Kochany kardynał z sercańskiego klasztorku na Saskiej Stanisław Nagy miał naturę Ślązaka i duszę Polaka

Nasi autorzy

Kochany kardynał z sercańskiego klasztorku na Saskiej Stanisław Nagy miał naturę Ślązaka i duszę Polaka

Kard. Stanisław Nagy. Fot. Wacław Klag Kard. Stanisław Nagy i ks. prof. Waldemar Chrostowski. Fot. Wacław Klag Ks. Stanisław Nagy aż przez 72 lata był z głębi serca sercaninem, wiernym zakonnikiem z powołania. Kiedy w 2003 r. został biskupem, a następnie kardynałem, swym zawołaniem uczynił godne sercanina słowa „W Tobie, Serce Jezusa, swą ufność złożyłem”.

Urodził się 30 września 1921 r. w Bieruniu na Śląsku. Został ochrzczony 2 października w kościele parafialnym św. Bartłomieja. Było to kilka miesięcy po zakończeniu trzeciego i ostatniego powstania śląskiego (wybuchło w nocy z 2 na 3 maja 1921 r.), w którym o polskość Śląska, w tym rodzinnego Bierunia, walczył 19-letni Jan, jego najstarszy brat. Staś był szóstym, najmłodszym dzieckiem Jadwigi i Franciszka Nagych; matka, wydając go na świat, miała już 44 lata. Oprócz Jana przed nim urodzili się Maria (1906), późniejszy sercanin i misjonarz Franciszek (1909), Gertruda (1912) i Marta (1914).

Ojciec Franciszek Nagy był mężczyzną silnym, rzetelnym, obowiązkowym, zaradnym i niezwykle energicznym. Mimo trudnych czasów i niewielkiej zamożności zbudował rodzinie obszerny parterowy dom przy głównej ulicy miasteczka – Krakowskiej, w którym dobrze im się żyło. Niestety, gdy Staś skończył 6 lat, rodzinę dotknęła tragedia. W wieku 50 lat osierociła ich matka Jadwiga. Bracia Jan i Franciszek byli już wtedy dorośli, rolę matki wobec pozostałej trójki przejęła najstarsza z sióstr, 21-letnia Maryjka. Nigdy nie wyszła za mąż, poświęciła się ojcu i rodzeństwu, prowadzeniu gospodarstwa domowego. Bardzo kochał ją mały Staś, a i ona kochała swego braciszka miłością iście matczyną. Bardzo się o niego troszcząc, dbała nie tylko o sprawy dnia codziennego, ale także o wychowanie religijne. Nauczyła Stasia pacierza i wielu form pobożności. Codziennie chodziła do kościoła na Mszę św., była też niestrudzoną pątniczką. Dzięki niej i za namową miejscowego proboszcza Stach został ministrantem.

Maryjka była niezwykle solidna, pracowita i prawa. Kiedy mały Staś pewnego razu nabroił, wymierzyła mu klapsy. Świadkiem tego był ukochany pies chłopca, który nie rozumiejąc co się dzieje, zaczął go kąsać po kostkach. Wtedy chlipiący malec zaczął płakać jeszcze żałośniej. Maryjka bardzo to przeżyła i już więcej tak brata nie karała.

Do szkoły powszechnej Staś chodził w Bieruniu. Po latach wspominał: „Nauczyciele byli w większości przedstawicielami polskiej społeczności, nie tylko z pochodzenia, ale także w sferze narodowej świadomości. Głosili i wyznawali Polskę. Ta ich silna polskość spowodowała przeobrażenie mnie ze śląskiego dziecka w dziecko polskie, a potem w obywatela Polski, Polaka. Dzięki nim poznałem historię Polski i jej język, i dlatego bardzo szybko przestałem mówić po śląsku”. Za to rozbudzenie polskości kardynał żywił wobec swych pierwszych nauczycieli wielką wdzięczność.

Jeszcze przed I wojną światową ojciec Franciszek, który pracował w kopalni „Mysłowice”, uległ wypadkowi, po którym nie mógł już być górnikiem. Po utracie pracy w kopalni został przyjęty do fabryki materiałów wybuchowych „Lignoza”. Był też radnym miejskim i bardzo angażował się w życie religijne swej parafii. Bardzo chciał wykształcić swoich synów; szczególnie Franciszek i Stanisław byli ponadprzeciętnie inteligentni. Nie żałował więc pieniędzy na ich naukę, choć rodzinie się nie przelewało. Stach po ukończeniu szkoły powszechnej w Bieruniu został we wrześniu 1934 r. uczniem Niższego Seminarium Duchownego Księży Najświętszego Serca Jezusowego w Krakowie-Płaszowie. Rezolutny trzynastolatek z Bierunia pojechał furą do Oświęcimia, gdzie sam wsiadł w pociąg do nieznanego Krakowa. Z płaszowskiego dworca pieszo przeszedł czterokilometrową drogę do klasztoru.

