Współtwórca polskiej szermierki Adam Papée
Adam Papee z kpt. Władysławem Segdą. Fot. NAC „Pamiętam Adama jak dziś. Przychodził na niemalże każdy turniej. Uroczy pan z laseczką, starannie ubrany, człowiek z wielką klasą, taktowny” – wspominał wspaniałego szermierza znany działacz, obecny wiceprezes Polskiego Związku Szermierczego, Adam Konopka. Bohater artykułu mimo upływu lat długo pozostawał aktywny i był bardzo blisko środowiska sportowego.
Niesforny chłopak
Jego ojciec, Fryderyk Papée, wywodził się ze spolonizowanych protestanckich Francuzów, którzy osiedli we Lwowie na początku XIX w. Był dyrektorem bibliotek uniwersyteckich we Lwowie i Krakowie; posiadał tytuł profesora honorowego UJ. W 1905 r., ze względu na zmianę miejsca jego pracy, rodzina Papée przeniosła się do królewskiego miasta. Mama Adama, Władysława z domu Anczyc, była zaś córką poety, dramatopisarza i działacza ludowego Władysława Ludwika Anczyca. Znaną postacią stał się także starszy o 6 lat od Adama brat Kazimierz, który został cenionym dyplomatą. W latach 1932–1936 piastował urząd Komisarza Generalnego RP w Wolnym Mieście Gdańsku, a od 1939 do 1958 r. był ambasadorem rządu emigracyjnego RP przy Stolicy Apostolskiej.
Adam urodził się 21 lipca 1895 r. we Lwowie. Należał, czego zresztą sam nie ukrywał, do niesfornych dzieci. „Nazywało się to we Lwowie, gdzie się urodziłem, ‘batiar’, a w Krakowie – ‘andrus’ – pisał po latach Papée. – Zanim doszedłem do egzaminu dojrzałości, cztery razy zmieniałem gimnazjum. Raz z przymusu (…), ale pozostałe trzy razy raczej poradzono mi, czy ojcu, abym zmienił uczelnię ze względu na bujny sposób życia. W mojej karierze szkół średnich były dosyć częste zatargi z profesorami, w których najczęściej oni mieli rację, ponadto np. podpalenie ogłoszeń w westybulu szkoły, cuchnące płyny rozlewane w czasie lekcji, wywieszki na tablicy z epitetami na profesorów”.
Wraz z upływem lat Adam stał się bardziej spokojny i dojrzały, w czym niemałą rolę – oprócz wzorców panujących w domu rodzinnym – odegrał sport. Maturę zdał bez problemów, w przewidzianym terminie. Rekreacyjnie uprawiał wiele dyscyplin: piłkę nożną na krakowskich Błoniach, tenisa, wspinaczkę górską, saneczki. Dopiero jednak szermierka wyzwoliła w nim prawdziwego sportowego ducha. Rozpoczęcie regularnych treningów doradził Adamowi ojciec: „Jesteś wątły, ten ruch połączony z ćwiczeniami gimnastycznymi może ci dobrze zrobić, możesz się zapisać”.
Początki życiowej pasji
Kurs szermierczy odbywał się w sali Gimnazjum św. Anny, a prowadził go znakomity fachowiec i jednocześnie znany krytyk sztuki oraz malarz Konrad Winkler (jego sylwetkę prezentowaliśmy we „Wpisie” 4/2025). Było to w 1908 r. Pierwsze pojedynki międzyszkolne, odnoszone na nich sukcesy i zdobywane nagrody zwiększały motywację do uprawiania tej dyscypliny. Adam Papée reprezentował barwy Krakowskiego Klubu Szermierczego, gdzie jego pierwszym trenerem był Antoni Bąkowski, absolwent słynnej wiedeńskiej Akademii Szermierczej.
Zdał maturę w przededniu wybuchu I wojny światowej. Późną jesienią 1914 r. walczył już pod Krzywopłotami, a wiosną 1915 r. w bitwie nad Nidą, jako żołnierz Legionów Polskich w I pułku artylerii. W 1917 r. uczestniczył w bitwach nad Styrem i Stochodem na Wołyniu. Po kryzysie przysięgowym został wcielony do armii Austro-Węgier, a po odzyskaniu niepodległości przez nasz kraj – do Wojska Polskiego. Dwukrotnie został odznaczony Krzyżem Walecznych.
