„Dyktator czy wybawca. Przyczyny i kulisy przewrotu majowego 1926” – dzieje jednego z najbardziej znaczących wydarzeń w II RP opisane piórem wybitnego historyka
Dziś mija 100. rocznica dramatycznych wydarzeń w Warszawie, znanych jako przewrót majowy, które zmieniły bieg historii Polski. Prezentujemy fragment najnowszej książki znakomitego znawcy historii XX-lecia międzywojennego, prof. Wojciecha Polaka, poświęconej dziejom przewrotu majowego. Książka ta nie jest klasyczną biografią Józefa Piłsudskiego, lecz wnikliwą analizą mechanizmów politycznych i społecznych, które doprowadziły do przewrotu majowego w 1926 roku. To oparta na bogatej dokumentacji źródłowej znakomicie napisana opowieść o kryzysie państwa, ostrych sporach politycznych oraz decyzjach, które wstrząsnęły młodą polską demokracją.
Dzień przełomu. Pierwsze strzały padały ze strony wojsk rządowych
Prof. Włodzimierz Suleja tak opisuje genezę przewrotu majowego: „W drugiej połowie kwietnia 1926 roku, w obliczu przewlekłego kryzysu gabinetowego, Marszałek postanowił w sposób czynny włączyć się do gry. Najprawdopodobniej właśnie wtedy narodził się pomysł posłużenia się narzędziem umożliwiającym skuteczny nacisk na polityków, a w pierwszym rzędzie prezydenta Stanisława Wojciechowskiego. Rolę taką najlepiej mógłby pełnić specjalnie dobrany oddział wojska, złożony z jednostek, których wierności mógł być pewien. Nie byłyby to, rzecz jasna, siły potrzebne do przeprowadzenia zbrojnego zamachu, a raczej takie, które dla jego czysto politycznego wystąpienia stworzyłyby odpowiednio barwne ramy. Obecność takiego oddziału jasno pokazywałaby, że to właśnie Piłsudski reprezentuje interesy narodowej armii i cieszy się jej rzeczywistym poparciem. Funkcjonujące w naukowym obiegu informacje o rozkazie Żeligowskiego z 18 kwietnia o powierzeniu Marszałkowi dowództwa nad wybranymi jednostkami dla przeprowadzenia ćwiczeń międzygarnizonowych, to zapewne jakieś dalekie echo owych zamysłów – notabene nikt z badaczy nigdy do nie tylko oryginału, ale nawet odpisu takowego rozkazu nie dotarł…
W czasie, gdy sytuacja polityczna po utworzeniu nowego wcielenia ‘rządu Chjeno-Piasta’ (czyli koalicji Chrześcijańskiego Związku Jedności Narodowej, zwanego ironicznie Chjeną, i PSL ‘Piast’) gwałtownie się zaostrzyła, a pole manewru radykalnie ograniczyli Piłsudskiemu jego przeciwnicy (w wywiadzie, opublikowanym 9 maja, przywódca PSL ‘Piast’ Wincenty Witos zażądał, by wyszedł z ukrycia i wziął odpowiedzialność za państwo), postanowił podjąć rzuconą mu rękawicę. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można przyjąć, że przed południem 11 maja podjął on [Józef Piłsudski] decyzję, by wywrzeć presję na prezydenta i na rząd Witosa, pojawiając się w stolicy na czele zbrojnego oddziału. Marszałek zapewne zakładał, że ten pokaz siły powinien okazać się na tyle skuteczny, by rząd się ugiął, zaś tworząca go koalicja się rozpadła. Prezydent, ponownie zyskując w ten sposób swobodę ruchów, powróciłby tym samym do koncepcji uformowania nowego gabinetu nie tylko opierającego się na szerszej politycznej podstawie, ale z Marszałkiem jako jego kluczowym ogniwem. Piłsudski, jak się zdaje, w swych planach nie uwzględnił przeciwników w generalskich mundurach…”
Na polecenie Marszałka gen. Gustaw Orlicz-Dreszer wydał więc przed południem 11 maja stosowny rozkaz dowódcy 7. pułku ułanów, Kazimierzowi Stamirowskiemu, i pułk opuścił koszary w Mińsku Mazowieckim. Stamirowski zameldował się 11 maja ok. godziny 17.30 w Sulejówku u Marszałka (żołnierze rozłożyli się w Wesołej, niewielki oddział pilnował domu Marszałka), a potem przemieszczał się w stronę Rembertowa. Mimo wyraźnego rozkazu ministra spraw wojskowych, który nakazywał powrót do koszar, pułkownik tego rozkazu (na polecenie Marszałka) nie wykonał. Piłsudski zdał sobie jednak sprawę, że jeżeli zjawi się w Warszawie tylko z pułkiem ułanów, to może zostać łatwo spacyfikowany. Postanowił więc w nocy z 11 na 12 maja 1926 r. znacznie wzmocnić swoją zbrojną asystę w Warszawie. Oprócz 7. pułku ułanów mieli do niej należeć także strzelcy konni z Garwolina, 22. pułk piechoty z Siedlec i batalion manewrowy z Rembertowa. Natomiast stacjonujące n Pradze 36. pułk piechoty i 1. pułk szwoleżerów miały wypowiedzieć posłuszeństwo ministrowi spraw wojskowych i poprzeć Piłsudskiego.