Kardynał mawiał z wdzięcznością, że jego ojciec był poważnym i surowym mężczyzną i miał dobre serce: „Mój pobyt w małym sercańskim seminarium w Krakowie kosztował go co miesiąc 50 zł, a jego miesięczna pensja wynosiła 110 zł”. Nad edukacją Stacha czuwał też starszy o 12 lat brat Franciszek, wówczas już kleryk sercanin studiujący teologię w Strasburgu. „Dyktował poniekąd ojcu i całej rodzinie, jak mają pokierować moim losem” – wspominał z uśmiechem kardynał. Sercanie byli wtedy w Polsce nową formacją zakonną, w płaszowskim klasztorze było tylko czterech polskich sercanów. Odkąd Stach tam zamieszkał, świadomie coraz intensywniej zatapiał się w polskość, poznawał prastary, przesiąknięty ojczystymi dziejami Kraków. Kardynał z dumą podkreślał po latach, że do patriotyzmu został wychowany w okresie międzywojennym zarówno w szkole, jak i w Kościele: „Duch patriotyczny w narodzie był budzony. Wychowywano nas do patriotyzmu ofiarnego i żarliwego, dzięki któremu możliwe było późniejsze przeciwstawianie się okupantom, zaangażowanie w konspirację, ruch oporu, zorganizowanie Państwa Podziemnego”.

Na wybranie drogi zakonnej i wstąpienie do Zgromadzenia Księży Najświętszego Serca Jezusowego Stach zdecydował się już w wieku 16 lat, po ukończeniu czwartej klasy gimnazjum. Po latach nazwał ten wybór „decyzją dojrzałej młodości”. Do Felsztyna, gdzie miał odbywać nowicjat, przyjechał dwa tygodnie wcześniej niż inni, by wraz ze swoim bratem ks. Franciszkiem oraz ks. Dionizym Buckim zrobić w budynku generalne porządki i dawny dwór zaadaptować na klasztor. Obok pokoi dla nowicjuszy urządzili tam kaplicę, salę rekreacyjną i kuchnię.

Pierwszą profesję, czyli pierwsze śluby zakonne, niespełna siedemnastoletni Staszek Nagy złożył 22 września 1938 r., przyjmując zakonne imię Kazimierz. Po nowicjacie czekał go tzw. scholastykat, czyli pogłębianie wiedzy teologicznej i filozoficznej oraz formacji duchowej. Miał także uzupełnić wiedzę z zakresu szkoły średniej oraz zdać tzw. małą maturę. Do obowiązków młodych zakonników należała wówczas również (inaczej niż dzisiaj) praca fizyczna, m.in. w kuchni, przy sprzątaniu klasztoru czy utrzymaniu wielkiego parku.

Brat Stanisław Nagy był przez pewien czas dzwonnikiem; dzwonił m.in. na rozpoczęcie i zakończenie rekreacji. Nie bardzo mu to wychodziło, a pewnego razu, podczas gry w szachy, spóźnił się o trzy minuty z oddzwonieniem końca rekreacji. Mistrz nowicjatu wlepił mu za to trzy Różańce do odmówienia. „Taka była wówczas dyscyplina”mówił z uznaniem, bez cienia żalu kardynał. W pewnym momencie zaczął też, jak sam opowiadał, partaczyć sprzątanie, które do tej pory świetnie mu wychodziło. Sprawa się wyjaśniła, kiedy wysłano go do okulisty – dostał okulary ze szkłami minus trzy. Wspominał po latach, że popsuł sobie wzrok przez piłkę nożną, w którą mimo niedożywienia lubił pasjami grać w młodości. Lubił też jeździć na rowerze. Zawsze był szczupły, miał wysportowaną sylwetkę.

Na domiar złego siedemnastoletni Stach ogłuchł w pewnym momencie na jedno ucho. Ze względów zdrowotnych musiał więc często jeździć z Felsztyna do Przemyśla do laryngologa. Od dzieciństwa był zresztą chorowity. Nie miał jeszcze skończonych 18 lat, gdy śmierć zajrzała mu w oczy. Wybuchła II wojna światowa, a on akurat leżał w szpitalu w Przemyślu z nieoperowalnym zapaleniem wyrostka robaczkowego i zapaleniem otrzewnej. Leczono go tylko zachowawczo i nawet odgrodzono parawanem od reszty pacjentów, spodziewając się rychłej śmierci. Wtedy przedarł się do niego przez granicę na Sanie pomiędzy niemiecką i sowiecką strefą okupacyjną ks. Wiecheć, by dodać mu otuchy. A ponieważ zbliżał się dzień odnowienia ślubów czasowych, brat Stanisław złożył je na jego ręce, leżąc na szpitalnym łóżku.

