Niepokój stadionów

Niepokój stadionów to bogato ilustrowana, napisana porywającym językiem książka, a starannie dobrane zdjęcia pozwalają wczuć się w klimat opisanych wydarzeń. Autorzy, dwaj znakomici dziennikarze sportowi, analizują problem wielkich emocji, które w różny sposób towarzyszą rozgrywkom sportowym. Zadają wiele...

Autorzy: Marek Bobakowski, Rafał Zaremba

liczba stron: 112
obwoluta: nie
format: 205x250 mm
papier: 150 g kreda
oprawa: twarda lakierowana
data wydania: 14-03-2012
ISBN: 978-83-7553-131-2
Zarejestruj się aby otrzymać rabat 25% na pierwsze zamówienie oraz 20% na kolejne zamówienia! Darmowa dostawa zamówień powyżej 120zł.
Dostępność: duża ilość

Niepokój stadionów to bogato ilustrowana, napisana porywającym językiem książka, a starannie dobrane zdjęcia pozwalają wczuć się w klimat opisanych wydarzeń. Autorzy, dwaj znakomici dziennikarze sportowi, analizują problem wielkich emocji, które w różny sposób towarzyszą rozgrywkom sportowym. Zadają wiele pytań:

- Który sportowiec zarobił najwięcej w całych dziejach? - Gdzie miały miejsce największe tragedie stadionowe XX i XXI wieku?
- Dlaczego na Heysel UEFA kazała grać, gdy obok liczono zabitych?
- Czy ostre represje są w stanie poskromić niesiony emocjami tłum?
- Kto zabrania okazywania zwykłej sympatii jakiejkolwiek sprawie, gdy jest ona polska?
- Czy upadek kulturalny społeczeństwa powoduje wzrost chamstwa stadionowego?
- Winą obarcza się samych kibiców - czy słusznie?
- Jakie są tła polityczne tragedii na stadionach?
- Dlaczego jedna z najpiękniejszych dyscyplin sportowych, wielbiona przez miliony ludzi na całym świecie, zamiast radości potrafi przynieść śmierć?

Na jedne znajdują odpowiedź, na inne nie. Jedno jest pewne: duże emocje towarzyszyły i towarzyszyć będą wielkim, ale i małym, widowiskom sportowym. A skoro tak, to rodzi się pytanie, gdzie te emocje skierują sami kibice oraz ludzie organizujący im widowiska. Mogą być skierowane w stronę chamstwa, a nawet bandytyzmu, ale mogą i w kierunku szlachetnym. Na przykład w kierunku patriotyzmu.

Proponujemy przede wszystkim ustanowienie i systematyczne organizowanie ogólnopolskiego Dnia Pojednania Kibiców, najlepiej w 3 lub 8 kwietnia, a więc w rocznicę pamiętnej Mszy św. na stadionie Cracovii albo w rocznicę pogrzebu św. Jana Pawła II.

Wstęp Historia stara jak świat?

Rozdział I Heysel - tam, gdzie umarła piłka

Rozdział II Dramat na Hillsborough

Rozdział III Italio, mamy problem!

Rozdział IV Oblicza katastrofy

Rozdział V Hooligans po polsku

Rozdział VI Mecz, czyli pretekst

Rozdział VII Rozpętało się piekło

ROZDZIAŁ V

HOOLIGANS PO POLSKU

"Nobla temu, kto znajdzie lekarstwo na głupotę". Słowa nieodżałowanego Kazimierza Górskiego doskonale oddają problem, jaki przy okazji spotkań piłkarskich ujawnia się na naszych stadionach. Szczęśliwie nasz kraj omijają wielkie tragedie, jak te przypomniane wcześniej. W Polsce nie zawaliła się konstrukcja żadnego ze stadionów, trybun nie opanowała panika, która zawsze pochłania niewinne ofiary, na obiektach piłkarskich nie zanotowaliśmy też wielkiego pożaru. Kłopot jest taki, że na tym dobre wiadomości o sytuacji na polskich stadionach się kończą. Agresja, wandalizm, chuligaństwo, chamstwo - te pojęcia bardzo często są powtarzane przy okazji relacji ze spotkań ligowych czy pucharowych. I co gorsza, nic nie wskazuje na to, by szybko miało się to zmienić. Na skutek powtarzających się awantur wokół boisk piłkarskich, narodziło się nowe (bardzo dziwne, przyznajmy) określenie - pseudokibice. Oznacza ono podszywających się pod kibiców określonych klubów ludzi, których głównym celem nie jest wspieranie dopingiem drużyny, ale doprowadzenie do rozrób.

