieje z „Wigrami”. Spotkałam wtedy moją koleżankę Wandę Krysiewicz ps. „Janicka”; służyła jako sanitariuszka w jednym z oddziałów w Śródmieściu. Obiecała nam że porozmawia ze swoim dowódcą i że nas prawdopodobnie przyjmą. I tak się stało, dowiedziałyśmy się że możemy do nich przejść. Postanowiłyśmy jednak pójść jeszcze na Starówkę po nasze apteczki, które zostały na Kilińskiego – to był tydzień odkąd pełniłyśmy służbę w Śródmieściu. Kiedy przyszłyśmy na Stare Miasto okazało się że nasi chłopcy przedarli się z Woli, że „Wigry” w dalszym ciągu działają, ale powiedziałyśmy że umówiłyśmy się w Śródmieściu, że mamy tam przydział, bo nie wiedziałyśmy co się dzieje z „Wigrami”; na początku powstania były przecież sprzeczne komunikaty. Więc wzięłyśmy z Janką i z Isią nasze apteczki i plecaki z Kilińskiego i poszłyśmy z powrotem na ten Plac Bankowy; w ruinach Banku Polskiego zatrzymali nas chłopcy z powstańczego posterunku, którzy powiedzieli nam że już przejścia ze Starówki do Śródmieścia nie ma, że tam są Niemcy, więc nie przejdziemy. Nie było zatem wyjścia - wróciłyśmy na Starówkę i już do końca byłyśmy w „Wigrach”.

8 sierpnia, już na Starym Mieście została Pani przydzielona do ochrony Sztabu Generalnego AK. Czy udało się Pani poznać generała „Bora” i inne osoby z dowództwa?

Tylko z widzenia. Natomiast udało mi się poznać ojca Tomasza Rostworowskiego, kapelana Sztabu. Fantastyczna postać! Był nie tylko kapelanem, ale i ratownikiem wojskowym, służył powstańcom bezpośrednio pomocą, wynosił ich spod gruzów, odkopywał, ratował... pełnił nie tylko służbę kapelana, robił wszystko co mógł… Oczywiście odprawiał też Msze św., spowiadał, udzielał sakramentów... to był wspaniały kapłan. Generała „Bora” osobiście nie poznałam, pamiętam jednak koncert który ojciec Rostworowski urządził w budynku szkoły na Barokowej, tam gdzie mieściła się Komenda Sztabu Generalnego AK (na Długą komenda przeszła później). Ojciec Rostworowski świetnie grał na fortepianie, znakomicie też śpiewał. Urządził ten koncert dla nas z „Wigier” i jeszcze dla jednego oddziału AK… może to byli ci z „Bończy”. Okazało się, że generał Bór-Komorowski i cały jego sztab też byli zaproszeni, jednak siedzieli z pewnym oddaleniu od nas, młodych żołnierzy. To było w Sali gimnastycznej tej szkoły; ojciec Rostworowski zasiadł do pianina (fortepianu tam nie było), myśmy śpiewali, wytworzył się bardzo wesoły nastrój, zupełnie nie wojenny… Tak więc wyglądało moje spotkanie z dowództwem, jednak nie zamieniłam ani słowa z generałem. Ojciec Rostworowski do końca pozostał na Starówce.

Rozumiem. I w tym momencie chciałam się zapytać o tę najbardziej poruszającą powstańczą akcję w Pani życiu, czyli o uratowanie figury Cudownego Pana Jezusa z Kaplicy Baryczków z warszawskiej Katedry...

To było tak: „Wigry” miały w katedrze posterunek, pełniliśmy tę służbę od 12 do 28 sierpnia, z tym że co 24 godziny zmieniał nas Pluton 11/12 i oddziały z batalionu „Bończa”. My pełniliśmy służbę w dni parzyste. Katedra była silnie atakowana przez Niemców; oni byli na Placu Zamkowym już od 10 sierpnia; zajmowali też Pałac pod Blachą, poza tym byli też pod skarpą. I z tamtej strony szły ataki – Niemcy chcieli zająć Stare Miasto. Przed 10 sierpnia to jeszcze nawet ruiny Zamku Królewskiego były w naszych rękach… W każdym razie Niemcy atakowali zarówno od Placu Zamkowego i Świętojańskiej, jak i od Skarpy, a także od placu Kanonii – na tyłach prezbiterium… My broniliśmy Katedry; na Świętojańskiej i Jezuickiej były ustawione dwie barykady, żeby Niemcy nie mogli się przebić. Ataki też szły od strony Kanonii; kamieniczki na tym placyku były już wtedy wypalone, ludzie pouciekali. Niemcy podchodzili też od strony Skarpy i nas ostrzeliwali. Była taka barykada na ulicy Jezuickiej sięgająca aż do tego domu, który sąsiaduje z Katedrą; broniliśmy tej barykady; chłopcy z „Wigier” wzmocnili ją blachą, która podczas pożaru spadła z dachu katedry… Tam też byli ranni z tych walk; często trzeba było ich przenosić do punktów sanitarnych pod silnym ostrzałem, przedzierając się przez zwały gruzu sięgające wysokości pierwszego piętra… A jak doszło do uratowania figury Pana Jezusa? Otóż 16 sierpnia pełniłam wraz z sanitariuszką „Teresą” (Teresa Potulicka-Łatyńska) służbę podczas walk o katedrę. Tego dnia był dość silny niemiecki atak; Niemcy podchodzili od Placu Zamkowego nie tylko Świętojańską, ale też od Dziekanii; tam była galeryjka łącząca Zamek z Katedrą… Na ulicy Jezuickiej miałyśmy urządzony punkt sanitarny w niewielkim pokoju w jednym z budynków przy samej Katedrze; tam był taki przelot z którego można z Jezuickiej przejść na samo podwórko w miejscu dokładnie między Katedrą a sąsiednim budynkiem. W czasie Powstania w ścianie od podwórza po stronie kościoła ojców Jezuitów był zrobiony duży otwór przez który można było przejść. W każdym razie tą drogą przenosiłyśmy rannych do tego pokoju i tam robiłyśmy opatrunki; był tam też skład materiałów medycznych. W pewnym momencie zauważyłyśmy z koleżanką że coś się dzieje, że jakieś dwie staruszki i ksiądz noszą kubły z piaskiem do katedry żeby gasić pożar. Zatem podeszłyśmy, wzięłyśmy wiadra od tych starszych pań i same zaczęłyśmy pomagać księdzu gasić pożar; Katedra płonęła żywym ogniem – paliła się prawa nawa od strony Dziekanii, podobnie jak kamieniczki wzdłuż całej tej ulicy. Niemcy celowo je podpalili, żeby się dostać do Katedry. Płonęła zatem cała ulica Dziekania, ogień przerzucał się na Katedrę, a co więcej Niemcy obrzucali ją granatami zapalającymi. Tego dnia nie bombardowali jej z samolotów, bo to było za blisko ich pozycji. Pamiętam że wtedy już zaczął się palić dach nad prezbiterium, płonęła też prawa nawa, ogień się przenosił do środka katedry. Widziałam że w kaplicy Literackiej były złożone różne dokumenty i całe stosy ciekawych książek – głównie z dziedziny historii sztuki… Lewa nawa jeszcze nie płonęła, jednak ogień z dachu dostawał się do prezbiterium, które sąsiadowało z kaplicą Pana Jezusa. Pamiętam że pomagałyśmy jednemu z księży zasypywać piaskiem stalową pokrywę osłaniającą wejście do krypty; tam w podziemiu były złożone najcenniejsze skarby z Katedry - złote naczynia liturgiczne, obrazy, najcenniejsze rzeźby [ocalały, przetrwały wysadzenie katedry w powietrze, Niemcy ich nie znaleźli – przyp. red. ]… Potem szłyśmy wzdłuż lewej nawy, nie objętej jeszcze wówczas pożarem i zauważyłyśmy księdza stojącego na ołtarzu w kaplicy Baryczków; próbował zdjąć krzyż z Panem Jezusem. Podbiegłyśmy do tego kapłana, który dość długo się z tym krzyżem mocował, jakoś nie mógł go zdjąć. W końcu zdjął samą figurę, która jak się okazało była na krzyżu zawieszona na hakach, więc dość łatwo można było ją podnieść. Jednak zeskoczenie z taką ciężką rzeźbą byłoby ryzykowne, więc ten ksiądz (dopiero po wojnie dowiedziałam się że nazywał się Wacław Karłowicz) po prostu podał nam Pana Jezusa na ręce. I tak razem – my dwie dziewczyny i ksiądz wynieśliśmy Go z katedry przez drzwi po lewej stronie kaplicy. Figura była bardzo ciężka; kiedy wróciła do odbudowanej Katedry niosło ją pięciu silnych mężczyzn… Tak więc wynieśliśmy figurę bocznymi drzwiami kaplicy – pamiętam że był tam korytarz, schodki, na dół się schodziło, bo ten ołtarz był wyniesiony dość wysoko. Dalej szliśmy chyba przez zakrystię i wyszliśmy na ulicę Jezuicką, tam gdzie była nasza barykada; trzeba było ostrożnie iść bo Niemcy ostrzeliwali nasze pozycje. Doszliśmy do pierwszej bramy po lewej stronie, to była ta brama przelotowa, która łączy budynek katedry z sąsiednim. Tam w tej bramie położyliśmy figurę na ziemi. Przysiadłam koło niej. Ksiądz Karłowicz zaczął odłączać ręce figury od korpusu, żeby ją łatwiej było przenieść. Zupełnie nie pamiętam jak one były zamontowane… Pamiętam że siedziałam przy tej figurze i miałam tak blisko Głowę Chrystusa – tuż przy moich kolanach… To było niesamowite wrażenie, bo jak do tej pory zawsze widziałam ją z daleka, a tu było widać wyraźnie twarz i te niesamowicie wyraziste rysy… Przed wojną nieraz chodziłam z mamą do tej kaplicy i znałam legendę o tym że  włosy Pana Jezusa rosły i że jakaś dzieweczka je obcinała, a potem przestały rosnąć… Teraz na walczącej Starówce miałam tę figurę przy sobie i przyglądałam tym włosom… Rzeczywiście były prawdziwe, ale przyprószone jakimiś kawałkami gruzu, kurzem, brudem, zmierzwione, bo przecież sypało się ze sklepienia katedry. To był moment który bardzo mocno utkwił mi w pamięci… Ksiądz Karłowicz w końcu odłączył ręce i ponieśliśmy figurę dalej, bo wiadomo było że w płonącej katedrze nie może zostać. Dołączył do nas jakiś chłopak, też powstaniec z biało-czerwoną opaską na ramieniu i pomógł nam nieść; nigdy się nie dowiedziałam jak się nazywał i z którego był oddziału, w każdym razie nie z „Wigier”. Nie wiem nawet czy przeżył Powstanie… Szliśmy dalej przez podwórze oo Jezuitów, pośrodku był jakiś cmentarz, doszliśmy do kamienicy, też należącej do Jezuitów, zagradzającej to podwórze od pewnej strony i tam weszliśmy do piwnic. Nieraz wcześniej chodziłyśmy tam z Teresą, bo tam można było zagrzać jakąś herbatę czy przygotować posiłek; czasami nas ojcowie Jezuici częstowali jakąś zupą. Wtedy tam było w tych piwnicach bardzo dużo ludzi, trudno było przejść. Ja zatem szłam pierwsza niosąc te ręce i mówiłam że niesiemy Pana Jezusa z Katedry i proszę o zrobienie przejścia… Ludzie się rozstępowali, niektórzy płakali, inni się modlili… to było bardzo wzruszające. Ta figura była znana jako cudowna… Więc szliśmy cały czas piwnicami aż do Rynku Starego Miasta; w czasie Powstania były tamtędy zorganizowane drogi podziemne poprzebijane w piwnicach… Więc pamiętam tą drogę podziemną – ja z tymi Rękami, a figurę niósł ksiądz z tym chłopakiem. W ostatniej piwnicy przekazałam ręce jakiemuś cywilnemu starszemu panu, a sama szybko wróciłam do naszego oddziału, bo „Teresa” została sama na posterunku, a walka trwała, Niemcy podchodzili już do Dziekanii i chłopcy potrzebowali naszej pomocy. Tego samego dnia ranny został nasz kolega, plutonowy Edward Kuminek (ps. „Kański”), a także sanitariuszka z „Bończy” Barbara Rankowska „Basia” – w samym przedsionku katedry, gdzie był punkt sanitarny. Udało mi się do niej przedrzeć przez ogień granatników; niestety zmarła kilka dni później. Później dowiedziałam się że walce o katedrę zginął też jej narzeczony. Do upadku Starówki pełniłam służbę sanitariuszki; rannych przybywało w zastraszającym tempie, często trzeba było przedzierać się do nich pod ostrzałem i odgrzebywać spod gruzów… Pełniłyśmy też z Janką służbę w szpitalu na Długiej.Poruszająca historia… prawdziwe bohaterstwo…

Ja nie byłam bohaterką uratowania tej figury; można powiedzieć że uratował Ją ksiądz Karłowicz, który na wieść że się pali katedra i kamieniczki na Dziekanii, miał tam zresztą swoje mieszkanie, przybiegł do katedry. To on był inicjatorem wyniesienia tej figury. My z Teresą po prostu znalazłyśmy się tam na miejscu i mu pomogłyśmy. Figura Pana Jezusa została później przeniesiona na ulicę Starą do kaplicy sióstr Szarytek, blisko kościoła Dominikanów (na ul. Freta). Już po wojnie ksiądz Karłowicz powiedział mi że kiedy ta kaplica została zbombardowana, to jedna ze ścian pochyliła się nad położonym na ołtarzu Panem Jezusem w taki sposób że Go zakryła. Figura została potem przeniesiona do podziemi kościoła św. Jacka (Dominikanie) i położona przy trumnie św. Andrzeja Boboli, który też był wyniesiony z kościoła Jezuitów na Świętojańskiej i tam złożony. Byli tam też ranni powstańcy…I właśnie tam doszło do tego poruszającego wydarzenia że ksiądz który spowiadał i pocieszał rannych powstańców, zobaczył postać przykrytą płaszczem i zapytał czy chce się wyspowiadać. Nie usłyszał odpowiedzi, więc sięgnął ręką pod płaszcz i stwierdził że ta osoba musiała dawno umrzeć, bo jest zimna i twarda… Dopiero kiedy odsunął ten płaszcz to okazało się że to jest figura Pana Jezusa… Ten kościół św. Jacka był strasznie zbombardowany, tam wszyscy zginęli, a figura była w takim miejscu, gdzieś przy trumnie św. Andrzeja Boboli że ocalała…