Późniejszą karierę zawodową, rozpoczętą w Banku Gospodarstwa Krajowego, potrafił Adam Papée połączyć nie tylko z karierą sportową, która zaczęła rozwijać się coraz szybciej, ale też z szeroką aktywnością społeczną w ruchu sportowym. Należał do grona reaktywujących sekcję szermierczą w AZS Kraków, a jako jego członek (od 1921 r.) brał udział w 1922 r. w założycielskim zebraniu Polskiego Związku Szermierczego we Lwowie. Funkcję prezesa PZSzerm pełnił w latach 1925–1929. Był krótko również kapitanem sportowym w tym związku. Wraz z dwoma innymi czołowymi szermierzami polskimi okresu międzywojennego: Kazimierzem Laskowskim i Leszkiem Lubicz-Nyczem – otrzymał jako jeden z pierwszych w kraju dyplom fechtmistrza-amatora. Posiadał także uprawnienia sędziego związkowego i sędziego międzynarodowego w szermierce.
W 1923 r. Adam Papée ukończył studia na Wydziale Prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego ze stopniem doktora praw. Rok później czekał go pierwszy z czterech, jak czas pokazał, występów olimpijskich. Tuż przed wyjazdem na igrzyska sięgnął po tytuł wicemistrza Polski we florecie oraz wicemistrza w szabli. To właśnie ten drugi rodzaj broni stał się jego domeną – zdobył w szabli 4 złote medale podczas mistrzostw kraju.
Turnieje i medale
Jego debiut olimpijski w 1924 r. w Paryżu nie należał do udanych. Drużyna szablistów w składzie: Alfred Ader, Aleksander Małecki, Adam Papée, Konrad Winkler oraz Jerzy Zabielski odpadła z turnieju po porażce z Holandią 0:16 i USA 4:12. Nic więc dziwnego, że Papée wspominał to z goryczą: „Smutnie i zarazem komicznie zakończył się pierwszy występ, ale właśnie tam poznaliśmy prawdziwą szermierkę, zasady treningu, zaczęliśmy się uczyć sędziowania. Lekcja była bolesna, ale nadzwyczaj pożyteczna. Wszystko w tej wyprawie było ‘do koloru’. Pobyt nasz w Paryżu z braku doświadczenia i pieniędzy był fatalnie zorganizowany. Mieszkaliśmy stłoczeni po kilkanaście osób w klasach szkolnych przy ulicy Batignolles, jadaliśmy co się dało, a przecież do francuskiej kuchni nie byliśmy absolutnie przyzwyczajeni. Nie mieliśmy z kim, ani gdzie trenować. Ot, sieroty z prowincji, które przyjechały na zawody – ‘ciemna masa’”.
Do igrzysk w Amsterdamie w 1928 r. drużyna szablistów była już przygotowana o niebo lepiej. Tadeusz Friedrich, Kazimierz Laskowski, Aleksander Małecki, Adam Papée, Władysław Segda i Jerzy Zabielski wywalczyli wówczas brązowy medal. Polacy pewnie pokonali w ćwierćfinale Wielką Brytanię 11:5. Aby dostać się do półfinału, musieli stoczyć bardzo trudny pojedynek z USA. Po początkowej przewadze rywali udało się ich ostatecznie pokonać 9:7.
Dalsze boje opisał obszernie Adam Papée w książce „Na białą broń”: „ostatnią walkę muszę wygrać, bo jesteśmy gorsi trafieniami. Żeby było tragiczniej, w walce dochodzi do stanu 4:4. Jedno trafienie decyduje, więc kto przejdzie do półfinału? Cisza na sali. Nagle Amerykanin zrywa się do ataku, tnie. Ja paruję czysto i odpowiadam na maskę. Zwycięstwo! Szaleję ja i cała drużyna. To było chyba w moim życiu najcenniejsze trafienie. A po południu grupa: Włosi, Holendrzy, Belgowie i my, znowu dwie drużyny przechodzą do finału. Znowu Włosi nie do pokonania; trzeba wygrać z pozostałymi dwiema. Nie jedziemy na kwatery, jemy coś lekkiego, odpoczywamy. Mecz z Belgami wygrywamy ‘w cuglach’ 9:7. Prowadzimy cały czas, oszczędzając się na Holendrów. Ale tu zaczynają się kombinacje. Holendrzy są gospodarzami, poza tym są znani w świecie szermierczym. Powinni się bić z Włochami, a tu nagle decyzja, że mają się bić z Belgami, a my z Włochami. Intencja była chyba ta, że my się wyczerpiemy z Włochami i wtedy Holendrzy nas połkną. Mogliśmy protestować, ale kto się wtedy z nami liczył, z nieznaną Polską? Trzeba było inaczej zagrać. Na mecz z Włochami wystawiliśmy słabszy skład, a całej drużynie powiedziałem ‘bez wysiłku’. Kiedy organizatorzy zorientowali się, że nie damy się nabrać, przyszedł do nas sekretarz Międzynarodowej Federacji, proponując mecz z Holandią. Ale odmówiliśmy motywując, że nie jesteśmy przygotowani i prosimy trzymać się ułożonego już programu. Tak na tym wyszli gospodarze, że musieli się najpierw bić z Belgami (wygrali), a potem z Włochami (przegrali) i dopiero o dziesiątej wieczór byli gotowi, ale dobrze zmęczeni, a my odpoczywaliśmy. Gdy Holendrzy skończyli mecz z Włochami – gdzieś hurmem lecą. Podpatrujemy, co robią. Jedzą befsztyki i popijają piwem. Świetnie, będą ciężcy. Po godz. 22 zaczyna się mecz. Jury we wspaniałym składzie, sędziowało bez zarzutu. Przeciwnik jest ospały, a my fruwamy, bijąc ich szybkością i od razu prowadzimy wysoko. Przy stanie 8:4 mam walkę, w której Holender jest nieprzytomny ze zdenerwowania. Spokojnie go trafiam i wygrywam walkę i mecz. Holendrzy muszą kapitulować. Już północ, jesteśmy w finale niesamowicie zmęczeni, ale szczęśliwi. Więc w finale z Węgrami, Włochami, Niemcami. Ani tych pierwszych, ani drugich nie pokonamy, trzeba się skoncentrować na Niemcach. Puszczamy pierwszy mecz z Węgrami. Spotkanie z Niemcami zaczyna się szczęśliwie, bo Friedrich bije sławę Niemców Casmira – co nam dodało ducha. Prowadzimy stale i w ostatniej walce, mimo że Niemiec prowadzi 3:0 – Małecki zrywa się, wygrywa walkę i mecz. To zwycięstwo było rezultatem pracy, wysiłku, zaciętości. Nie biliśmy się już z Włochami, nie mieliśmy szans, a ponadto za bardzo byliśmy fizycznie i nerwowo wyczerpani. Nasz brązowy medal był sensacją w kraju i całym świecie szermierczym. Flaga nasza łopotała obok węgierskiej (I miejsce) i włoskiej (II miejsce)”.
Ówczesny sukces polskiej szermierki spotkał się z licznymi wyrazami uznania krajowej i światowej opinii publicznej.
W 1929 r. pracodawca, Bank Gospodarstwa Krajowego, przeniósł Adama Papée do Warszawy, gdzie został on zawodnikiem Legii Warszawa. Jako legionista wypłynął z polską reprezentacją w daleką podróż przez Atlantyk, na igrzyska olimpijskie w Los Angeles. Nasza drużyna szablistów – Władysław Dobrowolski, Tadeusz Friedrich, Marian Suski, Adam Papée, Władysław Segda i Leszek Lubicz-Nycz – po zwycięstwach z Meksykiem, Danią i USA oraz po porażkach z Włochami i Węgrami ponownie zdobyła wtedy brązowy medal.
Niedługo po igrzyskach Adam Papée przeprowadził się na Śląsk, gdzie kontynuował karierę w barwach Śląskiego Klubu Szermierczego Katowice. Do Warszawy powrócił w 1936 r. W czerwcu 1934 r. stolica Polski gościła najlepszych szermierzy Europy. Oczywiście wymagało to wieloletnich wysiłków polskich działaczy i entuzjastów szermierki, w tym Adama Papée. Działania te opłaciły się, a impreza przebiegła bez zakłóceń. Rozgrywane w Dolinie Szwajcarskiej mistrzostwa Europy zakończyły się dla nas sukcesem organizacyjnym i sportowym. Na Kongresie Międzynarodowej Federacji Szermierczej, który odbył się w roku następnym, nasi działacze otrzymali same pozytywne opinie.
Reprezentacja Polski poprzedziła swój występ na ME półtoratygodniowym obozem treningowym w Centralnym Instytucie Wychowania Fizycznego na Bielanach. Do startu w biało-czerwonych barwach zakwalifikowano: Władysława Segdę, Mariana Suskiego, Tadeusza Friedricha, Władysława Dobrowolskiego, Leszka Lubicz-Nycza i Antoniego Sobika. Adam Papée z powodu kontuzji ręki nie mógł niestety walczyć na planszy, ale bacznie przyglądał się pojedynkom szablistów.
W pierwszym spotkaniu Polska bez najmniejszych problemów zwyciężyła Grecję 9:0. W finale, obok naszej drużyny, wystąpiły ekipy Włoch, Węgier i Niemiec. Przegraliśmy niestety pojedynki z Węgrami (6:10) oraz z Włochami (aż 4:12). Pozostała więc walka z Niemcami o brązowy medal, którą obserwował i opisał Adam Papée: „Obie drużyny w najsilniejszych składach. Pierwsze walki są dramatyczne. Nasi przegrywają pierwsze trzy walki, potem jest 4:1, wreszcie nasi zawodnicy przychodzą do siebie i po kolei wygrywają siedem walk. Najtragiczniejszy moment minął i mogłem się uspokoić. Końcowy wynik był 9:5 dla nas i Niemcy mając przegrany mecz zrezygnowali z ostatnich dwu walk. Można sobie wyobrazić nastrój licznej publiczności, która po pierwszych walkach przygaszona, aplaudowała potem zwycięstwo naszej drużyny”. Dodać należy, że tytuł mistrzów Europy wywalczyli Węgrzy, a srebrny medal – Włosi.
Ostatni start olimpijski Adama Papée odbył się w 1936 r. w Berlinie. Obok niego wystąpili wtedy w drużynie: Władysław Dobrowolski, Władysław Segda, Antoni Sobik, Marian Suski i Teodor Zaczyk. Polscy szabliści awansowali do finału, pokonując: Grecję, Szwecję, Turcję, Francję i Austrię. W rozgrywce finałowej znalazły się zespoły Węgier, Włoch, Niemiec i Polski. Jedną z przyczyn niepowodzenia w tej fazie turnieju widział Papée w stronniczym sędziowaniu podczas spotkania z Włochami. Polacy bowiem nie odpuścili pojedynku z renomowanym rywalem i postanowili powalczyć o zwycięstwo. Zaczęło się dobrze, po wyrównanych walkach wynik brzmiał 5:5. Niestety sędziowie wyraźnie zaczęli faworyzować Włochów, „dając” im wygrać dwie walki; ostatecznie przegraliśmy 6:10. Zdeprymowani takim rozstrzygnięciem Polacy przegrali z drużyną niemiecką (3:9), z którą dotąd nie mieli kłopotów, a Węgrom ulegli zdecydowanie 1:10. Nasi szermierze ukończyli ten turniej olimpijski na czwartym miejscu. (...)
Jest to tylko fragment artykułu Krzysztofa Szujeckiego poświęconego wybitnemu polskiemu olimpijczykowi. Do zapoznania się z całością zapraszamy na łamach miesięcznika „Wpis” nr 184 z lutego 2026 r.

Monarchia polska
Nie byłoby królestwa w Polsce, gdyby nie chrzest Mieszka I oraz ustanowienie w 1000 roku hierarchicznego ładu polskiego Kościoła – pisze prof. Grzegorz Kucharczyk, autor wielu poczytnych książek historycznych. Zjednoczenie ziem polskich pod berłem królewskim przez Bolesława Chrobrego w roku 1025 było dowodem wielkości państwa oraz jego suwerenności.

Blask Rzeczypospolitej. Od X do XXI wieku
Oto dzieło wybitnego i wszechstronnego historyka, które czyta się jak pasjonującą powieść. Sięgając po Blask Rzeczypospolitej, każdy, kto w jednej książce chciałby zapoznać się z historią Polski na przestrzeni całych jej dziejów, ma tę możliwość. A dzieje te są długie, żywe i imponujące. Historia nasza, jak każdego wielowiekowego kraju, obfituje we wzloty i upadki. Może napawać dumą i podziwem, ale też przestrzegać przed niebezpieczeństwami.






Komentarze (0)
Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników serwisu. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za ich treść. Wpisy są moderowane przed dodaniem.