ŚCIŚLE TAJNE

Chuligaństwo na imprezach sportowych w Polsce ma długą tradycję. Wiele groźnych awantur było skrzętnie tajonych przez władze PRL. "Przewodniej sile narodu", jak kazała się nazywać PZPR (Polska Zjednoczona Partia Robotnicza), nie było na rękę ujawnianie jakichkolwiek ekscesów, bo każde z nich mogło być odczytywane jako sprzeciw wobec obowiązującego systemu politycznego. Tymczasem, co jakiś czas, dochodziło w czasie imprez sportowych do dużych rozrób, w których uczestniczyło czasem i kilka tysięcy osób! Tak było 24 maja 1968 roku podczas zakończenia szesnastego etapu XXI Wyścigu Pokoju. Stadion X-lecia w Warszawie, gdzie finiszowali kolarze, wypełniły tłumy kibiców. W znacznej części byli pod wpływem alkoholu, który lał się strumieniami, zwłaszcza w autokarach wiozących kibiców z całego kraju. Zakłady pracy miały wtedy obowiązek zadbania o to, by pracownicy stawiali się na imprezach masowych, sportu nie wyłączając. Wówczas, w 1968 roku, sytuacja w Polsce, była od czasu "wydarzeń marcowych" wyjątkowo napięta, a niechęć do polskich władz, powszechnie utożsamianych z ZSRR, ogromna. Kiedy przez stadionowe megafony poinformowano, że na czele wyścigu jadą kolarze zza naszej wschodniej granicy, atmosfera stała się wyjątkowo gorąca. Dla tłumów nie miało już potem żadnego znaczenia, że jako pierwszy na stadion wpadł reprezentant NRD. Kiedy tylko pojawił się na obiekcie, w jego kierunku poszybowały butelki. Jednemu z interweniujących milicjantów stawił opór pijany kibic. Doszło do bójki, która rozrosła się szybko do potężnej awantury. Sytuacja zupełnie wymknęła się spod kontroli. Siły milicyjne nie były w stanie opanować kilku tysięcy walczących osób. Nie pomógł też sprowadzony na pomoc oddział ZOMO. Walki przeniosły się na ulice. Przez lata wszystkie informacje na ten temat były utajnione. Dopiero po zmianach ustrojowych w archiwum IPN ujawniono specjalny załącznik do biuletynu wewnętrznego MSW nr 124/68. Czytamy w nim: "Podczas zakończenia XXI Wyścigu Pokoju na Stadionie X-lecia w Warszawie doszło do zakłóceń porządku publicznego ze strony elementów chuligańskich, podekscytowanych zwycięstwem drużyny polskiej. Grupy wyrostków i chuliganów, mimo przeciwdziałania sił porządkowych i MO, wdarły się na płytę stadionu, dezorganizując porządek imprezy.

Podchmieleni chuligani, w niektórych sektorach, rzucali na boisko i na publiczność butelki, kamienie i inne twarde przedmioty powodując narastanie wzburzenia. Około godziny 19.00, część agresywnej publiczności (około 3.000 osób) zgromadziła się przed budynkiem Państwowego Przedsiębiorstwa Imprez Sportowych, zagrażając porządkowi publicznemu. Około godziny 20.00 porządek został przywrócony przy użyciu siły przez pododdziały ZOMO.

Podczas ekscesów odniosło obrażenia cielesne 31 osób spośród publiczności (3 osoby umieszczono w szpitalu). W czasie przywracania porządku zostało rannych 14 funkcjonariuszy MO. Drobnym uszkodzeniom uległo 14 pojazdów samochodowych milicji obywatelskiej (wybicie szyb, zadrapanie lakieru i wgniecenia karoserii).

W związku z ekscesami zatrzymano 45 osób, spośród których 31 osadzono w areszcie, 6 nieletnich oddano pod opiekę rodziców, a 8 zwolniono z braku podstaw do wszczęcia postępowania karnego lub karno-administracyjnego. W stosunku do 37 osób wszczęto postępowanie karne lub karno-administracyjne. Z liczby tej 20 osób mieszka w Warszawie, a 17 na terenach podwarszawskich (w tym ustalono 22 osoby pracujące i 6 uczniów szkół zawodowych). Wiek sprawców: do lat 17 - 6 osób, do lat 20 - 14 osób, do lat 30 - 12 osób, ponad 30 lat - 5 osób". Historycy badający tamte wydarzenia twierdzą, że walki wywołane na Stadionie Dziesięciolecia, z udziałem kilku tysięcy ludzi, trwały niemal 20 godzin i ofiar musiało być więcej. Bez wątpienia była to największa awantura wywołana w naszym kraju przy okazji imprez sportowych. Najczęściej jednak za czasów PRL do rozrób na polskich stadionach dochodziło przy okazji meczów piłkarskich. Pod tym jednym względem nie odbiegaliśmy od europejskich "standardów". Początkowo rzadkie incydenty, w latach osiemdziesiątych zaczęły się przekształcać w regularne starcia zwaśnionych kibiców. Mimo "żelaznej kurtyny" sława angielskich hools szybko dotarła i do nas. Grupy utożsamiające się z ligowymi klubami zaczęły być coraz bardziej liczne i lepiej zorganizowane. Polscy chuligani starali się wzorować na swoich zachodnich "kolegach". - Nie było internetu, dostęp do telefonów był mocno ograniczony, a o wyjeździe za granicę można było tylko pomarzyć - opowiada jeden z założycieli bojówki Legii Warszawa. - Wszelkie nowości przekazywaliśmy więc sobie pocztą pantoflową. Szaliki klubowe, flagi, czasem petardy. Uczyliśmy się tego od podstaw. Jak sobie przypomnę szaliki sprzed 30 lat i porównam do tych obecnych, ogarnia mnie śmiech.