Po pewnym czasie Stach zaczął powracać do zdrowia. Osłabiony jeszcze chorobą, postanowił przedostać się do Krakowa za 50 zł, które otrzymał od ks. Wiechecia. Szedł pieszo, jechał furą, przez dwa tygodnie przebywał we wsi Świętoniowa, gdzie dobroczyńcy zakonu sercanów zapewnili mu dach nad głową. Podczas samotnej wojennej tułaczki widział panoszące się wszędzie butne oddziały niemieckie oraz wycofujące się polskie wojska i grupy jeńców. Widział upadek Polski i bardzo go to bolało i przygnębiało. Gdy udało mu się w końcu dotrzeć do płaszowskiego klasztoru, 22 września 1941 r. złożył tam sercańskie śluby wieczyste. Mając 20 lat podjął decyzję na całe życie i miał przy niej trwać.

Okupację przeżył jako kleryk, studiując konspiracyjnie filozofię i teologię. Właściwie był w tych dziedzinach samoukiem, korzystał z podręczników po łacinie. „Dogmatykę”, napisaną przez ks. Adolfa Tanquereya, znał prawie na pamięć. Nosił wtedy sutannę i kapelusz – „bo tylko tak się wtedy chodziło”. W klasztorze dostawał codziennie dwie kromki czarnego chleba i trochę marmolady, czasem też zupę ziemniaczaną. Na furcie klasztoru Niemcy urządzili sobie posterunek policji i łupili wszystko, co tylko się dało.

W 1944 r. Staszek przeniósł się do Stadnik, by tam ukończyć studia filozoficzno-teologiczne i przygotować się do kapłaństwa. W okolicznych lasach stacjonowali polscy partyzanci, z którymi się zetknął. Ofiarnie pomagała im okoliczna ludność. 8 lipca 1945 r., mając 25 lat, Stanisław Nagy przyjął święcenia kapłańskie, co napawało dumą całą rodzinę. „Kapłaństwo – wspominał – było moją wielką życiową przygodą, wielkim darem Boga i zarazem radykalnym wejściem w nowy wymiar życia”. Początek kapłaństwa rozpoczął jednak bardzo niefortunnie, gdyż niebawem okazało się, że neoprezbiter ma „dziurę w płucu i gruźlicę rozsianą w postaci ziarnistej”. Dwa pierwsze lata spędził więc na leczeniu w Zakopanem; całkowity powrót do zdrowia zajął kolejne trzy lata (regularnie musiał chodzić na zabiegi dopełniania powietrza w płucach). W zakopiańskim sanatorium nie próżnował – rozpoczął posługę kapelana pośród studentów-rekonwalescentów, w większości ofiar wojny i okupacji. Było to środowisko żarliwych patriotów, akowców, wrogo nastawionych do komunistycznego reżimu. Pośród nich duszpasterzował, pogłębiał ich oraz swoją własną wiedzę religijną, rozwijał i hartował swój patriotyzm.

W 1948 r. otrzymał tytuł magistra teologii na Uniwersytecie Jagiellońskim na podstawie pracy „Hierarchia kościelna u Klemensa Rzymskiego” (Klemens był biskupem Rzymu w latach 92-101, jednym z pierwszych ojców Kościoła, trzecim następcą św. Piotra w Rzymie). Po wielu latach nazwał tę pracę „niewinnym dziełkiem moich naukowych poczynań”. Tymczasem owo „dziełko” uznane zostało po pierwszym roku studiów doktoranckich na KUL-u za pracę licencjacką, decydując w sposób znaczący o dalszej karierze naukowej. Klemens Rzymski miał też pozostać na stałe w orbicie zainteresowań przyszłego profesora.

W latach 1947-50 ks. Nagy był prefektem Niższego Seminarium Duchownego Księży Sercanów w Krakowie-Płaszowie oraz przełożonym płaszowskiego domu zakonnego, czyli rektorem. Mimo młodego wieku bardzo poważnie traktował powierzone mu zadania, czuł ogrom odpowiedzialności za rytm życia wspólnoty. Pod względem opuszczania klasztoru miał surowe poglądy (dużo surowsze niż obowiązują dzisiaj), a zakon miał pierwszeństwo przed rodziną. Może dlatego, że bardzo wcześnie opuścił rodzinny dom, bardzo wcześnie też sam został przełożonym. Swoim przykładem pokazywał, jak do reguł zakonnych należy się dostosowywać i ich przestrzegać. Gdy w 1950 r. rozpoczynał na KUL-u studia doktoranckie, zamieszkał w skromnym mieszkaniu w konwikcie księży studentów, którego wyposażenie stanowiły „kulawe krzesło i łóżko-prycza”, a także piec w ścianie, za pomocą którego ogrzewano dwa sąsiadujące ze sobą pokoje. Uważał po latach, że tak naprawdę nic więcej nie było potrzebne, by solidnie zdobywać wiedzę i pracować nad własnym rozwojem intelektualnym. Doskonale wykorzystał ten czas. Był człowiekiem bardzo skromnym, oszczędnym, mało wymagającym, jeśli chodzi o rzeczy materialne. Zupełnie nie przywiązywał do nich wagi. Nie przeszkadzały mu znoszone ubrania.

W 1952 r. otrzymał tytuł doktora na podstawie rozprawy: „Urząd nauczycielski w Kościele pierwotnym”. Dalszy rozwój kariery naukowej zahamował na pewien okres fakt, że praca doktorska nie ukazała się drukiem. A druk był wówczas ściśle reglamentowany przez bolszewicką władzę. Świeżo upieczony ksiądz doktor wrócił do krakowskiego domu macierzystego jako pierwszy doktor teologii Polskiej Prowincji Księży Sercanów, który uzyskał ten tytuł na polskiej uczelni. Nic zatem dziwnego, że czekała już na niego nominacja na rektora Wyższego Seminarium Duchownego Księży Sercanów w Tarnowie (sprawował tę funkcję do 1958 r.). Powierzono mu odpowiedzialność za wychowanie przyszłych kapłanów w duchu sercańskiego powołania oraz autentycznego, głęboko przeżywanego życia zakonnego. Traktował te zadania bardzo poważnie. W stosunku do swoich seminaryjnych czasów wprowadził pewne rozluźnienia – wychowankowie mogli już np. czytać świecką gazetę „Dziennik Polski” oraz słuchać radia; za jego czasów w seminarium nie można było czytać popularnego bardzo przed wojną „Ilustrowanego Kuriera Codziennego”, a jedynie „Głos Narodu”. Rektor Nagy był bardzo sumienny i wymagający, co oczywiście początkowo nie wszystkim studiującym się podobało, ale skutkowało właściwą formacją przyszłych duchownych. Lubił i cenił ludzi myślących, nie podobało mu się, gdy studenci na egzaminie mówili zdaniami ze skryptów.

Podczas pobytu w Tarnowie ks. dr Stanisław Nagy był również przez dwie kadencje sercańskim radnym prowincjalnym Polskiej Prowincji i często głosił rekolekcje, zyskując opinię bardzo dobrego kaznodziei; w sposób szczególny związany był z siostrami urszulankami w Tarnowie i siostrami ze Zgromadzenia Najświętszego Serca Jezusa Sacré Coeur ze Zbylitowskiej Góry.

W 1956 r. powołał w Krakowie do życia i zorganizował Studium Teologiczne Księży Sercanów, którym kierował, prowadząc jednocześnie wykłady z teologii fundamentalnej (bada chrześcijaństwo jako religię objawioną przez Boga i stanowi ogólne podstawy dla teologii), teologii dogmatycznej (bada w sposób rozumowy główne zagadnienia doktryny chrześcijańskiej) oraz metodologii (nauka o metodach stosowanych przy formułowaniu twierdzeń i teorii naukowych). Później studium zostało przeniesione do Stadnik i przyjęło nazwę Wyższego Seminarium Misyjnego Księży Sercanów.

W 1958 r. ks. dr Stanisław Nagy powrócił do pracy naukowej na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, z którym przyszło mu związać się na wiele lat. Nie zamieszkał tam jednak na stałe, dojeżdżał do Lublina z domu zakonnego w Krakowie, gdzie zawsze czekał na niego skromny pokój wypełniony książkami, fiszkami i notatkami, od których wprost uginały się biurko i półki. Przyjeżdżał do „klasztorku” na Saskiej na weekendy, które jednak też były pracowite. Od lat 1960. prowadził m.in. duszpasterstwo środowiska medycznego, które przejął po kard. Wojtyle.

W lubelskim konwikcie ksiądz doktor także miał do dyspozycji małe mieszkanko, z którego korzystał, gdy pobyty na KUL-u były wielodniowe. Najpierw prowadził w Lublinie wykłady z teologii fundamentalnej, a potem także z eklezjologii, zarówno dla słuchaczy świeckich, jak i duchownych. W 1964 r. ks. dr Stanisław Nagy został adiunktem w Katedrze Teologii Fundamentalnej, a w 1968 r. uzyskał habilitację na podstawie rozprawy: „’Via notarum’ we współczesnej eklezjologii apologetycznej” (eklezjologia apologetyczna zajmuje się udowadnianiem boskiego pochodzenia Kościoła; via notarum oznacza argument ze znamion). Na zatwierdzenie przez komunistyczne ministerstwo oświaty i szkolnictwa wyższego ewidentnie należącego mu się tytułu docenta przyszły kardynał musiał czekać aż 4 lata. Takie były wówczas niestety proceduralne szykany stosowane przez władze wobec ludzi Kościoła.

Jako pracownik naukowy i wychowawca ks. Stanisław Nagy nie odpuszczał żadnej sprawy, nie pobłażał też sobie. Był obowiązkowy, sumienny i rzetelny, tego samego wymagając od innych. Wymaganie należało według niego do atrybutów ojcowskiej miłości, którą bez wątpienia darzył swych studentów i wychowanków. Docenić to, jak wiadomo, potrafią jednak tylko ci, którzy naprawdę chcą zdobywać wiedzę. Zdarzało mu się egzaminować nawet do godziny 22.00, nie zważając na narzekania studentów. Gdy któryś protestował, miał zwyczaj odpowiadać: „Mnie płacą za to, żebym wymagał”. Tak było na KUL-u, w seminarium w Stadnikach i we wszystkich innych ośrodkach, w których wykładał i egzaminował. Powszechnie wiedziano jednak, że jest człowiekiem sprawiedliwym i nie ulega uprzedzeniom. Dla sercańskich seminarzystów był przedstawicielem poważnego uniwersytetu, profesorem o niespotykanej randze. Jako światowej sławy teolog rozsławił zarówno Polską Prowincję Zgromadzenia Księży Sercanów, jak i KUL.

Do końca życia miał fenomenalną pamięć. Żadnego wykładu, przemówienia czy kazania nigdy nie czytał z kartki. Do każdego, nawet najmniejszego, wystąpienia przygotowywał się niezwykle starannie, robił obszerne notatki, ale potem, do końca swoich dni, mówił zawsze z pamięci.

W 1968 r. pojechał do Paryża. Był to pierwszy jego wyjazd zagraniczny, na jaki zgodziły się komunistyczne władze, dotąd bowiem konsekwentnie odmawiano mu wydania paszportu. Była to też pierwsza możliwość nawiązania bezpośredniego kontaktu z teologami zachodnimi i taki był rzeczywisty cel tej podróży; dla wiadomości władz pojechał do stolicy Francji na zakonne spotkanie sercanów.

Wyjazd do Paryża pociągnął za sobą kolejną podróż naukową, tym razem do Belgii, a za nią szereg innych. Ponieważ stale miał problemy z oczami, przywoził z zagranicy okulary. W pewnym momencie miał już bardzo mocne szkła, jak soczewki, dlatego musiał mieć grube i ciężkie, spadające z nosa oprawki. Mówiący płynnie po francusku polski uczony mógł wreszcie wypłynąć na szerokie, europejskie wody. Otrzymał stypendium na uniwersytecie w Lowanium, toteż wakacje roku 1969 spędził pracowicie na jednej z najbardziej prestiżowych uczelni katolickich, głęboko związanej z Kościołem, jednym z przodujących centrów zaawansowanej myśli teologicznej. Ks. dr Nagy spotkał się tam z wielką życzliwością i gościnnością. Przede wszystkim zaś otwarła przed nim swoje podwoje przebogata biblioteka, z której mógł korzystać do woli i właśnie to stanowiło dla teologa z Lublina największy skarb. Ksiądz kardynał powiedział kiedyś: „w tamtym czasie dogoniłem teologię fundamentalną w takiej formie, w jakiej była ona uprawiana na Zachodzie”.

Przynajmniej jeden miesiąc wakacji przez następne dziesięć lat spędzał ksiądz doktor w Lowanium jako gość Prowincji Flamandzkiej sercanów. Oprócz zagłębiania się w teologię miał czas na zwiedzanie i poznawanie w Belgii ważnych historycznie miejsc – Brukseli, Namur, Brugii. Obserwował też zwiastujące głęboki kryzys wiary pustoszejące świątynie, przeznaczane nieraz nawet do zburzenia lub sprzedaży. Miał ponadto możliwość zetknięcia się z liberalizmem, który zaczął przenikać do Kościoła na Zachodzie. Jego wyrazem stał się heretycki „Katechizm Holenderski” opublikowany w 1966 r., cechujący się m.in. tym, iż nie potwierdzał, że Chrystus umarł za grzechy ludzi ani że obecność Chrystusa w Eucharystii jest rzeczywista. Także uniwersytet w Lowanium podzielił się w 1970 r. na flamandzki (z siedzibą w Leuven), który szybko ewoluował w kierunku liberalnym, oraz waloński (z siedzibą w Leuven-la-Neuve), który pozostał wierny autentycznej wierze i nauce katolickiej. Ks. dr Nagy otrzymał nawet później propozycję, by związać się z tym… pierwszym. Ostatecznie „zdyskredytowały” go jednak jego prawe poglądy katolickie i zażyła przyjaźń z Janem Pawłem II.

W 1969 r. jako reprezentant KUL-u ks. dr Nagy wziął udział w VII Kongresie Federacji Uniwersytetów Katolickich, który odbywał się w Kinszasie, największym mieście afrykańskim. Poznał wtedy nieco Czarny Ląd, a szczególnie warunki życia mieszkańców Zairu, jednego z pierwszych państw, gdzie sercanie podjęli działalność misyjną. Była to jedyna w życiu przyszłego kardynała podróż na pozaeuropejski kontynent.

Owocem licznych wyjazdów zagranicznych uczonego, podczas których dał się poznać jako wybitny teolog, było m.in. zaproszenie do udziału w pracach Komisji Mieszanej Katolicko-Luterańskiej (1973-74), powołanej przez watykański Sekretariat ds. Jedności Chrześcijan i Światową Federację Luterańską. Ks. dr hab. Stanisław Nagy awansował stopniowo do grona najwybitniejszych współczesnych teologów fundamentalnych, współpracował z takimi tuzami światowej teologii jak o. Hans Urs von Balthasar, o. Yves Congar, ks. Joseph Ratzinger czy o. Henri de Lubac, współtwórcami słynnego Międzynarodowego Przeglądu Teologicznego „Communio”. Bardzo przyczynił się do powstania i rozwoju w Polsce tego prestiżowego pisma, zrzeszającego wspólnotę teologów wiernie strzegących nauki Soboru Watykańskiego II. Przez ponad 30 lat zasiadał w Polskim Komitecie Doradczym „Communio”, służąc temu gremium nie tylko swoją wiedzą, ale też znakomitą znajomością francuskiego. Cenił sobie coroczne spotkania ogólnoświatowej redakcji Międzynarodowego Przeglądu Teologicznego odbywające się w Madrycie, Lizbonie czy Trydencie. Wracając do swoich lubelskich studentów, dzielił się z nimi każdorazowo wrażeniami oraz owocami dyskusji toczonych na wielu forach.

W latach 1972-74 ks. dr hab. Stanisław Nagy był prodziekanem Wydziału Teologicznego KUL-u, przeciwstawiając się wówczas zdecydowanie władzom komunistycznym i nie dopuszczając do zagnieżdżenia się na tej uczelni socjalistycznego związku studentów. „Troszczyłem się o wychowanie młodzieży i starałem się uchronić ją przed zepsuciem” – mówił. Uczył studentów bronić swego zdania. Wspominał, że w walce z naciskami komunistów na KUL mógł w znacznym stopniu liczyć na wsparcie kard. Karola Wojtyły, który już wówczas odgrywał bardzo ważną rolę w Episkopacie Polski. Od 1972 do 1991 r. ks. prof. Stanisław Nagy kierował ponadto Katedrą Eklezjologii Fundamentalnej, prowadząc seminaria magisterskie i doktoranckie.

Przez cały okres pobytu na lubelskiej uczelni ks. prof. Nagy współpracował ściśle z Wyższym Seminarium Misyjnym w Stadnikach, wykładając tam nieprzerwanie do 2007 r., a więc przez 50 lat (!) apologetykę (dział teologii uzasadniający podstawowe prawdy wiary) i teologię fundamentalną. W latach 1973-74 był też wicerektorem tej sercańskiej uczelni. W latach 1978-2001 prowadził ponadto zajęcia dydaktyczne na Papieskim Wydziale Teologicznym we Wrocławiu. W 1979 r. ksiądz doktor otrzymał wreszcie tytuł profesora nadzwyczajnego; KUL zabiegał o to w komunistycznym ministerstwie oświaty i szkolnictwa wyższego od 1975 r., a więc znowu 4 lata, podobnie jak wcześniej przy habilitacji.

W 1982 r. przyszły kardynał opublikował bardzo ważną książkę „Chrystus w Kościele. Zarys eklezjologii fundamentalnej”, a trzy lata później – „Kościół na drogach jedności”, która ukazuje ekumenizm w ujęciu historycznym. Sława i renoma ks. prof. Stanisława Nagyego jako znakomitego teologa zataczała coraz szersze kręgi. W 1983 r. został przewodniczącym Sekcji Wykładowców Teologii Fundamentalnej przy Komisji Episkopatu Polski, którą to funkcję pełnił do 1991 r. Od 1982 aż do 2007 r. przewodniczył Radzie Naukowej Instytutu Jana Pawła II na KUL-u. W 1989 r. został profesorem zwyczajnym. Bardzo dumny zarówno z intelektu, jak i kariery naukowej swego o 12 lat młodszego brata, z którym łączyła go bardzo bliska więź, był ks. Franciszek Nagy.

We wrześniu 2001 r. z okazji 80. urodzin ks. prof. Stanisław Nagy otrzymał telegram od Jana Pawła II, z którym znał się bardzo dobrze i którego niezwykle cenił jeszcze ze wspólnych czasów na KUL-u, kiedy niejednokrotnie jednym nocnym pociągiem podróżowali do Lublina na wykłady. Ks. Nagy regularnie wysyłał do Watykanu, przy pomocy udających się tam ludzi, listy, w których informował Papieża o sytuacji Kościoła w Polsce. Doceniając to wszystko, Ojciec Święty napisał: „Jest to wyjątkowa okazja, aby podziękować Ci za te więzy przyjaźni, jakie łączą nas od lat. Twoja życzliwość, mądre słowo zdradzające nie tylko naukową kompetencję, ale również wielką życiową mądrość, jak też przykład kapłańskiego zaangażowania w życie Kościoła i troski o duchowe dobro każdego człowieka, a zwłaszcza Twoja modlitwa zawsze były dla mnie oparciem i umocnieniem. Bogu dziękuję za dar Twojej obecności i towarzyszenia na drodze mojej kapłańskiej, biskupiej i papieskiej posługi”.

Jubilat nawet nie przypuszczał wówczas, że dwa lata później, 28 września 2003 r., otrzyma od Jana Pawła II nominację kardynalską w uznaniu wielkich zasług na polu teologii. W uznaniu z kolei zasług dla polskiej nauki i kultury odznaczono ks. kard. prof. Stanisława Nagyego Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski w roku 2008. Zasłużony naukowiec i od paru lat hierarcha nie dbał o medale i ordery; liczyło się jednak, od kogo otrzymuje odznaczenie – a to dostał z rąk prezydenta Lecha Kaczyńskiego, którego bardzo cenił i jako polityka, i jako patriotę. Ceremonia wręczenia odbyła się w reprezentacyjnej, zabytkowej sali posiedzeń Urzędu Miasta Krakowa. W tymże samym roku, w sędziwym już wieku, kardynał doznał złamania uda, co pociągnęło za sobą inne choroby i cierpienia. Pół roku przebywał w szpitalach i od tamtego czasu musiał korzystać z wózka inwalidzkiego. Wiernym i oddanym jego opiekunem został ks. Grzegorz Piątek.

Dopóki pozwalały na to siły ducha i ciała, ksiądz kardynał ćwiczył się w ponownej nauce chodzenia na własnych nogach za pomocą kul. Nieraz samokrytycznie mówił, że za mało się stara. A przecież to, że w ogóle się starał, że podjął ten trud, zasługiwało na wielkie uznanie. Inne osoby w jego wieku, których takie złamanie dotknęło, rezygnują, poddają się. Do sali konferencyjnej naszego wydawnictwa na drugim piętrze (w budynku nie ma windy), przez trzy lata wchodził samodzielnie po schodach, zatrzymując się na półpiętrach dla odpoczynku. Dobrze wiem, ile wysiłku i siły woli go to kosztowało. Podobnie było podczas spotkań w Auli Jana Pawła II w Łagiewnikach, gdzie na scenę wiedzie kilka niebezpiecznych schodków bez poręczy.

Kard. Nagy błogosławionym nazywał fakt, że nie było w jego życiu dnia bez Mszy św. Nawet podczas choroby, nawet gdy musiał korzystać z pomocy innych, sprawował Najświętszą Ofiarę. Nie zdążył już tego uczynić tylko w dniu swojej śmierci. Podczas ostatniego pobytu w szpitalu jesienią 2012 r., kiedy leżał na wieloosobowej sali, chciał odprawić Mszę św. Nie było kaplicy, więc trzeba było prosić współpacjentów o pozwolenie. Zgodzili się i wraz z personelem szpitalnym uczestniczyli w Eucharystii. Pielęgniarki mówiły potem z podziwem, że wielu duchownych leczyło się u nich na oddziale, ale kardynał był pierwszym, który poprosił o odprawienie Mszy św. Widziałam go raz przed Eucharystią – siedział w zakrystii nieco skulony na wózku, ubrany w szaty liturgiczne, odwrócony bokiem i zatopiony w modlitwie. Widać było, że przygotowuje się duchowo i bardzo to przeżywa. Inni koncelebransi rozmawiali między sobą, w pomieszczeniu panowało spore ożywienie.

Kard. Nagy nigdy nie opowiadał o swoich cierpieniach, jak zwykle lubią to robić starsi ludzie. Zapytany o zdrowie najczęściej odpowiadał, że jak na swój wiek czuje się dobrze. Wiedziałam tylko od ks. Grzesia, który otaczał go iście synowską opieką, że stopniowo traci wzrok, ma kłopoty ze snem. Dla naukowca odebranie mu możności czytania i zapisywania myśli musiało być bardzo bolesne, ale nie usłyszałam od Kardynała nigdy słowa skargi czy utyskiwań. Jedynie konstatacje w rodzaju: muszą mi przeczytać, nie mogę dobrze zobaczyć cyferek na telefonie. Zawsze z wielkim podziwem mówił o cierpieniu swego wielkiego przyjaciela Jana Pawła II, choć sam nigdy nie ośmieliłby się tak nazwać papieża. Podkreślał, że owo heroiczne przeżywanie na oczach całego świata chorób oraz odchodzenie do wieczności ostatecznie przekonały go o świętości Jana Pawła II.

O patriotyzmie ukształtowanym w dobie II Rzeczypospolitej kard. Stanisław Nagy wyrażał się zawsze z wielkim uznaniem. Nazywał go patriotyzmem wyjątkowym i bolał bardzo nad tym, że ta piękna, bogata tradycja została brutalnie podeptana, opluta i zohydzona. Cierpiał z tego powodu, że ponownie niszczona jest pamięć historyczna narodu, że wielu z nas godzi się na niszczenie naszej polskiej tożsamości. Do ostatniego swego tchnienia zatroskany był o losy Polski. Zło dziejące się w naszej Ojczyźnie spędzało mu sen z powiek. Dawał temu publiczny wyraz, w czym nie przeszkadzały mu ani choroby, ani podeszły wiek, ani gasnące siły, ani wózek inwalidzki. Jego ostatnie wystąpienie publiczne odbyło się 18 maja 2013 r. w krakowskiej sali „Sokoła” podczas spotkania patriotycznego Białego Kruka. Zachęcał wtedy, byśmy byli wszyscy razem w walce o polskość. Pożegnały go gromkie brawa.