Wszystko to zaczęło być realizowane. 22. pułk piechoty, pod dowództwem płk. Henryka Kroka-Paszkowskiego, otrzymał rozkaz przybycia do Warszawy koleją, co zostało sprawnie wykonane i po południu 12 maja pułk był już na Pradze. Działając z upoważnienia Marszałka, płk Stamirowski polecił mjr. Aleksandrowi Rutkowskiemu, dowódcy jednej z kompanii batalionu manewrowego w Rembertowie, objęcie dowództwa nad batalionem. Większość oficerów z Rutkowskim na czele opowiedziała się bowiem za Piłsudskim, dowódca batalionu płk Karol Pater pozostał jednak wierny rządowi. Tak więc batalion manewrowy brał udział w działaniach po stronie Marszałka. Zwolennicy Piłsudskiego porozumieli się także ze stacjonującym na Pradze dowódcą 36. pułku piechoty, płk. Kazimierzem Sawickim. Podporządkował się on Marszałkowi, obsadził plutonem piechoty z ciężkimi karabinami maszynowymi wylot Mostu Kierbedzia od strony Warszawy i zarządził stan pogotowia na 12 maja o godzinie 6.00 rano. W stan pogotowia postawiono też 1. pułk szwoleżerów na Pradze. W Garwolinie 1. pułk strzelców konnych dowodzony przez płk. Władysława Kuleszę (zamordowany w Katyniu, w 2007 r. podniesiony pośmiertnie do stopnia generała brygady) oddał się do dyspozycji Marszałka.
Jeszcze we wtorek 11 maja prasa popołudniowa podała informację o ostrzelaniu willi Piłsudskiego w Sulejówku. Okazała się ona nieprawdziwa, ale wzmogła bardzo stan napięcia. I przysporzyła sporo sympatii marsz. Józefowi Piłsudskiemu. Mimo że działania wojsk wiernych Piłsudskiemu sprawiały raczej wrażenie zbrojnej demonstracji (żołnierzom towarzyszyła nawet orkiestra wojskowa), w nocy na rozkaz ministra spraw wojskowych gen. Juliusza Tarnawy-Malczewskiego ogłoszono alarm, stawiający warszawski garnizon w stan pogotowia. Jednak pan minister nie powiadomił tego dnia ani prezydenta, ani premiera. Witos został poinformowany o sytuacji przez ministra spraw wojskowych dopiero 12 maja rano, około 7.30. Prezydent Wojciechowski wyjechał 12 maja rano na wypoczynek do Spały, jednak po telefonie Witosa wrócił do Warszawy. Według relacji Witosa zebrana naprędce Rada Ministrów opowiadała się za unikaniem strzelania, wydała także odezwę do wojska.
Oto jej treść:
„Szerzona od dłuższego czasu przez spiskowców i burzycieli ładu i porządku zbrodnicza agitacja wśród wojska spowodowała smutne następstwa. Kilka oddziałów wojska z niektórych powiatów, zebranych w okolicy Rembertowa, podnieconych fałszywymi pogłoskami i uwiedzionych fałszywymi rozkazami, dało się pociągnąć do złamania dyscypliny i wypowiedzenia posłuszeństwa rządowi Rzeczypospolitej. Rząd Rzeczypospolitej stojąc na straży konstytucji i utrzymania ładu i porządku, zabezpieczył stolicę przed wtargnięciem zbuntowanych dowódców i obałamuconych przez nich oddziałów. Prezydent Rzeczypospolitej jako najwyższy zwierzchnik sił zbrojnych, wezwał rozkazem zbuntowanych do opamiętania się i poddania [się] prawowitej władzy. Rząd wzywa wszystkich obywateli do bezwzględnego spokoju i posłuchu legalnym władzom Rzeczypospolitej”
Ministerstwo Spraw Wojskowych wydało cały pakiet zarządzeń. Zabroniono załadowywania i ekspediowania transportów wojskowych bez zgody ministra, wstrzymano urlopy w wojsku, odwołano służbowe wyjazdy do Warszawy, zaczęto ściągać do stolicy pułki z ostrą amunicją. Zawieszono też prawa obywatelskie na obszarze miasta Warszawy, województwa warszawskiego oraz powiatów siedleckiego i łukowskiego w województwie lubelskim. Dowódca okręgu korpusu warszawskiego gen. Kazimierz Dzierżanowski wydał zakaz przepuszczania kogokolwiek przez mosty, a w razie próby przejścia nakazywał użycie broni. Marszałek, zgodnie z rozporządzeniem, mógł przejść przez most, ale wyłącznie osobiście, bez żadnej asysty. Działania Józefa Piłsudskiego były mocno improwizowane i początkowo wcale nie zmierzały w kierunku zbrojnego przewrotu. Prof. Mariusz Wołos w wywiadzie internetowym stwierdził: „Józef Piłsudski nie przygotowywał zamachu stanu w postaci zbrojnej, czyli w takiej postaci, w jakiej on został przeprowadzony. Ja w ogóle tego nie nazywam zamachem stanu (chociaż to był oczywiście zamach stanu), tylko nazywam to ‘majowym buntem żołnierzy’. Majowy bunt żołnierzy, żołnierz się buntuje. Józef Piłsudski sam był żołnierzem, uważał się za żołnierza i on też się zbuntował”
W tym samym wywiadzie prof. Mariusz Wołos zwraca uwagę, że żołnierze walczący po stronie Piłsudskiego nie mieli do dyspozycji żadnych map Warszawy. Po prostu nie szli do stolicy, aby walczyć, ale w celu zamanifestowania poparcia dla Józefa Piłsudskiego. W sposób niezwykle wnikliwy intencje Marszałka wykazał prof. Włodzimierz Suleja: „Piłsudski zamierzał powrócić do władzy, ale w najrozmaitszych kreślonych wówczas scenariuszach nie przewidywał użycia w tym celu siły. Po objęciu premierostwa przez Witosa sprowadzenie 11 maja do leżącej w pobliżu Sulejówka Wesołej 7. pułku ułanów nie było niczym więcej, jak zaopatrzeniem się w sprawną i barwną asystencję na wypadek, gdyby zdecydował się na wysunięcie, w imieniu armii, politycznych żądań. Skrajnie nerwowe reakcje Ministerstwa Spraw Wojskowych sprawiły, że jeszcze przed północą 11 maja Marszałek postanowił wydatnie wzmocnić siły, którymi zamierzał się posłużyć. Piłsudski liczył zapewne, że demonstracyjne wsparcie ze strony oddziałów stacjonujących w pobliżu stolicy wystarczy do przekonania prezydenta Wojciechowskiego, by rząd Witosa zdymisjonować i utworzyć gabinet zdolny do respektowania ‘moralnego interesu armii’. Piłsudski udał się 12 maja przed południem do Warszawy. Wojciechowskiego w Belwederze nie zastał, wykazana zaś kilka godzin później determinacja prezydenta, odrzucającego możliwość prowadzenia jakichkolwiek pertraktacji i potraktowanie poleceń wydawanych przez Marszałka jako wezwania do buntu, który mnależy stłumić siłą, uruchomiły mechanizm, w którego rezultacie doszło do trzydniowych zbrojnych starć.
Historykom opisującym przebieg majowego zamachu trudno jest zrozumieć beztroskę organizatorów owego przedsięwzięcia, nieład, brak koordynacji, czy zupełne niewykorzystanie elementów zaskoczenia. Dowodzi to jednego – braku planu opracowanego wcześniej. Wojsko – podkreślmy to raz jeszcze – nie było potrzebne Marszałkowi do wywołania zbrojnego buntu. Oczywiste jest natomiast, że dla przeprowadzenia politycznych planów, związanych w pierwszym rzędzie z forsowaną przezeń organizacją najwyższych władz wojskowych, niezbędne było choćby deklaratywne, ale jednoznaczne opowiedzenie się armii (w praktyce oficerskiego korpusu) po jego stronie. Poparcie takowe nie byłoby wówczas niczym innym, jak wyraźnym, czytelnym sygnałem, po czyjej stronie armia w toczonym sporze się opowiada. Stąd brak koordynujących całą akcję sztabów i uporczywe próby politycznego rozwiązania konfliktu. Wokół wydarzeń majowych, bez wątpienia tragicznych, narosło sporo legend. Jak ta, wedle której minister spraw wojskowych w gabinecie Skrzyńskiego, generał Lucjan Żeligowski, 18 kwietnia powierzył Piłsudskiemu dowództwo nad wybranymi jednostkami dla przeprowadzenia ćwiczeń międzygarnizonowych. Powtórzona za Stanisławem Hallerem przez Władysława Poboga-Malinowskiego i kolejnych badaczy, nie ma po dziś dzień źródłowego potwierdzenia…”
Powtórzmy jeszcze raz. Piłsudski wyjechał rano 12 maja do Warszawy, aby spotkać się z prezydentem Wojciechowskim, ale (jak pamiętamy) prezydent był jeszcze w Spale. Marszałek udał się więc do Rembertowa i wydał rozkaz marszu na Warszawę i obsadzenia mostów. Szybko opanowano Most Kierbedzia i częściowo Most Poniatowskiego. Równocześnie gen. Juliusz Tarnawa-Malczewski ściągał nadal wierne rządowi oddziały z okolic Warszawy. Dowódcą obrony Warszawy mianował gen. Tadeusza Rozwadowskiego, a jego szefem sztabu został płk Władysław Anders. Gen. Stanisław Haller został natomiast szefem Sztabu Generalnego. Przyleciał on do Warszawy z Krakowa 12 maja 1926 r. wieczorem. Sztab Generalny wspomagali dwaj pułkownicy: Tadeusz Kutrzeba i Franciszek Kleeberg. Gen. Juliusz Tarnawa-Malczewski zabronił wszystkim jednostkom wojskowymopuszczania garnizonów bez wyraźnego rozkazu. Pomiędzy godziną 16.00 a 17.00 doszło do spotkania pomiędzy Stanisławem Wojciechowskim a Józefem Piłsudskim na Moście Poniatowskiego.
Oto relacja prezydenta z tego wydarzenia:
„[…] Powitałem go [Piłsudskiego] słowami: stoję na straży honoru wojska polskiego – co widocznie wzburzyło go, gdyż uchwycił mnie za rękaw i zduszonym głosem powiedział – No, no! Tylko nie w ten sposób. – Strząsnąłem jego rękę i nie dopuszczając do dyskusji: – Reprezentuję tutaj Polskę, żądam dochodzenia swych pretensji na drodze legalnej, kategorycznej odpowiedzi na odezwę rządu. Dla mnie droga legalna zamknięta – wyminął mnie i skierował się do stojącego o kilka kroków za mną szeregu żołnierzy. Zrozumiałem to jako chęć buntowania żołnierzy przeciwko rządowi w mojej obecności, dlatego idąc wzdłuż szeregu do swego samochodu zawołałem: ‘Żołnierze, spełnijcie swój obowiązek’”
Po warszawskiej stronie mostu stał pododdział Oficerskiej Szkoły Piechoty pod dowództwem mjr. Mariana Porwita. Był on złożony z dwóch słabych kompanii. Marszałek nalegał, aby Porwit przepuścił go do miasta, major jednak odmawiał, powołując się na rozkaz komendanta miasta, który zakazał kogokolwiek przepuszczać. Wtedy Piłsudski zwrócił się wprost do żołnierzy. Marian Porwit wspominał: „Gdy naleganiom zdecydowanie odmówiłem, Marszałek Piłsudski poszedł do kordonu podchorążych zamykających całą szerokość wiaduktu i rzucił pytanie: ‘Nie przepuścicie mnie, dzieci?’. Podchorążowie skrzyżowali karabiny i ramiona, wołając: ‘Nie przepuścimy’. Gdy zapytał: ‘Będziecie strzelać do mnie?’ – posłyszałem okrzyk: ‘Niech żyje Prezydent Rzeczypospolitej’ i jednocześnie komendę, chyba dowódcy kompanii: ‘Ładować’”. Piłsudski opuścił więc most, idąc w kierunku Pragi. Ciągle miał jednak nadzieję na przełamanie oporu żołnierzy. Prof. Mariusz Wołos pisał: „Opuszczając most Poniatowskiego, bohater książki [Józef Piłsudski]miał wciąż cień nadziei na porozumienie żołnierzy i pozostawił na miejscu Wieniawę. Niewiele to dało. Długoszowskiego aresztowano i osadzono w więzieniu wojskowym przy ulicy Dzikiej” W areszcie na ul. Dzikiej płk Bolesław Wieniawa-Długoszowski nie przebywał długo. Oddziały piłsudczyków opanowały szybko centrum miasta i pułkownik tego samego dnia wieczorem został uwolniony.
Prof. Włodzimierz Suleja tak podsumowywał te wydarzenia: „Na moście Poniatowskiego Piłsudski pojawił się około 16.00, gdzie oczekiwał nań prezydent. Spotkanie zakończyło się fiaskiem. Prezydent zaproponował Piłsudskiemu powrót na drogę legalną, co oznaczało przyznanie się do klęski. Co gorsza, Marszałek usłyszał, że to właśnie prezydent stoi na straży honoru armii i przekonał się naocznie, że żołnierze gotowi są wymierzyć broń w niego samego. Skoro zaś Piłsudski kapitulować nie zamierzał, pozostawała mu już tylko orężna walka”.
Po spotkaniu z prezydentem Piłsudski udał się do koszar 36. Pułku piechoty na Pradze przy ul. 11 Listopada. Tam odpoczywając na kanapie, wdał się w pogawędkę z mjr. Karolem Ziemskim, kwatermistrzem 36. pułku piechoty. Mjr Ziemski po latach wspominał: „Nie pamiętałem, jak długo trwała ta rozmowa, gdy w trakcie jej usłyszałem przez otwarte okno strzały karabinów maszynowych od strony Zamku; usłyszał to i Marszałek. Twarz jego jeszcze bardziej przybladła i miała wyraz pełen zatroskania. Nastąpiło znowu milczenie, które przerwał dzwonek telefonu. Meldunek z mostu, że z przeciwnej strony 30. pułk rozpoczął ogień. Marszałek głosem cichym, jakby do samego siebie, powiedział: ‘A jednak rozpoczęło się. Myślałem, że do tego nie dojdzie’. Po chwili zameldował się gen. Dreszer i płk Sawicki”.
Strzały, które około 17.30 słyszał Marszałek, dobiegały z Placu Zamkowego, gdzie starli się wierni rządowi żołnierze z 30. Pułku piechoty z żołnierzami Piłsudskiego z 36. pułku piechoty pod dowództwem mjr. Jana Korkozowicza. Wcześniej major usłyszał od dowódcy oddziału wydzielonego z 30. pułku piechoty, kpt. Alojzego Szyca, ultimatum – żądanie wycofania się pod groźbą otwarcia ognia. Szyc czuł się pewnie, gdyż otrzymał wsparcie: kompanię odwodową 30. pułku piechoty, działon Dywizji Artylerii Konnej i dwa auta pancerne. Z posiłkami przybył mjr Antoni Bogusławski, który żądał, aby Szyc natychmiast rozpoczął walkę.
Mjr Korkozowicz oczywiście odmówił wycofania się. Pierwsi zaczęli więc strzelać żołnierze wierni rządowi (mający już o godzinie 16.00 zezwolenie od gen. Kazimierza Dzierżanowskiego na użycie siły). Jednak to mjr Korkozowicz odniósł zwycięstwo, chociaż straty 36. pułku piechoty wynosiły 11 zabitych i 28 ciężko rannych. Odblokowano jednak przedmoście Mostu Kierbedzia od strony warszawskiej, usuwając stamtąd siły rządowe. Oddziały Piłsudskiego mogły teraz bez żadnych problemów przechodzić przez ten most.
Wieczorem dowództwo z rąk zmęczonego Marszałka przejęli gen. Gustaw Orlicz-Dreszer i jego szef sztabu, ppłk Józef Beck. Formalnie stanęli oni na czele Grupy Operacyjnej o nazwie „Warszawa”. Po spotkaniu z Piłsudskim na Moście Poniatowskiego prezydent Wojciechowski wziął udział w Radzie Ministrów. Na jego wniosek rząd postanowił przenieść się z Pałacu Rady Ministrów (dzisiejszy Pałac Prezydencki na Krakowskim Przedmieściu) do Belwederu. Taką samą decyzję podjął sztab generalny i dowództwo obrony Warszawy. (...)
Prof. Wojciech Polak

Dyktator czy wybawca. Przyczyny i kulisy przewrotu majowego 1926
Bez żadnych nacisków, zupełnie spontanicznie, wybrano go po odzyskaniu niepodległości Naczelnikiem Państwa – za wielkie zasługi w walce o tę niepodległość. Z kolei za boje z bolszewikami Józef Piłsudski został Marszałkiem. Po przegnaniu Sowietów i ustaleniu granic uznano go jednakże w niektórych kręgach politycznych za niepotrzebny balast. Wyzywano go od najgorszych, dyskredytowano jego osiągnięcia. Więc w 1923 r.

Nieznane rozmowy Józefa Piłsudskiego
Sporo pisze się o Józefie Piłsudskim, ale rzadko oddaje się głos jemu samemu. W tej książce jest inaczej.
Tu Marszałek przemawia do nas wprost. Rozmów z nim spisano podczas jego życia nie za wiele, jeszcze rzadziej były publikowane w formie książkowej, trwałej – toteż nie są zbyt znane. A szkoda, gdyż Komendant bardzo dużo opowiadał w nich o sobie; o swoim życiu prywatnym, ale i swoich poglądach na Rzeczpospolitą oraz Europę.

Polski my naród
Polskość i patriotyzm stanowią kanwę tej niezwykłej książki, utkanej z rodzimej historii, obyczajowości, tradycji. To właśnie pośród nich uwił sobie gniazdo przed wieloma wiekami dumny polski Orzeł. Umiłowanie Ojczyzny wypisywali Polacy na sztandarach przez stulecia. Jako naród przetrwaliśmy różne dziejowe kataklizmy i istniejemy do dzisiaj tylko dlatego, że zachowaliśmy miłość do Polski.

Między nieładem a niewolą. Krótka historia myśli politycznej
Napisana barwnym, literackim językiem, świetnie ilustrowana książka jednego z najwybitniejszych intelektualistów europejskich. Pełna refleksji nad współczesnością historia od starożytnych myślicieli chińskich i filozofów greckich, przez świętych Augustyna i Tomasza, renesansowych humanistów, zachodnich filozofów baroku i oświecenia, po myślicieli polskich (np. Mistrz Wincenty, Paweł Włodkowic, Józef Piłsudski).

12 maja 1926 r., Józef Piłsudski przed spotkaniem z prezydentem RP Stanisławem Wojciechowskim na Moście Poniatowskiego. Od lewej: Kazimierz Stamirowski, Marian Żebrowski, Gustaw Orlicz-Dreszer, Józef Piłsudski, Władysław Jaroszewicz i Michał Galiński. Na oryginalnej fotografii sprzed kadrowania z prawej widoczny także st. wachm. Walenty Wójcik. Fot. Wikimedia



Komentarze (0)
Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników serwisu. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za ich treść. Wpisy są moderowane przed dodaniem.