Po upadku reżimu komunistycznego chuligaństwo stadionowe nie zniknęło z polskich aren sportowych. Jednakowo dobrze radzi sobie bowiem w każdej rzeczywistości politycznej. Jeśli się coś zmieniło, to na gorsze. Komórki i internet pomagają bardziej chuliganom niż policji. Okres transformacji ustrojowej sprzyjał różnego rodzaju patologiom i eskalacji przemocy wokół stadionów piłkarskich. Do zorganizowanych grup pseudokibiców przeniknęli m.in. przedstawiciele skinów. To spowodowało bardziej brutalne działania bojówek poszczególnych klubów. Zadymy na trybunach, zamieszki na ulicach miast, umawiane bójki (tzw. ustawki), w końcu nawet mordowanie fanów rywala. Jesteśmy tego świadkami, z różnym natężeniem, od wielu lat. Często nieświadomi nawet skali przemocy.

ANGLIK NIE ROZUMIE

29 maja 1993 roku zginął kibic Pogoni Szczecin. Nie na stadionie, nie podczas bijatyki na ulicy, a w tramwaju, jadąc na mecz reprezentacji Polski. Andrzej Kujawa został śmiertelnie dźgnięty nożem, bo ludzie mieniący się kibicami Cracovii zobaczyli niebieskie frędzle jego szalika wystające spod ubrania i uznali, że jest fanem Wisły Kraków. A fani obu krakowskich klubów są w stanie "wojny". Z tym, że niebieskie frędzle akurat w tym przypadku oznaczały przywiązanie do barw Pogoni Szczecin, a nie "Białej Gwiazdy".

- Kiedy dowiedziałem się o śmierci kibica ze Szczecina, nie mogłem dojść do siebie - powiedział po meczu Polska - Anglia strzelec bramki dla biało-czerwonych a zarazem piłkarz związany na dobre i na złe ze Szczecinem, Dariusz Adamczuk. - Pamiętam, że wtedy po raz pierwszy uświadomiłem sobie: cholera, mamy problem z agresją na trybunach!

Podczas wspomnianego spotkania rozgrywanego na Stadionie Śląskim doszło również do regularnych starć oddziałów policji z polskimi chuliganami na widowni. - Nie mogliśmy zrozumieć, co się dzieje - stwierdził jeden z angielskich kibiców, Jeff Radson. - Patrzyliśmy na sektor zajmowany przez polskich fanów i widzieliśmy, jak oni się nawzajem okładają pałkami, ławkami, kamieniami. Dlaczego nie atakują nas, tylko swoich rodaków? Zadawaliśmy sobie takie pytanie i nikt nie był w stanie tego pojąć. Dopiero wezwane oddziały antyterrorystyczne zapobiegły dalszej eskalacji awantury. Zaprowadziły względny porządek na trybunach, bo dalsze bójki mogły doprowadzić do przerwania spotkania, albo - co gorsze - do wielkiej tragedii z ofiarami wśród ludzi. Do starć z policją doszło także poza stadionem. Jak działa psychologia tłumu, obrazuje przypadek jednego z uczestników zajść, potem wysokiego rangą pracownika urzędu celnego. - W drodze na mecz wszyscy śpiewali, a większość, podobnie jak nasza grupa, była już w "wesołym" nastroju po spożyciu kilku piw i czegoś mocniejszego - opowiada, zastrzegając anonimowość. - W pewnym momencie zrobił się chaos i spostrzegłem ruszający w naszą stronę oddział policji. Ludzie rzucali w jego stronę czym tylko się dało. Butelkami, kamieniami. Nawet się nie namyślałem. Złapałem za jeden kamień, potem drugi. Rzucałem, jak automat. Gdy policjanci byli już blisko nas, rozpierzchliśmy się na różne strony. Szczęśliwie dotarłem na mecz. Otrzeźwienie przyszło następnego dnia.

Awantury nie zostały jednak wywołane przez przypadkowe osoby. Kibice zwaśnionych drużyn urządzali już wtedy prawdziwe polowania na siebie. Mecz reprezentacji kraju schodził na drugi plan wobec nienawiści wynikającej z sympatii (?) do określonego klubu. Dopiero po tragicznym wydarzeniu w tramwaju jadącym na Stadion Śląski doszło do nieformalnego spotkania przywódców zorganizowanych grup chuliganów z całej Polski. Pojawili się przedstawiciele największych klubów - oprócz Cracovii. Uzgodniono, że na czas meczów reprezentacji obowiązuje "zawieszenie broni". Od tamtego czasu, poza kilkoma epizodami, spotkania biało-czerwonych są toczone bez agresji ze strony polskich kibiców.

Kiedy w 2003 roku podczas pojedynku eliminacyjnego do mistrzostw Europy Polska - Węgry część kibiców rozpoczęła awanturę, pozostali widzowie, którzy zasiedli na trybunach Stadionu Śląskiego, dali natychmiast wyraz swojej dezaprobacie wobec takiego zachowania. Reakcja ponad 40 tysięcy fanów była jednoznaczna. Normalni widzowie, w tzw. żołnierskich słowach, kazali wynosić się zadymiarzom. Burdy zostały zgaszone w zarodku, bo tłum kibiców nie był nimi zainteresowany.

Z ZIEMI POLSKIEJ…

Jednak problem chuligaństwa nie zniknął z naszych ligowych boisk. Nadal na trybunach polskich stadionów dochodzi do "zadym". Jakimś pocieszeniem jest fakt, że z roku na rok notujemy coraz mniej takich zdarzeń. O ile w połowie lat 90. liczba incydentów chuligańskich na imprezach sportowych przekraczała wyraźnie liczbę 1000, to po dziesięciu latach spadła do niespełna 200. Do ideału jednak daleko. Zamiast na stadionach do bójek i awantur dochodzi poza obiektami sportowymi. Niepostrzeżenie doszło też do swoistego paradoksu, kiedy w rozgrywkach pucharowych drużynom w niższych ligach przyznaje się punkty, bo rywal rezygnuje z gry. Wiele klubów IV-ligowych oddawało punkty walkowerem Zagłębiu Sosnowiec, GKS Katowice i Zawiszy Bydgoszcz w obawie przed najazdem pseudokibiców tych drużyn. Brzmi nieprawdopodobnie? Ale tak było. Chuligani wobec coraz lepszych zabezpieczeń na stadionach Ekstraklasy i I ligi (monitoring, silna ochrona, imienne karty wstępu), wybierają jako swój cel obiekty niższych klas rozgrywkowych. Często nie interesuje ich, kto z kim gra, ważne, aby dołączając do jednej grupy, doprowadzić do starcia z inną.

Nie od dziś chuligani z naszego kraju uczestniczą w awanturach za granicą. Przykładem jest fragment relacji z wyjazdu do Austrii we wrześniu 2000 roku warszawskiej grupy "Teddy Boys'95":
"Na wycieczkę do Wiednia wyruszyliśmy z chłopakami z RSSW (Red Star Section Warsaw). Propozycja padła w dniu wyjazdu, co nie przeszkodziło w wybraniu się do stolicy Austrii. Podróż upłynęła wyjątkowo szybko i od rana poszukiwaliśmy znajomych z Belgradu. Poszukiwania zakończyły się pełnym sukcesem. Namierzyliśmy ich w centrum, kierując się po chóralnych śpiewach. Dołączyliśmy do nich tuż przed pierwszą serbsko-angielską konfrontacją. W jednym z wielu przytulnych ogródków przyrestauracyjnych kibicom Leicester F.C. od razu ukradziono klubową flagę. Kiedy kilku Anglików wszczęło akcję roszczeniową, fanatyk CZ powalił największego z nich rzutem metalową walizką. Ten niecodzienny chuligański sprzęt należał do jednej z ekip TV, która właśnie kręciła materiał o fanach z Wysp. Następnie na resztę angoli spadł grad odpalonych specjalnie rac. Wobec najazdu kundli (incydent miał miejsce w samym centrum) oraz braku zainteresowania flagą ze strony Anglików wraz z kibicami "Crvenej" udaliśmy się w poszukiwaniu dalszych wrażeń. Na te nie czekaliśmy długo. Po około pół godziny zaatakowaliśmy irlandzki pub wypełniony wyspiarzami. Lokal został wcześniej ostrzelany z rakietnic. Anglicy, którzy wcześniej wykazywali chęci do zwarcia, wobec frontalnego ataku musieli wiatrować się do wnętrza lokalu. Niestety w tym momencie nastąpił atak kamieniami i innym sprzętem z sąsiadującej z pubem budowy. W wyniku napaści belgradczyków knajpa wyskoczyła ze wszystkich szyb. Nam nie udało się już namówić chłopaków z Leicester na walkę wręcz. Woleli pozostać na podłodze zdewastowanej pijalni. W głównej awanturze niestety nie wzięliśmy udziału. Znajomy z "Rapidu" Wiedeń opowiadał o kozackim starciu na stacji metra (?). Tam bili się kibice "CZ" z główną ekipą z Anglii (ok. 80 lads). Podobno bohaterem tego sparingu był "rozkojarzony" (odłączył się od głównej grupy) ultras z Serbii, który to stoczył zwycięski pojedynek z 10 (!) hoolies. Uzbrojony w pas nie pozwolił na półdystans szarżującym go angolom. Zostawił im wiele "pamiątek", by w końcu ukręcić się w swoją stronę. Na meczu było wszystko: dramaturgia, bramki, flaga "Teddy 95 Boys" i awantura" (pisownia oryginalna - przyp. autorzy).

Dodajmy, że ten mecz, pierwszej rundy Pucharu UEFA, odbył się na neutralnym terenie, bowiem piłkarskie władze uznały, że Crvena Zvezda w Belgradzie nie będzie w stanie zagwarantować gościom odpowiedniego bezpieczeństwa. Z Belgradu do Wiednia nie jest jednak daleko.

MORDOWANIE PIŁKI

30 marca 2003 roku, to kolejny z czarnych dni w polskiej piłce. Śmierć poniósł jeszcze jeden kibic. I znowu nie na trybunach stadionu, a na ulicach Wrocławia. Jak informowały stacje radiowe i telewizyjne, kilometr od obiektu miejscowego Śląska doszło do starcia pseudokibiców ze stolicy Dolnego Śląska z chuliganami Arki Gdynia. Kilkuset ludzi przez kilkanaście minut okładało się kamieniami, płytami chodnikowymi, łańcuchami, a nawet tasakami i siekierami!

Interwencja policji spowodowała, że zatrzymano aż 120 stadionowych bandytów. Zapewne wielu z nas pamięta ujęcia telewizyjnych kamer, na których chuligani leżą twarzami do ziemi, jeden obok drugiego, wzdłuż wrocławskiej ulicy. - Bandyci podszywają się pod kibiców klubów i dlatego dochodzi do tragicznych wydarzeń - mówił wówczas prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej, Michał Listkiewicz. - Nie mogę tego inaczej nazwać, jak mordowaniem polskiej piłki nożnej i całego naszego sportu. W Holandii kibice też umawiają się na bójki, na przykład fani Feyenoordu Rotterdam z fanami Ajaxu Amsterdam. Ale tam walczy się na pięści, na odludziu, a u nas mamy do czynienia ze zdziczeniem.

W ten sposób szef związku piłkarskiego nawiązał do tzw. ustawek, kiedy grupy chuliganów umawiają się na bójkę. Wcześniej ustalają miejsce starcia, czy dojdzie do walki "jeden na jeden" (solówka), czy będzie się bić określona liczba (np. 20 na 20), czy bez ograniczeń (banda na bandę). Dogadują się także, czy do bójki dojdzie na gołe pięści, czy ze "sprzętem" (np. kije baseballowe, w skrajnych przypadkach noże). Takie starcia stały się modne najpierw na Zachodzie, gdzie po wypadkach na Heysel wypowiedziano totalną wojnę chuligaństwu stadionowemu. Ściśle kontrolowani najbardziej agresywni fani nie mieli już większych szans na konfrontację na trybunach lub wokół nich. Zaczęli więc umawiać się na bójki w ustronnych miejscach. Ta forma bandytyzmu przyjęła się i u nas.

Po wydarzeniach we Wrocławiu przez kilka dni zapowiadano zdecydowane kroki w zwalczaniu przestępczości stadionowej. Początkowo liczne i spektakularne aresztowania potwierdzały tezę, że tym razem coś się w końcu w polskiej piłce, targanej przemocą, może zmienić. Minął rok i… kolejna wielka awantura. Tym razem w Chorzowie. 3 maja 2004 roku podczas meczu Ruchu z ŁKS Łódź na murawę wpadło około 500 chuliganów, tocząc regularną bitwę z oddziałami policji. Starcia, które przeniosły się potem poza stadion, trwały dwie godziny. Efekt? Do szpitala trafiło ponad 100 osób, w tym 65 funkcjonariuszy. Trzech na skutek odniesionych ran już nigdy nie może wrócić do wykonywanego wcześniej zawodu. Policja oszacowała wówczas swoje straty materialne na 70 tysięcy złotych.

Zatrzymano 251 pseudokibiców, spośród których 112 przedstawiono zarzuty. Tymczasowo aresztowano 96. Myli się ten, kto sądzi, że byli to wyłącznie ci, sympatyzujący z grającymi tego dnia drużynami. Wśród aresztowanych znaleźli się chuligani utożsamiający się z: ŁKS - 49, Ruchem - 36, GKS Tychy - 15, Resovią Rzeszów - 7, Widzewem Łódź - 4, Zawiszą Bydgoszcz - 1.

Jak mogło dojść do takiej awantury? - Zaskoczyli nas - przyznał starszy aspirant Michał Pogoda. - Na zwykły mecz ligowy przyjechali najwięksi chuligani z całego kraju. Umówili się przez internet, wiedząc, że dzień wcześniej w Warszawie miała się odbyć demonstracja antyglobalistów i policjanci ze Śląska pojechali do stolicy. A Chorzów wybrali dlatego, że na tym stadionie przez poprzednie dwa lata było bardzo spokojnie.

Jeszcze w tym samym roku zespół psychologów Komendy Wojewódzkiej Policji w Katowicach przy współpracy psychologów z Uniwersytetu Śląskiego przeprowadzili badania wśród kibiców, m.in. zatrzymanych podczas burd w Chorzowie. W specjalnym opracowaniu czytamy: "Badania oraz analiza wyników pozwoliły wyodrębnić dwie grupy w wewnętrznej strukturze kibiców 'hools'.

Grupa pierwsza (zdecydowanie bardziej liczna), w której najczęściej znajdują się kibice pochodzący z rozbitych rodzin, czasami patologicznych, o niskim statusie społecznym, borykające się z problemami finansowymi, niepracujący lub poszukujący pracy, mający problemy w nauce, zdrowotne, uprzednie konflikty z prawem. Osoby te, bierne, mające problemy z przewidywaniem odległych skutków, są podatne na wpływ jednostek o dużej pewności siebie. Osoby te ponadto nie potrzebują logicznej argumentacji, aby podejmować wyzwania nakładane przez członków wyodrębnionej drugiej grupy w badaniach.

Respondenci wchodzący w skład tej grupy to najmłodsi uczestnicy nieformalnych grup kibiców, którzy swoją 'karierę' rozpoczynali w wieku 12-14 lat. Dodatkowym czynnikiem, który ułatwiał im podejmowanie tego typu działań, był wiek oraz poczucie bezkarności za popełniane czyny zabronione. Członkowie grupy pierwszej są odpowiednikiem tzw. żołnierzy w strukturach zorganizowanych grup przestępczych.