Umarł w ukochanym klasztorku, jak pieszczotliwie zwykł nazywać krakowski dom zakonny sercanów, 5 czerwca 2013 r., w miesiącu poświęconym Sercu Jezusowemu. Spoczął 11 czerwca w Sanktuarium Jana Pawła II. Żegnając go, metropolita krakowski kard. Stanisław Dziwisz powiedział: „Pięknym rozdziałem w życiu kard. Stanisława była jego wieloletnia i prawdziwa przyjaźń z bł. Janem Pawłem II. Obydwu łączyła głęboka wiara oraz miłość do Chrystusa i Jego Kościoła. Dla służby tej miłości oddali wszystkie swoje siły. Teraz, jak wierzymy, spotkali się ponownie w przestrzeniach odwiecznego Królestwa Bożego, przygotowanego dla uczniów i apostołów Jezusa”. (...)

 

Jest to tylko fragment artykułu Jolanty Sosnowskiej opublikowany w miesięczniku „Wpis” Zapraszamy do zapoznania się z całością w numerze 151 z maja 2023 r.

WPIS 05/2023

WPIS 05/2023

 


Pojawił się już najnowszy, majowy numer miesięcznika „Wpis”. Jak każdego miesiąca przygotowaliśmy dla Państwa cały cykl wyselekcjonowanych felietonów na aktualne tematy, a także artykułów na tematy historyczne, powiązane z bieżącymi rocznicami. W związku z coraz bardziej agresywną antykatolicką nagonką nie mogło zabraknąć mocnego głosu prof.

 

PAKIET Hetman Chrystusa - komplet tomów 1-4 w promocyjnej cenie

PAKIET Hetman Chrystusa - komplet tomów 1-4 w promocyjnej cenie

Jolanta Sosnowska

Książka ta zrodziła się z fascynacji polskim Papieżem i z niezgody na traktowanie go jako dobrotliwego staruszka i miłośnika kremówek, na umniejszanie jego postaci, przebogatego dorobku i ogromnego autorytetu. Ojciec Święty jawi się tu jako osobowość zachwycająca – pasterz wyrazisty, konsekwentny, inteligentny, odpowiedzialny i odważny.

 

Hetman Chrystusa - Biografia św. Jana Pawła II Tom 1

Hetman Chrystusa - Biografia św. Jana Pawła II Tom 1

Jolanta Sosnowska

Książka ta zrodziła się z fascynacji polskim Papieżem i z niezgody na traktowanie go jako dobrotliwego staruszka i miłośnika kremówek, na umniejszanie jego postaci, przebogatego dorobku i ogromnego autorytetu. Ojciec Święty jawi się tu jako osobowość zachwycająca – pasterz wyrazisty, konsekwentny, inteligentny, odpowiedzialny i odważny.

 

Hetman Chrystusa - Biografia św. Jana Pawła II Tom 2

Hetman Chrystusa - Biografia św. Jana Pawła II Tom 2

Jolanta Sosnowska

Drugi tom „Hetmana Chrystusa” wkracza w kolejny intensywny rozdział ewangelizacji świata tylko przyhamowany próbą zabójstwa Papieża Polaka. Odbywamy z Janem Pawłem II następne podróże po świecie, w tym bardzo niebezpieczne, do targanych wojnami domowymi państw Ameryki Łacińskiej i Afryki, do obcych wyznaniowo krajów azjatyckich, do wielu krajów wyspiarskich, a także dwie pielgrzymki do Ojczyzny.

 

Hetman Chrystusa - Biografia św. Jana Pawła II Tom 3

Hetman Chrystusa - Biografia św. Jana Pawła II Tom 3

 

Dopóki żył Papież Wojtyła, dopóki paliły się światła w oknach jego apartamentów wychodzących na Plac św. Piotra, dopóty świat wydawał się być jeszcze w błogosławionych ryzach piękna, dobra i prawdy. Ten biskup w bieli miał bowiem dar jednoczenia ludzi na całym świecie wokół światła Chrystusowej nauki.

 

Hetman Chrystusa - Biografia św. Jana Pawła II Tom 4

Hetman Chrystusa - Biografia św. Jana Pawła II Tom 4

 

Cóż z tego, że ciało słabło, skoro ani duch, ani Jego umysł nie gasły; Papież Polak nie zamierzał schodzić z krzyża. Ostatni tom „Hetmana Chrystusa”, opowiadając o schyłku pontyfikatu, opowiada zarazem o nadal intensywnej posłudze, o heroicznym wypełnianiu Piotrowej misji aż do ziemskiego końca.
Ojciec Święty nie miał spokojnej starości.

 

 

Komentarze (0)

  • Podpis:
    E-mail:
  • Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników serwisu. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za ich treść. Wpisy są moderowane przed dodaniem.

Zamknij X W ramach naszego serwisu stosujemy pliki cookies. Korzystanie ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym.