Zwariowane życie Meriana Caldwella Coopera Amerykański as lotnictwa w powietrznej walce o Polskę

Nasi autorzy

Zwariowane życie Meriana Caldwella Coopera Amerykański as lotnictwa w powietrznej walce o Polskę

Amerykańscy ochotnicy w walce o Polskę w wojnie polsko-bolszewickiej 1920 r.:  Merian C. Cooper (po leweji Cedric Fauntleroy, piloci 7 Eskadry Myśliwskiej. Fot. Wikimedia Amerykańscy ochotnicy w walce o Polskę w wojnie polsko-bolszewickiej 1920 r.: Merian C. Cooper (po leweji Cedric Fauntleroy, piloci 7 Eskadry Myśliwskiej. Fot. Wikimedia 11 października 1779 r. w bitwie pod Savannah śmiertelną ranę od angielskiej kuli odniósł Kazimierz Pułaski, dawny bohater konfederackich walk z Rosją o wolną Polskę, a wówczas niestrudzony bojownik amerykańskich zmagań o niepodległość. Krwawiącego wyniósł z pola bitwy blisko z nim zaprzyjaźniony pułkownik John Cooper, który za wszelką cenę chciał ocalić życie polskiemu generałowi. Przewiózł go na pokład okrętu wojennego „Wasp” („Osa”), aby przetransportować do szpitala w Charleston. Niestety, gangrena nie dała Polakowi żadnych szans. Umarł na rękach amerykańskiego towarzysza broni, który nad stygnącym ciałem bohatera przysiągł, że Stany Zjednoczone spłacą Polsce dług wdzięczności. Nie spodziewał się zasłużony pułkownik, iż ojczyzna Pułaskiego padnie ofiarą trzech ościennych imperiów, a danej przysięgi przyjdzie dotrzymać dopiero jego praprawnukowi, Merianowi Caldwellowi Cooperowi, jednej z najciekawszych postaci XX w.

Ten potomek jednego z najstarszych amerykańskich rodów osadniczych urodził się w Jacksonville w stanie Floryda w 1893 r. Wyobraźnię chłopca od najwcześniejszych lat rozpalała wojenna sława przodków. Z zapartym tchem słuchał opowieści ojca o pułkowniku Johnie Cooperze oraz o jego wnuku – kapitanie armii konfederackiej z czasów wojny secesyjnej, który był dwukrotnie ranny w starciach z Jankesami. Już wówczas młody Merian wiedział, że „pragnie (...) bronić Ameryki przed wszelkimi wrogami, zewnętrznymi i wewnętrznymi, ale też [chce] zwrócić to, co uważał za stupięćdziesięcioletni dług Ameryki wobec Polski”, jak pisali autorzy „Sprawy honoru” Lynne Olson i Stanley Cloud.

Kiedy chłopak miał 10 lat, doszło do wydarzeń, które miały zdeterminować jego życie. Oto kompania Thomasa Edisona, twórcy pierwszego w historii studia filmowego w West Orange, wyprodukowała film „Napad na ekspres”. W tym samym 1903 r. w Kitty Hawk w Północnej Karolinie Orville Wright po raz pierwszy zasiadł za sterami skonstruowanego wspólnie z bratem Wilburem prototypu samolotu. Maszyna rozpędziła się po drewnianej szynie, po czym wzbiła się w powietrze na wysokość ok. 36,5 m, pokonując przez 12 sekund grawitację. Wojskowi inżynierowie szybko dostrzegli w latających maszynach potencjał militarny. Już 10 lat po pierwszym locie braci Wright w amerykańskich fabrykach ruszyła masowa produkcja myśliwców; powietrzne bitwy miały na zawsze zmienić charakter konfliktów zbrojnych. „Śladem tym podążył Cooper, stając się jednym z najpierwszych powietrznych wojowników”, pisał jego amerykański biograf Mark Cotta Vaz.