Po upadku Starówki zdecydowała się Pani dobrowolnie zostać z najciężej rannymi, którzy by nie przeżyli transportu kanałami… Jeden z powstańców powiedział nawet do Pani i do „Janki” że „Wigierczycy są szczęśliwi że mają takie sanitariuszki”…

My z Janką i Wisią, wiedząc ile tam jest tych rannych ludzi w samym szpitalu nie chciałyśmy uwierzyć że Niemcy będą zdolni do tego żeby ich wszystkich zamordować… nie chciałyśmy uwierzyć… Dowództwo jednak zadecydowało że sanitariuszki będą potrzebne w dalszej walce w Śródmieściu, poza tym ktoś musiał przeprowadzić lżej rannych (takich którzy mogli chodzić), dlatego dało nam rozkaz wycofania się kanałami… Nie wiedziałyśmy wtedy że ranni w szpitalach na Woli, podobnie jak lekarze i sanitariuszki zostali wymordowani… Razem z nami pozostał ojciec Rostworowski. Niestety, byłam świadkiem egzekucji rannych… to było 2 września… Część rannych powstańców udało nam się przenieść do szpitala na Długiej… chciałyśmy ich ukryć między ludnością cywilną…

Dzięki takim nieprawdopodobnie odważnym osobom jak Pani mamy dzisiaj wolną Polskę. Co chciałaby Pani przekazać młodym pokoleniom?

Nie uważam się za bohaterkę… zawsze mnie to trochę żenuje jak ktoś mnie tak nazywa… Po prostu żyliśmy w takim czasie. Jedni się zdobywali na więcej, inni na mniej. Cóż mogłabym powiedzieć… co dla mnie było ważne w tym czasie… na pewno ta bezinteresowna przyjaźń jaka była między nami, między ludźmi. To było wspaniałe, bo my, będąc w takim otoczeniu, kiedy myśmy mogli liczyć jeden na drugiego, kiedy jeden drugiego potrafił pocieszać. To w czasie Powstania było fantastyczne, a przecież wtedy działy się straszne tragedie… człowiek to przeżywał, zwłaszcza młody… Jednak czuliśmy się pewniej mając wokół siebie przyjaciół na których mogliśmy liczyć. Myślę że to było bardzo ważne. Po wojnie skończyłam studia; powstał BOS, czyli Biuro Odbudowy Stolicy – przyjmowano młodzież z Wydziału Architektury, dostałam tam pracę. Spotkałam tam profesora Zachwatowicza. Pierwszym moim zadaniem była inwentaryzacja strzaskanej czołgowym pociskiem kolumny Zygmunta.

Jest to tylko fragment poruszającego wywiadu z Bohaterką. Zapraszamy do lektury całości na łamach wakacyjnego numeru miesięcznika "Wpis" z 2023 r. Wywiady z Powstańcami Warszawskimi ukazują się regularnie na łamach miesięcznika "Wpis".

Prenumerata miesięcznika WPIS na rok 2026. Wydanie drukowane

Prenumerata miesięcznika WPIS na rok 2026. Wydanie drukowane

 

Miesięcznik „Wpis” już od szesnastu lat pozostaje wierny swym założeniom i przedstawia Czytelnikom podstawowe wartości, a więc wiarę, patriotyzm i sztukę.
Publikują u nas tak znakomici autorzy, jak m.in.: Adam Bujak, ks. prof. Waldemar Chrostowski, Leszek Długosz , prof. Ryszard Kantor, dr Marek Klecel, ks. prof. Janusz Królikowski, prof. Grzegorz Kucharczyk, dr Monika Makowska, prof. Aleksander Nalaskowski, prof. Andrzej Nowak, prof.

 

WPIS 07-08/2023 (e-wydanie)

WPIS 07-08/2023 (e-wydanie)

 

Pojawił się już najnowszy, wakacyjny, podwójny numer „Wpisu”. Tak jak każdego miesiąca przygotowaliśmy dla Państwa wyselekcjonowany zbiór felietonów na aktualne tematy, frapujące reportaże i wywiady, a także – serię artykułów poświęconych zagadnieniom historycznym.

 

Komentarze (0)

  • Podpis:
    E-mail:
  • Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników serwisu. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za ich treść. Wpisy są moderowane przed dodaniem.

Zamknij X W ramach naszego serwisu stosujemy pliki cookies. Korzystanie ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym.