Afera powodziowa KO. Miliony dla męża i sąsiadów działaczki, a śladów powodzi brak
Donald Tusk z Anną Konieczyńską. Fot.: FB Michała Wosia
Wirtualna Polska ujawniła dziś sprawę, która może stać się jednym z najpoważniejszych skandali związanych z rozdzielaniem pomocy po powodzi z 2024 roku. Około 4,5 mln zł publicznego wsparcia, rozdysponowywanego przez Karkonoską Agencję Rozwoju Regionalnego, trafiło do trzech podmiotów z jednej okolicy: firmy męża wiceprezes KARR i działaczki KO Anny Konieczyńskiej, spółki należącej do jej sąsiadów oraz firmy właściciela lokalnej telewizji od lat współpracującej z samorządami. Problem w tym, że WP sprawdziła wskazane lokalizacje w danych Państwowej Straży Pożarnej, Wód Polskich, unijnego systemu satelitarnego Copernicus oraz ICEYE, którego obrazy zweryfikowało Centrum Badań Kosmicznych PAN. Żadne z tych źródeł nie potwierdziło obecności wody powodziowej pod analizowanymi adresami. Trzeba zastrzec, że brak śladu w tych źródłach nie przesądza jeszcze o braku jakiejkolwiek szkody, ale skala rozbieżności rodzi oczywiste pytania o sposób weryfikacji wniosków.
Najbardziej bezpośrednio z polityk KO związana jest pożyczka dla firmy jej męża. Piotr Konieczyński wystąpił o zaświadczenie o szkodzie dopiero dziewięć miesięcy po powodzi i pięć miesięcy po objęciu przez żonę stanowiska wiceprezes KARR. Firma otrzymała maksymalne 200 tys. zł z programu ministerialnego. Podczas oględzin wskazano m.in. pęknięte płytki, wymyte fugi oraz spękania tynku, również na balkonie na pierwszym piętrze. Sama gmina Jeżów Sudecki przyznała WP, że nie dysponowała niezależnym dowodem pozwalającym jednoznacznie stwierdzić, iż uszkodzenia były następstwem powodzi; podstawą pozostawało przede wszystkim oświadczenie zainteresowanego. Straż pożarna nie zanotowała tam interwencji powodziowej, Wody Polskie nie potwierdziły zalania przez pobliski potok, a dane satelitarne również nie wykazały wody. Prezes KARR zapewnia, że Konieczyńska wyłączyła się z procedury dotyczącej męża, jednak agencja nie udostępniła WP dokumentu potwierdzającego to wyłączenie.
Jeszcze większe pieniądze otrzymała spółka Kadalore, związana z sąsiadami Konieczyńskich: łącznie 3,2 mln zł, w tym 3 mln zł z instrumentu BGK. Pieniądze miały służyć usuwaniu szkód w sali zabaw dla dzieci w Jeleniej Górze, choć WP nie znalazła dowodów, by sala kiedykolwiek została otwarta i przyjęła klientów. Pierwszą pożyczkę w wysokości 200 tys. zł KARR zdążyła już umorzyć w 75 proc. Co więcej, w dokumentacji, do której dotarli dziennikarze, nie było odrębnego oszacowania szkód uzasadniającego trzy miliony złotych. Trzeci beneficjent, firma Dami, otrzymał ponad 1,12 mln zł, przy czym BGK potwierdził, że nie posiada nawet kopii wymaganej regulaminem deklaracji bezstronności dotyczącej milionowej pożyczki. Regulamin wskazuje zaś jako zagrożenia dla bezstronności m.in. interes gospodarczy i związki z podmiotem otrzymującym wsparcie.
Sprawa uderza bezpośrednio w KO również dlatego, że KARR nie jest prywatną firmą. 99,99 proc. jej akcji należy do samorządu województwa dolnośląskiego, rządzonego przez koalicję KO, PSL i Bezpartyjnych Samorządowców, a przez agencję przepływały środki z budżetu państwa i BGK. Konieczyńska jest działaczką Koalicji Obywatelskiej i od lutego 2025 roku wiceprezesem KARR. KO zawiesiła ją w prawach członka 23 czerwca, już po skierowaniu przez dziennikarzy pytań dotyczących sprawy; obecnie ma się nią zająć partyjny sąd koleżeński. Szef dolnośląskiej KO i wiceminister rozwoju Michał Jaros mówi dziś o „prymitywnych i chciwych zachowaniach” oraz zapowiada konsekwencje. To jednak nie usuwa podstawowego pytania politycznego: jak w systemie nadzorowanym przez instytucje publiczne możliwe było przyznanie i częściowe umorzenie wielomilionowego wsparcia przy tak poważnych wątpliwościach co do samych szkód?
Odpowiedzialności nie da się więc ograniczyć wyłącznie do jednej lokalnej działaczki. Program ministerialny finansowany był ze środków państwowych, a drugi instrument pochodził z BGK; państwo stworzyło system, w którym kluczową rolę odgrywały zaświadczenia gmin i dokumentacja przekazywana pośrednikowi. Ministerstwo Rozwoju i Technologii dopiero po pytaniach WP zaczęło żądać od gmin wykazów beneficjentów i informacji o dowodach, na podstawie których potwierdzano szkody. CBA prowadzi natomiast kontrolę programu KARR od kwietnia 2026 roku i zapowiada skierowanie sprawy do prokuratury, jeśli stwierdzi podejrzenie popełnienia przestępstwa. Na obecnym etapie nie ma jeszcze rozstrzygnięcia, że ktokolwiek dopuścił się przestępstwa, ale politycznie sprawa jest dla KO i rządu bardzo poważna: chodzi o pieniądze przeznaczone dla ludzi i przedsiębiorców rzeczywiście poszkodowanych przez katastrofalną powódź. Jeżeli ustalenia dziennikarskie zostaną potwierdzone przez kontrole, nie wystarczy wyrzucenie jednej działaczki z partii; konieczne będzie wyjaśnienie, kto zatwierdzał wypłaty, kto kontrolował dokumenty i dlaczego system państwowego nadzoru nie wychwycił tych wątpliwości wcześniej.
Źródło: wp.pl





Komentarze (0)
Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników serwisu. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za ich treść. Wpisy są moderowane przed dodaniem.