Merian dostał się do prestiżowej Akademii Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych w Annapolis. Ale, jak sam przyznawał, „tryskał energią, uwielbiał ryzyko, no i zbyt wiele razy został przyłapany”. Został za to osadzony w więzieniu dla aspirantów, a następnie – wyrzucony z uczelni tuż przed uzyskaniem dyplomu. Był rok 1914. Młody człowiek nie chciał, co prawda, służyć w marynarce, przekonany, iż o wyniku rozpoczętej już w Europie Wielkiej Wojny przesądzi nie potęga morska, ale lotnicza, uważał jednak tę porażkę za niechlubną plamę na honorze. „Boże drogi – pisał wówczas – pozwól mi odegrać chociaż drobną rólkę w tym wspaniałym świecie, pełnym tylu przygód. Złam mnie, porań, Panie, nawet zabij, ale też pozwól mi posmakować życia”.

Przez pewien czas dumny Merian poddał się dość osobliwej „pokucie” – wędrował po Stanach i żył w skrajnej nędzy, uparcie odmawiając przyjęcia pomocy od rodziców. Udało mu się wreszcie otrzymać posadę reportera w „Minneapolis Daily News”, gdzie zyskał uznanie redaktora naczelnego W.C. Robertsona, który zarekomendował go do służby wojskowej, chwaląc jego „niespożytą energię i oddanie pracy”. W prawdziwy zachwyt wprawiło Meriana przemówienie prezydenta Thomasa Woodrowa Wilsona wygłoszone w 1916 r. do Kongresu na temat gotowości bojowej. W liście do ojca pisał: „jego propozycja, by powołać korpus powietrzny, co roku mianować 10 oficerów i sugestia, aby szkolenie trwało dwa lata, wielce mnie zaciekawiła. Naturalnie chciałbym mieć szansę wstąpienia do tych oddziałów. Gdyby nie brak gotówki, poszedłbym do szkoły awiacji natychmiast i już zaczął się szkolić”. Początkowo służył jednak w Gwardii Narodowej Georgii, z której, mimo zapewnionego awansu na kapitana, wystąpił, by podjąć naukę w upragnionej Szkole Lotnictwa Wojskowego. „Nareszcie latam (...) Te bodaj trzy godziny w powietrzu to coś wspaniałego (...) umiem startować, skręcać i posadzić maszynę” – pisał z entuzjazmem do ojca. Merian ukończył naukę z najlepszym wynikiem spośród 150 elewów. „Jest to pod każdym względem najznakomitszy ze słuchaczy, którzy dotąd do nas uczęszczali” – napisał w opinii komendant szkoły.

W październiku 1917 r., zatem już po przystąpieniu Stanów Zjednoczonych do wojny, Cooper został wysłany do Francji w charakterze adiutanta 201. Eskadry Lotniczej. Przez pewien czas podnosił kwalifikacje w szkole w Issoudun. Pułkownik G. Kilner zezwolił mu na latanie, ale podczas jednego z pierwszych lotów znów dało o sobie znać zamiłowanie Meriana do ryzyka – pilotowany przez niego samolot spadł z wysokości ok. 61 m. Doktor Taylor, kolega Coopera, wyszedł z tego wypadku z podrapaną twarzą, a brawurowy lotnik stracił przytomność na skutek wstrząśnienia mózgu: „Wylądowałem na głowie, ale że to jest twardy czerep, niezbyt ucierpiałem” – pisał z właściwą sobie autoironią. Do latania mógł powrócić dopiero po sześciu tygodniach. Przewidując, iż o pokonaniu Niemców w trwającej wojnie rozstrzygnie bombardowanie z powietrza, postanowił zdobyć kwalifikacje pilota bombowca, na co otrzymał zgodę. Po przejściu szkolenia pragnął jak najszybciej znaleźć się na froncie. Płk Kilner przydzielił go do 20. Eskadry Lotniczej, która miała wejść w skład słynnej 1. Grupy Bombowców ciężkich – „właśnie tam, w pustoszonych okopach i na rozpalonym walką niebie, oczekiwało go zbawienie” – napisał Mark Cotta Vaz.

