Siła i wolność. 250 lat Stanów Zjednoczonych Ameryki
| liczba stron: | 624 |
| obwoluta: | nie |
| format: | 16,5 cm x 23,5 cm |
| papier: | Amber Graphic |
| oprawa: | twarda |
| data wydania: | 11.05.2026 |
| ISBN: | 978-83-7553-455-9 |
| EAN: | 9788375534559 |
Realizacja zamówień zawierających tę książkę po 11.05.2026 r.
dodaj do przechowalni
Po przeczytaniu tej książki uświadamiamy sobie, jak wiele świat zachodni zawdzięcza Stanom Zjednoczonym Ameryki. Przede wszystkim dlatego, że tamte tereny stanowiły przez kilka wieków dla milionów Europejczyków miejsce ucieczki przed nędzą albo, jak w przypadku obywateli Rzeczypospolitej, przed niewolą. Potem Ameryka odwdzięczała się Europie, m.in. ratując ją podczas dwóch wojen światowych przed zwycięstwem tyranii i obłąkanych ideologii.
„Siła i wolność” nie tylko jest opowieścią o wodzach, bitwach i konfliktach, ale także stanowi refleksję nad religią, kulturą, społeczeństwem i nad zachodnią cywilizacją w ogóle. Widać wyraźnie, że Autor tej książki faktycznie uznaje historię za nauczycielkę życia. Prof. Wojciecha Roszkowskiego każdy w Polsce kojarzy od kilku lat z „Historią i teraźniejszością” – z samym przedmiotem, jak i z napisanym do niego podręcznikiem dla szkół średnich (wydanym przez Białego Kruka), którego przerazili się różnej maści lewicowcy i brutalnie go zaatakowali. Przerazili się, bo na jego kartach zderzyli się z bardzo niewygodną prawdą o sobie. Również i w tej książce Autor nie ukrywa swego chrześcijańskiego światopoglądu i przywiązania do odwiecznych wartości moralnych oraz narodowych, dowodząc, że to właśnie dzięki nim zrodził się naród amerykański, jakim go dziś znamy i szanujemy.
Z naszego punktu widzenia bardzo ciekawe są tu wątki poświęcone Polakom w USA. To nie tylko Kościuszko i Pułaski; już bowiem od początków osadnictwa na tych terenach nasi rodacy przyczyniali się najpierw do narodzin Stanów Zjednoczonych, a potem do ich rozwoju aż po obecną potęgę. Wnieśli spory wkład, o czym czyta się z niemałą satysfakcją. W ogóle całą książkę czyta się świetnie. Została bowiem napisana literacko, swobodnie, nawet z poczuciem humoru, choć w tekście, oprócz niezliczonych faktów historycznych, pojawiają się często głębokie refleksje nad życiem człowieka i funkcjonowaniem społeczeństwa.
Autor nie stroni od pytań o to, co dobre, a co złe, które koncepcje polityczne są realne, a które przynależą do utopii. Zastanawia się nad tym, co dzieje się z grupami społecznymi, a nawet z całymi narodami, gdy odrzucają w swym życiu Boga. Na te i inne ważne pytania wybitny pisarz i myśliciel prof. Wojciech Roszkowski udziela odpowiedzi. Pisząc dzieje Stanów Zjednoczonych, wykazuje się erudycją w wielu dziedzinach. Ponieważ jako wykładowca tamtejszych uniwersytetów długo przebywał w USA, napisał tę książkę z pozycji nie tylko zagranicznego historyka, ale także mieszkańca tamtego kraju.
Mam też pewne osobiste doświadczenie 9
1. Pierwsi przybysze 13
Indianie • Przybycie Europejczyków • „Zaginiona kolonia” • Jamestown • „Pielgrzymi” z Nowej Anglii • Maryland • Karolina
2. Epoka kolonialna 37
Początki trzynastu kolonii • Społeczeństwo kolonii • Życie religijne • Gospodarka kolonii • Życie umysłowe • Hiszpanie • Rosjanie na Alasce • Upadek Nowej Francji • Pierwsi Polacy
3. Amerykańska rewolucja 73
Trzynaście kolonii po 1763 roku • Bunt • Początek wojny • Niepodległość • Dalszy ciąg wojny • Francja wchodzi do gry • Zakończenie działań wojennych • Polacy w wojnie o niepodległość
4. Początki Stanów Zjednoczonych 109
Republika federalna • Ekspansja terytorialna • Wojna z Wielką Brytanią • Od Madisona do Jacksona • Dalsze akcesje terytorialne • Dwupartyjność i ekspansja • Dynamika ludnościowa • Życie gospodarcze • Życie religijne • Kultura amerykańska w pierwszej połowie XIX wieku • Polscy współtwórcy państwa
5. Wielki wstrząs 153
Refleksje reformatorów • Północ i Południe • Zachód • Nadciąga burza • Pierwsze starcie • Katastrofa wojny domowej • Polacy w wojnie secesyjnej • Finał
6. Wzrost mocarstwa 191
Rekonstrukcja • Eksplozja ludnościowa • Polityka partyjna • Dziki Zachód • Na Południu • Rewolucja przemysłowa • Powstanie amerykańskiego imperium • Duchowość na przełomie epok • Życie kulturalne • Wkład Polaków
7. Europie na pomoc 243
Wojna w Europie • Stany Zjednoczone a konflikt europejski • Koniec wojny • Początek pokoju
8. Między wojnami 261
Powrót republikanów • Szalone lata dwudzieste • Korzenie muzyki pop • Wielki Kryzys i New Deal • Nauka, kultura i sztuka • Polonia amerykańska • Gospodarka pod koniec dekady • Amerykański appeasement
9. Triumf bez sukcesu 299
Wojna w oddali • Od Pearl Harbor do Guadalcanal • W Wielkiej Trójce • W kraju • Ofensywy alianckie • Wokół Jałty • Finał wojny
10. W początkach Zimnej Wojny 327
Droga do Zimnej Wojny • Filar bezpieczeństwa Zachodu • Wokół wojny w Korei • W kraju • Pozorne odprężenie • Kryzys sueski i węgierski • Chwiejna równowaga międzynarodowa • Nowa polityka amerykańska • Gospodarka i społeczeństwo • Polonia amerykańska • Życie kulturalne
11. Epoka sprzeczności 375
„Kontynuujmy” • Odprężenie międzynarodowe • Wojna wietnamska • Przemiany społeczne • Rewolucja kulturalna • Milcząca większość • Zahamowanie globalizmu amerykańskiego • Zmiana kursu wobec Chin • Stany Zjednoczone w defensywie • Wokół afery Watergate • Pax Sovietica • Nowy początek demokratów • Życie Polonii • Schyłek odprężenia • Nauka, kultura i rozrywka • Wybory 1980 roku
12. Przebudowa świata 427
Nowy konserwatyzm • Przemiany społeczne • Scena międzynarodowa • Amerykańska ofensywa • Szczyt napięcia • Rok 1984 • Początek odprężenia • Przełom • Na progu zwycięstwa • Annus mirabilis 1989 • Wojna w Zatoce Perskiej • Zjednoczenie Niemiec i rozpad ZSRR • Trudny triumf Ameryki
13. Lata hegemonii 477
Demokrata w Białym Domu • Społeczeństwo • Wojna kultur • Globalne wyzwania • Wokół „Partnerstwa dla pokoju” • Pozory stabilności międzynarodowej • „Zimny pokój” • Druga kadencja Clintona • Polacy amerykańscy • Nauka, technologia i kultura
14. Zmienne trendy 521
Wokół 11 września • Wojna z terroryzmem • Problemy wewnętrzne • Dylematy liberalnego państwa prawa • Nowa administracja demokratyczna • Druga kadencja Obamy • Polityka zagraniczna
15. Bez końca 555
Make America Great Again • Pandemia • Krok w tył • Kultura w czasach technologii • Wątki polskie • Wielki reset • Wybory 2024 roku • Nowy początek • 250 lat państwa
Bibliografia 604
Mam też pewne osobiste doświadczenie…
Dwieście pięćdziesiąta rocznica uchwalenia Deklaracji Niepodległości Stanów Zjednoczonych i ogromna rola tego państwa we współczesnym świecie skłania do refleksji nad jego fenomenem. Mimo że obejmuje ona zaledwie ćwierć tysiąclecia, historia Stanów Zjednoczonych jest niezwykle bogata i ukryta w specyficznych słowach kluczowych, które wyjaśniają część jej ważnych aspektów. Są to takie pojęcia, jak: „pionierzy”, „pielgrzymi”, Nowe Jeruzalem, Ojcowie Założyciele, Miasto na Wzgórzu (City on the Hill), trudno przetłumaczalne self-made man, „od brzegu do brzegu” ( from coast to coast), „supermocarstwo”, ale także hasła „niewolnictwo”, „wolność” i „prawa człowieka”.
Zrozumienie tożsamości jakiegoś narodu i państwa jest niezwykle trudne i wymaga poznania jego historii. W przypadku Stanów Zjednoczonych mamy do czynienia z fenomenem budowy rozwiniętej cywilizacji na ogromnych obszarach, rzadko zaludnionych wcześniej przez Indian żyjących na progu rewolucji neolitycznej – dzieło milionów przybyszy z różnych krajów europejskich, głównie anglosaskich. To także fenomen narodu rozdartego wojną domową, któremu udało się ponownie zjednoczyć, z trudem przezwyciężając sprzeczność między ideałami wolnościowymi i niewolnictwem. Jest to supermocarstwo odrzucające kolonializm, ale dominujące dzięki własnej sprawczości i przezwyciężające potężne kryzysy. Po Wielkim Kryzysie lat trzydziestych nastąpił wybuch II wojny światowej, po rewolucji obyczajowej lat sześćdziesiątych – triumf „reaganomiki” w starciu z komunizmem, a po sukcesach obezwładniającej ideologii woke – współczesne otrzeźwienie. Nie jest to fenomen idealny, a o jego przyszłości nie da się powiedzieć nic pewnego, ale jest to stale fenomen dający nadzieję.
Opowieść o intrygujących dziejach państwa tworzonego od podstaw na zupełnie nowym terenie przez ludzi przybyłych z Europy wypada zacząć od refleksji nad amerykańskim hymnem The Star-Spangled Banner („Pod gwiaździstym sztandarem”). Wiersz ten napisał we wrześniu 1814 roku prawnik Francis Scott Key, którego imię nosi jeden z mostów w stolicy kraju – Waszyngtonie, na widok sztandaru dumnie wzniesionego przez obrońców Fort McHenry podczas angielskiego bombardowania w wojnie amerykańsko-brytyjskiej. Słowa tego wiersza zaczęto wówczas śpiewać do muzyki popularnej angielskiej pieśni Johna Stafforda Smitha pod tym samym tytułem, która stała się oficjalnie hymnem Stanów Zjednoczonych dopiero 3 marca 1931 roku, gdy odpowiednią ustawę w tej sprawie uchwalił Kongres USA.
Słowa pieśni są na tyle trudne, że wielu Amerykanów pamięta głównie zakończenie pierwszej zwrotki. Zacytujmy ją w całości:
O, powiedz, czy widzisz w blasku wczesnego świtu to,
Co tak dumnie witaliśmy w ostatnim blasku zmierzchu?
Czyje to szerokie pasy i jasne gwiazdy w niebezpiecznej walce
Tak dzielnie spływały nad wałami, na które patrzyliśmy?
A czerwony blask rakiet, bomby wybuchające w powietrzu
Dawały przez całą noc dowód, że nasza flaga wciąż tam jest;
O, powiedz, czy ten gwiaździsty sztandar wciąż powiewa
Nad krajem ludzi wolnych i domem ludzi dzielnych?
„Kraj ludzi wolnych i dom ludzi dzielnych” – hasło kończące tę zwrotkę jest bardzo często podstawowym wyróżnikiem Stanów Zjednoczonych w oczach jego obywateli, choć czarnoskórzy mieszkańcy kraju mieli i mają co do tych słów, i nie bez racji, pewne zastrzeżenia. Historia Stanów Zjednoczonych to bowiem historia zarówno wielkości, jak i wojennych okrucieństw i niesprawiedliwości, wielkich wyczynów, kryzysów i „nowych początków”. Niewątpliwie jednak w dzisiejszym skomplikowanym i brutalnym świecie to Stany Zjednoczone dają nadal, ze swą potęgą militarną i programem politycznym, nadzieję, że prawda i sprawiedliwość w stosunkach między państwami i między ludźmi nie zostaną pogrzebane.
Amerykańska historiografia przedmiotu jest gigantyczna. Autorowi nie przyszło nawet do głowy, by ją krytycznie omówić. Na amerykańskich wydziałach historii stale toczone są dyskusje na temat różnych jej aspektów. W pracy nad tą książką wykorzystywałem więc tylko własną bibliotekę i oczywiście ogromne zbiory źródeł internetowych. Sieć jest błogosławieństwem dla osób interesujących się historią Stanów Zjednoczonych, gdyż Amerykanie umieścili w niej znacznie więcej informacji o swych dziejach niż jakikolwiek inny naród.
Jako autor mam też pewne osobiste doświadczenie w obserwowaniu życia w Stanach Zjednoczonych, w tym także życia akademickiego w Marylandzie, Wirginii, Massachusetts, Nowym Jorku, Minnesocie i Dakocie Północnej, które pozwoliło mi w pewnej mierze zrozumieć rzeczywistość Stanów Zjednoczonych, ich historię oraz sposób myślenia Amerykanów. Z pewnością zrozumieniu historii tego kraju pomogły odwiedziny w kościele, gdzie szykowano „bostońską herbatkę”, przejrzenie lokalnej gazety, spacer po Alei Gwiazd w Hollywood czy przejażdżka mostem Golden Gate. Dobrze było posiedzieć nad James River, w porcie Saint Mary’s City, przejść się mostem w Concord, poczuć prawdziwy mróz w Minneapolis, zobaczyć miejsce dawnego targu niewolników w Charlestonie, pospacerować uliczkami Georgetown, zobaczyć pola bitew pod Gettysburgiem i Appomattox, dwór Waszyngtona w Mount Vernon i Jeffersona w Monticello, wjechać na nieistniejącą już wieżę World Trade Center, a nawet załatwić reklamację telefoniczną czy naprawę samochodu.
Szczególnie wdzięczny jestem profesorom Stanisławowi Wąsowskiemu z Georgetown University i Rickowi Rudolphowi z University of Minnesota, Włodzimierzowi Borkowskiemu oraz Krystynie i Markowi Grychczyńskim z Kalifornii, pani Marii Zaleskiej-Weintraub z Cambridge w stanie Massachusetts, profesorowi Sheldonowi Andersenowi z St. Paul w stanie Minnesota, pani Blance Rosenstiel, profesorowi Dariuszowi Tołczykowi oraz Marii i Marianowi Pospieszalskim z Wirginii, a może przede wszystkim profesorowi Duncanowi M. Perry’emu, który otworzył przede mną Waszyngton, Dakotę Północną i krainę amiszów w Pensylwanii.
Synteza historyczna jest gatunkiem specyficznym. Jej stworzenie wymaga od autora umiejętności uogólniania i wydobywania tego, co najbardziej charakterystyczne. Żeby jednak nazbyt nie upraszczać i nie nużyć czytelnika, trzeba odwoływać się do szczegółów. Ich dobór z kolei jest sprawą autora, który musi przekonać, że pokazał szczegóły nie tylko ciekawe, ale też mające znaczenie, bo mówiące coś więcej na temat ogólniejszej tendencji. Czytelnik może się zdziwić, że w książce są akurat te, a nie inne szczegóły, więc wypada tylko stwierdzić, że nie na wszystkie starczyło miejsca.
Punkt widzenia historyka amerykańskiego na wiele spraw jest inny niż polskiego. Widać to wyraźnie na przykładzie formułowania ocen dotyczących II wojny światowej. Niezwykle trudną sztuką jest wyważenie tych racji. Książka stanowi dzieło Polaka, który osobiście poznał problemy Stanów Zjednoczonych i ocenia je z własnej perspektywy. Czytelnik amerykański z pewnością miałby swój punkt widzenia, gdyż od lat szkolnych jest przyzwyczajony do obcowania z pojęciami, nazwami czy postaciami, które określają pojmowanie przez niego historii Stanów Zjednoczonych. Tak jednak musi być zawsze, jeśli idzie o historię jakiegoś kraju opisywaną przez obcokrajowca.
Tak czy inaczej, przedstawienie dziejów Stanów Zjednoczonych jest niesamowitym wyzwaniem. Zamknięcie ich w jednym tomie wydawać się może szaleństwem. Historia tego niezwykłego kraju zachęca jednak do podejmowania ważnych wyzwań, bo to kraj „ludzi dzielnych”.
1.
Pierwsi przybysze
INDIANIE
Pod względem geograficznym dzisiejsze Stany Zjednoczone dzieli się zazwyczaj na sześć głównych regionów. Po pierwsze, są to niziny wschodniego wybrzeża od Maine na północy do Georgii na południu. Mimo występowania na tym terenie średnich gleb klimat ułatwia tu wegetację, choć występują spore różnice w temperaturach, od umiarkowanych na północy do tropikalnych na południu. Po drugie, trzeba wskazać na system starych gór Appalachów, ciągnących się równoległymi pasmami od Pensylwanii do Georgii. Wśród gór położone są żyzne doliny rzek Shenandoah czy Tennessee. Jest to region bogaty w złoża węgla i innych surowców mineralnych. Po trzecie, wyróżnia się niziny nad Zatoką Meksykańską od Florydy do Teksasu. Gorący klimat, duża wilgotność i czarnoziemy umożliwiają tu uprawę zbóż, bawełny, jarzyn i owoców południowych. Po czwarte, wielka nizina środkowa obejmuje nie tylko dolinę Mississippi-Missouri, ale także ich dopływy: Illinois, Ohio, Arkansas i Red River, oraz płaskowyż Ozark. Teren ten umożliwia komunikację z Wielkimi Jeziorami na północy. Żyzne prerie zamieniono tu na pola uprawne, stanowiące zbożowe zaplecze USA. Po piąte, Góry Skaliste z płaskowyżem Colorado, Wielkim Basenem i nadbrzeżnymi górami Sierra Nevada i Kaskadowymi obfitują w bogactwa naturalne, takie jak rudy miedzi i żelaza, srebro, złoto i uran. Wreszcie, po szóste, jest też wybrzeże zachodnie z żyznymi dolinami i umiarkowanym klimatem.
W najszerszym tego słowa znaczeniu Ameryka była zawsze krainą nowo przybyłych, choć w różnym czasie. W przeciwieństwie do Starego Świata, gdzie tkwią korzenie ludzkości i gdzie przemieszczanie się naszych przodków od zarania ich dziejów tworzy nadal niejasny obraz pierwotnego domu, Nowy Świat został zaludniony kilkanaście tysięcy lat temu przez kolejne fale przybyszy z północno-wschodniej Azji, którzy przemieścili się tam przez istniejący wówczas pas lądu łączący Alaskę z syberyjską Czukotką, zwany czasem Beringią.
Ludy, które przybyły z Beringii, reprezentowały typ kultur paleolitycznych, charakteryzujących się myślistwem i zbieractwem jako metodami zdobywania pożywienia. Trudno powiedzieć, czy zalążki upraw powstały jeszcze przed ich dotarciem do Ameryki, czy już na miejscu. Ze względu na surowość klimatu w pierwszym okresie po ich pojawieniu się w tej części świata bardziej prawdopodobna jest druga hipoteza. Od początku tej migracji myśliwi potrzebowali narzędzi do polowań. Stąd rozwijały się różne metody produkcji kamiennych oszczepów, strzał i noży. W ciągu dwóch lub trzech tysięcy lat te pierwotne plemiona zawędrowały na samo południe Ameryki Południowej, a niektóre z nich wytworzyły wysoko rozwinięte społeczeństwa neolityczne i miejskie Tiahuanaco, Nazca, Inków i Moche w Ameryce Południowej oraz Olmeków, Tolteków, Azteków, Zapoteków i Majów w Ameryce Środkowej.
Na terenie współczesnych Stanów Zjednoczonych najwyżej rozwinęły się kultury plemion Hopi i Zuni, tworząc tuż przed przybyciem Europejczyków na obszarze dzisiejszych stanów Arizona i Nowy Meksyk osiadłą kulturę nazwaną przez Hiszpanów Pueblo, opartą już na uprawach i rzemiośle. Pozostałe plemiona zamieszkujące obszar Stanów Zjednoczonych pozostawały aż do XVI wieku na etapie początków gospodarki neolitycznej. Kilkanaście tysięcy lat pobytu uczyniło je gospodarzami tego obszaru, lecz zderzenie z Europejczykami przyniosło im dramatyczną klęskę.
Ludność autochtoniczna, którą zastali Europejczycy, była bardzo zróżnicowana, podobnie jak warunki geograficzne i klimatyczne, w których żyła. Indianie z północnych rejonów współczesnych Stanów Zjednoczonych mieszkali na nizinach, gdzie panowały krótkie lata i srogie zimy. Z powodu braku gór od północy ciągnęły tam wielkie masy lodowatego powietrza od bieguna, sięgające prerii nad doliną Mississippi. Inne warunki panowały w Górach Skalistych i na ich podgórzach, w słonecznej Kalifornii czy dalej na północy wybrzeża Pacyfiku. Klimat Nowej Anglii zbliżony był do europejskiego, ale na południe od Marylandu i Wirginii stopniowo przechodził w tropikalny. Wśród ludności indiańskiej zamieszkującej obecne Stany Zjednoczone na początku XVI wieku badacze wyróżniają około 270 plemion, często grupowanych w większe rodziny językowe, lub mniejsze grupy, które nazywa się najczęściej szczepami. Wyróżnia się tu obszar północno-wschodni, wybrzeże północno-zachodnie, obszar Kalifornii, wyżyny i góry Środka, obszar prerii współcześnie zwany Midwestem, południowy zachód i południowy wschód.
Indianie z obszaru północno-wschodniego dzielili się między innymi na należące do grupy językowej Algonkin plemiona Illinois żyjące na południe od jeziora Michigan, Szaunisów i Kickapoo znad jeziora Erie, spokrewnionych językowo z Irokezami Huronów znad północnych brzegów jeziora Ontario, Mohawków z dzisiejszego stanu Nowy Jork oraz mieszkających na południe od nich plemion Delaware i Susquehannock. W momencie, gdy przybyli tam Anglicy, Wirginię i Karolinę Północną zamieszkiwało około dziesięciu tysięcy Indian z 43 szczepów, głównie z grupy Algonkin. Trzydzieści spośród tych plemion uznawało przywództwo wodza konfederacji Powhatan imieniem Wahunsonacock. Federacja obejmowała około ośmiu tysięcy ludzi z plemion mieszkających w pasie nadbrzeżnym między rzeką Potomac i dzisiejszą Karoliną Północną. Dalej na północ i zachód mieszkali Indianie Nansemond, Monacan i Manahoac, którzy rywalizowali z Powhatan. Na północ od dzisiejszego Richmond żyli Indianie Rappahanock, a dalej na południe – Czirokezi. Siedzibą wodza konfederacji była osada położona około półtora kilometra poniżej wodospadu koło Richmond nad James River. Drugą stolicą konfederacji była miejscowość Werowocomoco na północnym brzegu York River, w obrębie dzisiejszego hrabstwa Gloucester.
Jak większość Indian, także ci północno-wschodni, w tym wirginijscy, utrzymywali się z polowań i rybołówstwa oraz uprawiali kukurydzę, squash i dynie. Ubierali się w skóry zwierząt i prymitywne tkaniny z włókien roślinnych. Ich kapłani, zwani periku, oddawali cześć jedynemu bóstwu imieniem Okee, Kiwasa, Quioccos lub Manith, nazywanemu Stwórcą Wszystkich Rzeczy. Nie mieli dokładnego pojęcia czasu ani nie liczyli godzin. W ogóle słabo orientowali się w liczbach. Znali jednostki, dziesiątki i setki, ale poza tym byli mało dokładni w rachunkach. Wódz Powhatan miał podobno wysłać swego reprezentanta Tomocomoco do Anglii, aby policzył on jej mieszkańców. Jaki był wynik owych obliczeń, nie wiemy, ale wystarczyły one, by uzmysłowić Indianom, że przybywanie białych stanowi dla nich śmiertelne zagrożenie. Organizacja plemienna była oparta na ścisłym posłuszeństwie wobec rady starszych i wodza, ale poza tym Indianie cieszyli się wolnością. Nie znali też w zasadzie pojęcia własności rzeczy ani pisma poza zapisami w postaci sznurków, na których zawiązywali węzły. Mieli szereg uroczystości związanych na przykład z przylotem dzikiego ptactwa lub zbiorem kukurydzy. Potrafili bezwzględnie pościć, a następnie oddawać się obżarstwu. Ważny obrzęd stanowiła inicjacja młodych mężczyzn w wieku 14–16 lat. Nagość była zjawiskiem częstym zarówno podczas wspólnych kąpieli, jak i tańców. Mężczyzna mógł mieć tyle żon, ilu był w stanie zapewnić utrzymanie, ale na ogół praktykowano jednożeństwo. Zawarcia związku nie poprzedzały długie starania o wybrankę. Kobieta, która zaakceptowała podarek mężczyzny, szła za nim do wigwamu i stawała się oną. Odtąd mąż był zobowiązany do polowania i rybołówstwa na rzecz nowego ogniska domowego, o które ona musiała dbać. Kobiety zajmowały się też uprawą kukurydzy i innych roślin użytkowych. Mężczyzna mógł oddalić żonę ze skutkiem natychmiastowym, kobieta mogła opuścić męża, ale nie wolno jej było zawrzeć nowego związku przed kolejnym świętem rocznym. Odgrywała ona w swej społeczności ogromną rolę ze względu na to, że wszelkie honory przechodziły z matki na potomstwo. W przypadku rozejścia się pary dzieci pozostawały przy matce.
Indianie wirginijscy nie wytrzymali naporu białych. Skromne liczebnie plemiona ginęły w walkach i wymierały z powodu chorób przywiezionych przez Europejczyków. W 1700 roku żyło po kilkudziesięciu Indian z plemion Kiequotank, Matchopungo, Occahanock, Pamunkey i Pungoteque, nieco więcej Nansemond i Chickahominy. Do dzisiaj w Wirginii mieszkają w hrabstwie King William niewielkie grupki Indian z plemion Pamunkey i Mattaponi, w hrabstwach Charles City – Chickahominy, Monacan i Nansemond, a w hrabstwach Richmond i King and Queen – Indianie Rappahanock. Ich łączna liczba nie przekracza 1 500 osób.
(…)