Grupa druga to liderzy, czyli odpowiednik przywódców zorganizowanych grup przestępczych. Przynależność uzależniona jest od stażu (udziału) w grupie pierwszej, to kibice w przedziale wieku 23-32 lata. Część z nich pochodzi z rodzin o przeciętnym i wysokim statusie ekonomicznym, intelektualnym, w których albo nie ma problemu finansowego lub jest on trudno dostrzegalny, pracujący, częstokroć prowadzący własną działalność, wchodzący w konflikty z prawem. Osoby te mają umiejętności przywódcze i organizatorskie, upatrujące przyczyny sukcesu i porażki we własnym wysiłku lub zdolnościach. Podejmowane przez nich działania są dopracowane, przemyślane oparte o uprzednio zdobyte doświadczenia.

Naczelnym powodem uczestnictwa w grupie jest z punktu widzenia psychologii poczucie uznania oraz przynależności do wspólnoty. Grupa ta ponadto zaspokaja zdeprymowane potrzeby grupy pierwszej. Udziela pomocy w znalezieniu pracy, pomaga w problemach z prawem. Im więcej czasu dana osoba w tej grupie poświęca sprawom kibicowania, tym wyższa jest jej pozycja w hierarchii. Wpływ na pozycję ponadto mają odniesione urazy w trakcie potyczek lub 'ustawek' oraz pobyt w więzieniu za tego typu czyny".

BEZ PRZEBACZENIA

Kiedy na początku kwietnia 2005 roku 25 tysięcy fanów zgromadziło się na stadionie Cracovii, aby oddać hołd zmarłemu Janowi Pawłowi II, wydawało się, że wieloletnia "święta wojna" w grodzie Kraka została zażegnana. Kibice Cracovii i fani Wisły stali obok siebie i zgodnie skandowali: "pojednanie dla papieża!" albo "wszyscy to wiecie, Wojtyła rządzi na świecie!".

Choć samo określenie "święta wojna", jeszcze 40 lat temu, nie mówiąc o latach jeszcze wcześniejszych, miało zupełnie inne znaczenie. - Nacisk położony był na słowo 'święta' - wspomina wydawca m.in. tej książki Leszek Sosnowski, we wczesnej młodości zawodnik Cracovii. - Nikt nie myślał o walce wręcz. Na derby udawali się kibice całymi rodzinami. Miasto organizowało specjalne tramwaje na mecze, aby ludzie bez problemu mogli tam dotrzeć i potem bez problemu rozejść się do domów. Jeżeli były jakieś obawy, to tylko przed tym, że drużynie, której się kibicowało, może pójść gorzej. Wszyscy kibice siedzieli wymieszani, co groziło tym, że jak twoja drużyna przegrywała, to przeciwni kibice robili sobie z ciebie żarty, czasem co prawda trochę niesmaczne. Ale niezadowolenie z sędziego wyrażano skandując 'sędzia kalosz', a dziś - szkoda gadać… Taką właśnie piłkę pamiętał i Ojciec Święty, takiej Cracovii sympatyzował. Cracovii, na której trybunach zasiadały na każdym meczu tuzy polskiej humanistyki, jak profesorowie Karol Estreicher i Kazimierz Wyka.

Śmierć ukochanego papieża, tak silnie związanego z Krakowem, poruszyła serca i sumienia nawet dzisiejszych kibiców.
- Jestem szczęśliwy - komentował wówczas na gorąco przyjacielskie gesty prezes Cracovii, Janusz Filipiak. - Widok fanów obu ekip, którzy ze łzami w oczach wzajemnie się wspierają, był niesamowity.
- Mam nadzieję, że kibice tak będą się zachowywać dłuższy czas - dodawał ówczesny prezes Wisły, Ludwik Miętta-Mikołajewicz. - Jeżeli tak się stanie, będzie to koniec wielkiej wojny pomiędzy obiema grupami chuliganów.
- Masa krytyczna została w Krakowie przekroczona - wypowiadał się w jednym z wywiadów krakowski kibic, Robert. - Tylko ktoś, kto tutaj mieszka, wieczorami porusza się po osiedlach, w pełni potrafi zrozumieć, co się stało w ten wyjątkowy wieczór. W skali dokonań Ojca Świętego to niewiele znaczące, ale dla mnie sytuacja, w której Pasiak idzie z Wiślakiem na Rynek, wiążą końcówki szalików, nie ma wzajemnych wyzwisk, to jest cud!

W podobnym tonie wypowiadały się wszystkie polskie media. Szansa na normalność, cud nad Wisłą, magiczny wieczór - to tylko niektóre określenia zaczerpnięte z artykułów, które ukazały się w gazetach. Inni dodawali: - To jest zbyt piękne, aby było prawdziwe. Niestety… Tydzień po wspomnianej Mszy św. odbyło się spotkanie Cracovia - Legia Warszawa. Na trybunach gromko skandowano: "pojednanie, pojeb…" i "oczyścimy Kraków z wiślackiego ścierwa!". Włodarze obu krakowskich klubów nie chcieli już komentować tych wydarzeń. - Co mogę powiedzieć? - mówił Miętta-Mikołajewicz. - Wstyd, wstyd i jeszcze raz wstyd.

"Święta wojna" ma już ponad 100 lat. Nazwa pochodzi ponoć od słów obrońcy Cracovii - Ludwika Gintela - który przed jednym z meczów z Wisłą miał powiedzieć: "no to chodźmy panowie na tę świętą wojnę". Ale ta wojna już dawno przestała być święta. Dwa krakowskie kluby od zawsze rywalizowały o "panowanie" w mieście. Wisła to w stadionowej gwarze "Psy", a Cracovia - "Żydzi". Pierwszy klub w czasach komunistycznych był sponsorowany, jak byśmy to dziś powiedzieli, przez milicję, a wśród założycieli drugiego podobno byli również ludzie o korzeniach żydowskich. W 1990 roku doszło do szczególnej odsłony "wojny" w Krakowie. Tym razem kibice obu zespołów wspólnie zaatakowali służby porządkowe. Awantura trwała jeszcze kilka godzin po zakończeniu spotkania o Puchar Prezydenta Miasta Krakowa. Doszło nawet do zdemolowania konsulatu ZSRR, gdzie schowała się grupa policjantów.

W ostatnich latach nasiliła się eskalacja konfliktu między obiema grupami, który przeniósł się także poza stadiony. W czerwcu 2003 roku w Nowej Hucie został pobity śmiertelnie 17-latek, który wracał z dyskoteki. Kilka tygodni później znowu dali o sobie znać chuligani mieniący się sympatykami Cracovii. Zaatakowali na osiedlu Strusia 23-letniego Filipa (który nie interesował się piłką nożną). W październiku 2004 roku został zamordowany w pobliżu swojego bloku na Grzegórzkach 17-letni Paweł. Wiele wskazuje na to, że ten młody człowiek zginął w wyniku odwetu. Policja twierdzi, że wyglądało to jak zaplanowana egzekucja. Jeden z napastników trzymał ofiarę, a drugi zadawał ciosy nożem. W maju 2005 roku zginął niewinny człowiek. Pięciu wiślaków "poszło w miasto" w poszukiwaniu wrażeń. - Mieliśmy ochotę zabić jakiegoś "Żyda" - mówił potem jeden z morderców. Bandyci dorwali chłopaka, który przyjechał z Niemiec w odwiedziny do rodziny. Nie kibicował żadnej z krakowskich ekip. Prawie rok później zginął kolejny człowiek. Tym razem kibic. 21-letni Marcin, sympatyk Wisły. Rannych nie sposób policzyć, bowiem kibice, nie tylko z Krakowa, mają swoją niepisaną zasadę, że nie składa się zeznań na policji.

Tego samego dnia, kiedy zginął Marcin, o mało nie doszło do kolejnej tragedii. 17-letni chłopak również został zaatakowany nożem. Miał więcej szczęścia. Przeżył.

Dlaczego właśnie w grodzie Kraka dochodzi do tak drastycznych, bandyckich ataków? Dlaczego dochodzi do morderstw? - Kraków jest specyficzny - twierdzą policjanci. - Tutaj nie ma jasnego podziału na dzielnice, w których mieszka dana grupa chuliganów. Fani Cracovii i Wisły są mocno wymieszani. Codziennie jeżdżą tymi samymi tramwajami, pracują w tych samych firmach, wieczorem piją piwo pod tymi samymi blokami.

- Oni czują się bezkarni, lecz tylko w tłumie, gdzie są anonimowi - mówią przedstawiciele policji. - Staramy się powoli "wyciągać" przywódców. W ten sposób osłabiamy siłę chuliganów, którzy bez swoich "szefów" czują się jak dzieci we mgle. Aresztowanie kilkunastu największych bandytów spowoduje, że "wojna" osłabnie, straci na dynamice.

W uspokojeniu klimatu między kibicami nie pomogła też wystawa "Cracovia - Wisła 1906-2006. Święta wojna - święta zgoda". Muzeum Historyczne Miasta Krakowa chciało w ten sposób pokazać pseudokibicom, że dalsza konfrontacja nie ma sensu. W jednym miejscu zostały zgromadzone pamiątki wypożyczone zarówno od "Pasów", jak i "Wiślaków". Została również specjalnie wydzielona część wystawy poświęcona tylko i wyłącznie kibicom, która pokazywała zachowania widowni na przestrzeni lat - zarówno te pozytywne, jak i negatywne.

CHULIGAN NAUCZYCIEL

Do wszczęcia awantur dobra jest każda okazja. Także feta po wywalczeniu mistrzostwa kraju. W połowie 2006 roku piłkarze Legii na swoim obiekcie zapewnili sobie zwycięstwo w końcowej tabeli ligowej sezonu 2005/06. Po ostatnim gwizdku sędziego siedem tysięcy kibiców przeszło na Plac Zamkowy, aby w tym miejscu świętować wielki sukces. Wraz z nimi pokaźna grupa chuliganów. Wystarczył jeden incydent, by doszło do wielogodzinnych zamieszek. Tak skończyła się interwencja policji w sklepie monopolowym, w którym grasowała grupa łotrzyków zamierzających złupić kolejną dawkę alkoholu. - Od tego się zaczęło - przyznał ówczesny rzecznik komendanta stołecznego policji, Mariusz Sokołowski.

Regularne walki spowodowały spore straty materialne. Warszawska starówka została niemal zdemolowana. - Nic dziwnego skoro bandyci wyrywali nawet bruk, którym rzucali następnie w policjantów - dodał Sokołowski.
W sumie zatrzymano aż 231 osób, z których 71 usłyszało zarzuty prokuratorskie napaści na funkcjonariusza publicznego na służbie.

Po "warszawskich" ekscesach rządząca koalicja (PiS-LPR-Samoobrona) zapowiedziała ostrą walkę ze stadionowym chuligaństwem poprzez przyspieszone rozprawy sądowe w takich przypadkach. 12 marca 2007 roku na mocy ustawy rozpoczęły działalność sądy 24-godzinne. W zakresie swojej działalności objęły takie sprawy, jak wybryki chuligańskie, zniszczenie mienia, groźby karalne, znieważenie funkcjonariuszy, naruszenie nietykalności cielesnej czy spowodowanie wypadku drogowego pod wpływem alkoholu. Jak widać większość z nich związanych jest z wydarzeniami wokół polskiej piłki. I nie trzeba było długo czekać na osądzenie w takim trybie pierwszych stadionowych chuliganów. Już 17 marca, a więc niespełna tydzień po rozpoczęciu działalności, w Łodzi przed sądem 24-godzinnym stanęło sześć osób biorących udział w awanturze podczas derbowego meczu ŁKS - Widzew. Trzech innych zatrzymanych w normalnym trybie odpowiadało za rozbój, który traktowany jest nie jako wykroczenie, a przestępstwo. Jednym ze skazanych na ograniczenie wolności (30 godzin prac społecznych miesięcznie przez blisko pół roku oraz grzywna) był 20-letni student. Kolejny dowód na to, że wśród chuliganów nie działają tylko niewykształceni osobnicy z kręgów patologicznych.

W 2005 roku nakręcony został w Anglii film fabularny "Hooligans", którego bohater włącza się do grupy utożsamiającej się z jednym z londyńskich klubów i uczestniczącej w ulicznych walkach. Przywódcą chuliganów jest nauczyciel szkoły podstawowej. Najpierw uczy dzieci historii i wychowania fizycznego, potem okłada po gębie kibiców innych klubów. Ten przykład wcale nie jest oderwany od rzeczywistości. Jakież było zdziwienie policjantów, gdy po rozróbie w Chorzowie, szukając chuliganów, weszli do domu… swego kolegi po fachu. Okazało się, że dzielnicowy w jednym ze śląskich miast w "prywatnym wcieleniu" jest kibicem, biorącym udział w bijatykach na stadionie. Tłumaczył potem, że na boisko wtargnął po to, by rozdzielić zwaśnione strony. Nie brzmiało to przekonująco. Nie jest tajemnicą, że w grupach stadionowych chuliganów można znaleźć przedstawicieli różnych profesji. Od murarzy po urzędników, prawników czy studentów.

- Łączy ich to, że są w wieku, w którym czegoś się szuka - uważa Hanna Palska, profesor socjologii Collegium Civitas. - Oni szukają takiej trochę rycerskiej, męskiej wspólnoty, której nigdzie indziej już nie znajdują.

Czy zatem można się dziwić pewnej fotografii, która jakiś czas temu obiegła polskie gazety, wprawiając w zdumienie czytelników? Na zdjęciu trzech fanów Widzewa Łódź, mocno wychylonych z okna pociągu, wymachujących groźnie pięściami. Jeden z nich z wyraźną agresją na twarzy. To przyszły minister gospodarki morskiej i rybołówstwa polskiego rządu, Rafał Wiechecki z Ligi Polskich Rodzin.

Marek Bobakowski, Rafał Zaremba

pł, niezalezna.pl

Wielkie zainteresowanie wzbudziła publikacja najnowszej książki Białego Kruka pt. „Niepokój stadionów”. Książka analizuje prawdziwe powody kibicowskich zamieszek. (…) „Niepokój stadionów” to książka, w której o kibicach piłki nożnej napisano inaczej niż gdzie indziej. Przytoczone zostały niepodważalne fakty, lecz ukazano je z uwzględnieniem okoliczności organizacyjnych i politycznych, które mają wielki wpływ na wydarzenia sportowe.

franciszkanska3.pl

„Niepokój stadionów” – to tytuł najnowszej książki wydawnictwa Biały Kruk, przygotowanej z okazji zbliżających się mistrzostw Euro 2012. Publikacja opowiada o prawdziwej idei sportu, o pojednaniu wśród kibiców, a także przejawach agresji, które mają miejsce na stadionach. Autorami książki są dziennikarze sportowi: Rafał Zaremba i Marek Bobakowski, którzy analizują problem wielkich emocji, które w różny sposób towarzyszą rozgrywkom sportowym.

„Dziennik Polski”

Nie jest łatwo pisać o kibicach, a co dopiero znaleźć receptę, jak ich okiełznać. Autorzy „Niepokoju stadionów” Rafał Zaremba i Marek Bobakowski (autorem zdjęć jest m.in. nasz redakcyjny fotoreporter Michał Klag) oraz wydawca albumu Leszek Sosnowski skupili się na prezentacji faktów i przywołaniu autorytetów, które starają się zrozumieć przyczyny dramatów, do jakich od wieków dochodzi na trybunach.

Opinie o produkcie (0)

Imię i nazwisko:
do góry

Zamknij X W ramach naszego serwisu stosujemy pliki cookies. Korzystanie ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym.

Pokaż pełną wersję strony
Sklep internetowy Shoper.pl