Cooper latał wówczas produkowanym w Wielkiej Brytanii samolotem Liberty typu „De Havilland 4”, wyposażonym w dwa karabiny maszynowe: po jednym dla pilota (do strzelania przez śmigło) i dla obserwatora. Ta chluba brytyjskiego Departamentu Lotnictwa była jednak maszyną mało zwrotną i miała fatalnie skonstruowane układy paliwowe. Samoloty te „stanowiły dla pocisków zapalających wroga cel tak łatwy, że ich nieszczęśni piloci zwali je (…) ‘płonącymi trumnami’” – mówił legendarny as przestworzy kapitan Eddie Rickenbacker. „We Francji Niemcy nie musieli szczególnie się wysilać – dodawał James V. Martin, konstruktor maszyn latających – po prostu celowali w zbiornik [umieszczony tuż za plecami lotnika – przyp. M.M.] i nasi piloci płonęli żywcem, nim jeszcze samolot się rozbił”.

W tym czasie Merian latał ze swoim kumplem Edmundem (Eddiem) Leonardem jako obserwatorem i bombardierem. Ich samolot, który nazwali „Celeste II”, 26 września 1918 r. znalazł się w grupie siedmiu samolotów mających wziąć udział w misji bombowej nad Dun-sur-Meuse. Obciążone 400-funtowym (ok. 200 kg) ładunkiem bombowym maszyny wzbiły się w niebo i ustawiły się w szyku bojowym w kształcie litery V. Samolot Meriana i Eddiego leciał jako trzeci z prawej. Kiedy dowódca lotu odpalił rakietę sygnalizującą przygotowanie do zrzucenia ładunków, na horyzoncie pojawiły się niemieckie samoloty fokkery, które rozpoczęły huraganowy ostrzał eskadry amerykańskiej. Dzięki serii mistrzowskich uników Meriana Eddiemu udało się zestrzelić niemiecki samolot, który niemal usiadł na ogonie „Celeste II”. Niemcy nie dali jednak za wygraną. Cooper był świadkiem, jak samolot pilotowany przez jego przyjaciela Dicka Matthewsa stanął w płomieniach. Załodze „Celeste II” udało się zestrzelić jeszcze jedną niemiecką maszynę, ale Eddie oberwał w szyję. Mimo to kontynuował ostrzał atakującego ich fokkera, do którego dołączyły następne. Merian nabierał wysokości, aby wydostać się spoza zasięgu niemieckich pocisków, jednak seria z jednej z nieprzyjacielskich maszyn trafiła „Celeste II” w lewy bok silnika; kokpit stanął w płomieniach. Gogle i maska ochroniły twarz Meriana, ale miał poparzone ręce; ból był nie do zniesienia. Odpiął pas bezpieczeństwa i szykował się do skoku, aby ratować życie. Gdy odruchowo spojrzał na tylną część kokpitu, napotkał wzrok rannego Eddiego... Dała wówczas o sobie znać nieprawdopodobna siła braterstwa broni. Merian zrozumiał, że nie może zostawić kolegi na pewną śmierć. Po chwili znów siedział za sterami płonącej maszyny. Leciał z zawrotną szybkością, by wypalić benzynę w zbiorniku, aby nie doszło do wybuchu. Mimo ciągłego niemieckiego ostrzału udało mu się obniżyć lot i posadzić maszynę na otwartym polu. „Celeste II” była podziurawiona ponad 60 pociskami, a silne uderzenie o ziemię sprawiło, że odpadły jej skrzydła. Merian i Eddie cudem ocaleli.

Obserwujący ich niemiecki fokker wylądował tuż obok płonącej Liberty. Nieprawdopodobny wyczyn Meriana wzbudził bowiem podziw niemieckiego pilota, który pomógł obu Amerykanom wydostać się z wraku maszyny. Chwilę później pojawili się żołnierze pruskiej piechoty, bowiem „Celeste II” wylądowała na terenie ich obozu. Także i oni widzieli podniebną bitwę, potraktowali zatem jeńców z pełnym szacunkiem. Założyli im polowe opatrunki, a następnie przetransportowali do szpitala. Niemieckiemu lekarzowi udało się ocalić dłonie Coopera. Przeżył także Eddie, gdyż pocisk cudem ominął główną tętnicę szyjną.

W amerykańskiej bazie obaj zostali uznani za zmarłych, wystawiono nawet akt zgonu Meriana. Dopiero po pewnym czasie, kiedy Eddie był w stanie wysłać list do ojca swego kolegi, tragiczna wiadomość została zdementowana. Obaj powietrzni wojownicy pozostali w niemieckich szpitalach aż do zakończenia wojny. W jednym z nich, niedaleko Wrocławia, Merian po raz pierwszy usłyszał o bolszewickich planach podbicia świata. Zdał sobie wtedy sprawę ze śmiertelnego niebezpieczeństwa komunizmu. 1 sierpnia 1918 r. otrzymał awans na kapitana Służb Powietrznych USA. Odmówił jednak przyjęcia jakichkolwiek medali, gdyż „dostatecznym dla niego zaszczytem była służba w eskadrze i odbierając jakikolwiek honor lub odznaczenie zhańbiłby zarówno swoich zmarłych, jak i żyjących przyjaciół”.

Kiedy Merian wydostał się z niemieckiej niewoli, chciał za wszelką cenę przedrzeć się do Polski. Uważał bowiem, że jego miejsce jest tam, gdzie kolejne pokolenie rodaków rycerskiego Pułaskiego toczy śmiertelny bój z czerwonym potworem zagrażającym całej cywilizacji europejskiej. Udało mu się uzyskać pozwolenie na przyłączenie się do humanitarnej misji żywnościowej, kierowanej przez Herberta Hoovera, przyszłego prezydenta Stanów Zjednoczonych. W 1919 r. pełnił przez pewien czas misję w oblężonym przez Ukraińców Lwowie. Organizował dostawy żywności dla polskich żołnierzy i angażował się w pracę propagandową we lwowskich dziennikach, choć nie znał języka polskiego. Mimo iż oddał wielkie usługi walczącym, praca ta nie odpowiadała jego temperamentowi. Znów zapragnął znaleźć się na linii ognia. „Żałuję, że sam nie mogę być w okopach albo latać, ale brak tutaj sił powietrznych; mają [tylko] trzy albo cztery uszkodzone samoloty” – pisał do ojca. Wyraził też podziw dla męstwa Polaków, dodając, iż nawet kobiety i dzieci (Orlęta Lwowskie) walczą na pierwszej linii. Czuł jednak, iż „za mało robi dla sprawy polskiej, podczas gdy Pułaski uczynił dla nas [Amerykanów] tyle dobra”.

Merian zdecydował się zatem na wyjątkowo odważny krok. Dzięki rekomendacji poznanego we Lwowie gen. Rozwadowskiego spotkał się w maju 1919 r. z Naczelnikiem Państwa Józefem Piłsudskim, przedstawiając mu śmiały plan utworzenia eskadry polskich sił powietrznych. Dodał przy tym, że sam pragnie w niej służyć. Komendant początkowo odniósł się do tego projektu nieufnie. Uważał, iż najemnicy nie są w stanie zaangażować się w walkę o Polskę. Kiedy jednak amerykański pilot przysiągł na honor, że nie przyjmie awansu ani też większej gaży niż polscy oficerowie, dopóki nie zasłuży się na polu walki dla Polski, Piłsudski wyraził zgodę. Za jego aprobatą Cooper udał się do Paryża, aby tam zwerbować amerykańskich ochotników do polskiej eskadry. Pierwszym rekrutem był jego kolega z Korpusu Lotniczego płk Cedric Errol Fauntleroy, który, podobnie jak Merian, dorastał pośród opowieści ojca o bohaterskich walkach Kazimierza Pułaskiego i Tadeusza Kościuszki o niepodległość Stanów Zjednoczonych. Obaj młodzi lotnicy udali się do przebywającego wówczas w Paryżu premiera RP Ignacego Paderewskiego, który poparł ich plany. Powstającą eskadrę, do której dołączyło niebawem jeszcze ośmiu amerykańskich pilotów (w sumie do polskiej służby zgłosiło się 21), nazwano 7. Eskadrą Myśliwską im. Tadeusza Kościuszki. Dowództwo objął, jako najstarszy rangą, płk Fauntleroy.

„Latający Jankesi”, jak nazywali ich polscy koledzy, dołączyli do walk przeciwko bolszewikom w styczniu 1920 r. Latali austriackimi Albatrossami D-3 Chasse, które umożliwiały wykonywanie opracowanej przez Coopera taktyki bombardowania niskopoziomowego, zadającej wielkie straty straszliwej Armii Konnej Siemiona Budionnego. Amerykańskie bombowce obniżały lot nad oddziałami bolszewickimi, a piloci uderzali w wybrane punkty bombami ręcznymi. Następnie razili rozproszonych „bojców” seriami z karabinów maszynowych. Już sam warkot silników nadlatujących samolotów powodował niebywałą panikę wśród bolszewików i ich koni, co na długo dezorganizowało pochód. Podczas wyprawy na Kijów kpt. Crawfordowi udało się ostrzelać i zatopić bolszewickie statki z amunicją na Dnieprze, zaś płk Fauntleroy podczas lotu zwiadowczego lądując na torach, zatrzymał zmierzający prosto w bolszewicką pułapkę pociąg przewożący polskich żołnierzy i ostrzegł o niebezpieczeństwie. „Amerykańscy lotnicy pomimo wycieńczenia walczą jak opętani. Służbę wywiadowczą pełnią świetnie. Ostatnio podczas ataku na nieprzyjaciela ich dowódca [płk Fauntleroy] zaatakował nieprzyjaciela od tyłu i ogniem z kulomiotów prażył we łby bolszewików” – głosił jeden z raportów.

Kapitan Cooper i jego koledzy doskonale wiedzieli, że w razie zestrzelenia i wpadnięcia w ręce krasnoarmiejców grożą im tortury i śmierć; wieści o bolszewickich metodach traktowania jeńców dotarły do ich uszu. Merian, który po awansie płk. Fauntleroya został dowódcą eskadry i brał udział niemal we wszystkich lotach bojowych, leciał na każdą misję z fiolką trucizny. „Bardzo bałem się tortur – wyznał po latach – byłem zdecydowany sam odebrać sobie życie zamiast ginąć powolnie z rąk wrogów”. Wiedział, że Budionny wyznaczył za jego głowę nagrodę pół miliona rubli. W czerwcu 1920 r. Cooper i jego kolega Crawford, zmuszeni do awaryjnego lądowania na otwartym polu w pobliżu lasu, zostali otoczeni przez oddział Armii Konnej Budionnego. Mimo fatalnej sytuacji otworzyli ogień do bolszewików, po czym podpalili maszynę i pod osłoną płomieni uciekli do lasu, gubiąc pościg. Cooper został wtedy, po raz kolejny, uznany za zmarłego. W artykule wyrażającym najwyższe uznanie dla odwagi i poświęcenia amerykańskich pilotów znalazła się w jednej z warszawskich gazet taka oto informacja: „Pilot kapitan Merian Cooper, Amerykanin, którego na polu chwały spotkał tak tragiczny koniec (...) ukochał Polskę od najmłodszych lat (...) i gdy nadarzyła się sposobność postanowił służyć jej swym życiem. Cześć jego pamięci”.

Niedługo później „żołnierz szczęściarz”, jak nazywali go polscy towarzysze broni, odnalazł się. 13 lipca 1920 r. na pokładzie nowego samolotu, włoskiej Belli, wziął udział w locie bojowym niedaleko granicy z Galicją Wschodnią. Podczas ostrzeliwania wroga z niskiego pułapu bolszewickie pociski trafiły maszynę w bak z paliwem. Aby nabrać wysokości, Merian próbował przełączyć się na zbiornik rezerwowy. Nie udało mu się, samolot runął w dół. Pilot spadając widział „bojców”, którzy natychmiast ruszyli w pościg za pikującą maszyną. Jedno z kół wpadło przy lądowaniu w dziurę, zaś siła odśrodkowa spowodowała, że Merian wypadł z samolotu. Stracił przytomność. Kiedy się ocknął, zrozumiał, że wpadł w łapy bolszewików. Sięgnął do kieszeni po truciznę, ale zgubił fiolkę. Oprawcy zdążyli już go okraść i pobić, kiedy nadszedł rozkaz, aby doprowadzić jeńca do kwatery Budionnego! Merian, świadomy tego, co mu grozi, postanowił odegrać rolę prostego robotnika, Franka Moshera, zmuszonego do służby w armii amerykańskiej, a obecnie pragnącego „zbawienia przez doktrynę komunistyczną”. Wypadł na tyle przekonująco, iż Budionny nie zorientował się, z kim ma do czynienia. Namawiał go nawet do wstąpienia do Armii Czerwonej w charakterze instruktora lotnictwa. „Frank Mosher” zyskał ponadto sympatię żony Budionnego, co spowodowało, że Merian uniknął śmierci. Pod eskortą wysłano jeńca do Moskwy. Cooper poznał wówczas system bolszewickich represji stosowany w obozach jenieckich. Przez kilka miesięcy głodował, był zmuszany do katorżniczej pracy. Udało mu się jednak, w towarzystwie dwóch polskich poruczników: Stanisława Sokołowskiego i Stanisława Zaleskiego, dokonać brawurowej ucieczki. Pewnej nocy wymknęli się z obozu pod Moskwą, uzbrojeni jedynie w stary scyzoryk. Przemieszczali się w kierunku granicy z Łotwą, wskakując do pociągów towarowych. Przemykali się lasami, aż w końcu udało im się przez bagna i drut kolczasty przedrzeć na Łotwę. Tam nawiązali kontakt z Amerykańskim Czerwonym Krzyżem i dopiero wówczas dowiedzieli się o świetnym polskim zwycięstwie nad bolszewikami.

Na początku maja 1921 r. 28-letni Merian Caldwell Cooper, amerykański as lotnictwa, powrócił do Warszawy jako opromieniony wojenną sławą bohater, który dla Polski zniósł nawet piekło rosyjskich obozów. 10 maja Marszałek Piłsudski osobiście udekorował go orderem Virtuti Militari. Ten sam zaszczyt spotkał jego kolegów z 7. Eskadry im. Tadeusza Kościuszki. Najwyższe polskie odznaczenie wojskowe otrzymali wówczas: Cedric Fauntleroy, George Crawford, Edward Corsi oraz Elliot Chess.

Merian Caldwell Cooper dotrzymał zatem przysięgi złożonej niegdyś przez jego przodka. Ani myślał jednak o porzuceniu życia pełnego pasji, wyzwań i przygód. (...)

Jest to tylko fragment artykułu dr Moniki Makowskiej poświęconego postaci legedarnego amerykańskiego asa lotniczego walczącego o wolność napadniętej przez bolszewików Polski. Do zapoznania się z całością tekstu zapraszamy na łamach miesięcznika Wpis nr 116 z czerwca 2020 r. 

WPIS 06/2020

WPIS 06/2020

 

Pojawił się już w sprzedaży najnowszy, czerwcowy numer „Wpisu”. Jak co miesiąc mogą Państwo zapoznać się zarówno z doborowymi reportażami na aktualne tematy, jak i z całą serią materiałów historycznych. W związku z nadchodzącymi wyborami prezydenckimi, które jak chyba nigdy wcześniej nabrały charakteru zaciętej walki o katolicką tożsamość Rzeczypospolitej, nie mogło zabraknąć artykułów poświęconych temu doniosłemu wydarzeniu.

 

Siła i wolność. 250 lat Stanów Zjednoczonych Ameryki

Siła i wolność. 250 lat Stanów Zjednoczonych Ameryki

Wojciech Roszkowski

Po przeczytaniu tej książki uświadamiamy sobie, jak wiele świat zachodni zawdzięcza Stanom Zjednoczonym Ameryki. Przede wszystkim dlatego, że tamte tereny stanowiły przez kilka wieków dla milionów Europejczyków miejsce ucieczki przed nędzą albo, jak w przypadku obywateli Rzeczypospolitej, przed niewolą. Potem Ameryka odwdzięczała się Europie, m.in. ratując ją podczas dwóch wojen światowych przed zwycięstwem tyranii i obłąkanych ideologii.

 

 

 

Komentarze (0)

  • Podpis:
    E-mail:
  • Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników serwisu. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za ich treść. Wpisy są moderowane przed dodaniem.

Zamknij X W ramach naszego serwisu stosujemy pliki cookies. Korzystanie ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym.