Jacek Sasin: PiS miał być inkubatorem dla nowej partii Morawieckiego!

Nasi autorzy

Jacek Sasin: PiS miał być inkubatorem dla nowej partii Morawieckiego!

Jacek Sasin, 2026. Fot. Biały Kruk Jacek Sasin, 2026. Fot. Biały Kruk

W aktualnym wydaniu miesięcznika „Wpis – Wiara, Patriotyzm i Sztuka” (nr 7-8/2026) poseł PiS Jacek Sasin opowiada o kulisach rozłamu w PiS-ie, decyzji o odejściu Mateusza Morawieckiego, spotkaniu ostatniej szansy u Jarosława Kaczyńskiego oraz potencjalnym szerokim bloku prawicowym w przyszłorocznych wyborach.

Dr Adam Sosnowski, miesięcznik „Wpis”: O co tak naprawdę walczy Mateusz Morawicki?

Jacek Sasin, poseł PiS: To wszystko prowadzi mnie do bardzo smutnego wniosku: tak naprawdę celem Mateusza Morawieckiego jest rozbicie Prawa i Sprawiedliwości, przejęcie naszych wyborców i obniżenie naszej skuteczności. Dla swoich politycznych ambicji, a może nawet nie tyle politycznych, ile osobistych ambicji, doprowadził do osłabienia najsilniejszej dzisiaj organizacji, która może odsunąć koalicję 13 grudnia od władzy. A taki jego scenariusz jest bardzo sprzeczny z interesem Polski. I o tym trzeba głośno mówić. Trzeba to mówić bez emocji i bez obrażania, bo inwektywy po prostu nie mają sensu. Ale nie wolno też ukrywać istoty problemu, którą jest właśnie to, że Mateusz Morawiecki swoimi działaniami osłabia obóz, który powinien odsunąć Donalda Tuska od władzy. Nie zawsze można być premierem. Nie zawsze można być prezydentem. Polityka nie zna słowa „zawsze”, szczególnie polityka w państwie demokratycznym, bo w warunkach systemu demokratycznego, nawet tak ułomnego jak obecnie w Polsce, to się po prostu nie może zdarzyć. Politycy na swoich stanowiskach przemijają. Premierem się bywa, ministrem się bywa, prezydentem się bywa. Wybory się wygrywa i przegrywa. Można być prezydentem maksymalnie 10 lat, a potem trzeba odnaleźć się w nowej roli – czasem nadal będąc młodym politykiem, w pełni sił. I to zawsze jest trudne. Myślę, że Mateusz Morawiecki miał potężny problem z odnalezieniem się w roli innej niż rola premiera. Tym bardziej że jego przygoda z polityką wiązała się właściwie tylko i wyłącznie z władzą i pełnieniem najważniejszych stanowisk w państwie; nigdy nie był w opozycji

A Pan? Pańska droga kariery?

Działam w polityce już wiele lat. Samo moje członkostwo w Prawie i Sprawiedliwości to już ponad 20 lat. Wcześniej również, w różnych formach, byłem zaangażowany we wspieranie tego środowiska politycznego. Jeszcze na początku lat 90. byłem członkiem Forum Młodych Porozumienia Centrum. To były moje początki w polityce i nigdy od tego kierunku nie odszedłem. Nigdy nie zdradzałem, nigdy nie robiłem żadnych rozłamów, nigdy się do nich nie przyłączałem. Przeszedłem kolejne szczeble kariery zawodowej i służby państwowej – krok po kroku, zdobywając doświadczenie m. in. jako wiceburmistrz, wojewoda, doradca Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, poseł na Sejm i minister w rządzie Prawa i Sprawiedliwości. Zawsze byłem z braćmi Kaczyńskimi. Bardzo blisko współpracowałem ze śp. prezydentem Lechem Kaczyńskim.

Stąd moje doświadczenie podpowiada mi jedno: polityka to jest długi marsz. W polityce raz jest się na górze, raz na dole. Czasy rządzenia są przeplatane czasami opozycji. Nieraz bardzo ciężkimi latami opozycji, tak jak dzisiaj doświadczamy tego w Polsce od trzech lat, kiedy opozycja została w pewnym sensie wyjęta spod prawa przez ekipę 13 grudnia i przez Donalda Tuska. Trzeba być na to przygotowanym. Nie można zakładać, że zawsze będzie się szefem, zawsze będzie się liderem. Tymczasem Mateusz Morawiecki nie ma takich doświadczeń. On przyszedł do polityki z pozycji wieloletniego prezesa, a uprzednio członka zarządu banku. Przyszedł do polityki po to, żeby od razu zostać wicepremierem i ważnym ministrem. Zaraz potem został premierem. W opozycji po prostu nie potrafił się odnaleźć. I to pchnęło go do bardzo złych decyzji.

Mateusz Morawiecki przekonuje, że to są decyzje ratunkowe.

Mogę powiedzieć tylko tyle: każdy, kto naprawdę myśli o Polsce w realnych kryteriach, nie powinien dać się złapać na ten pogląd. Jego projekt nic nie wnosi. Zupełnie nic. Nie wnosi ani żadnej młodości, ani żadnej świeżości, ani żadnego prorozwojowego kursu. Przecież to nie Mateusz Morawiecki jednoosobowo realizował nasze wielkie projekty. To nie Mateusz Morawiecki wymyślił CPK, bo dyskusje na ten temat były już wcześniej i ten projekt pojawiał się zanim on przyjął go na swoje sztandary. To nie on jest tym, który to wszystko sprawił.

Pomijam już kwestię programów społecznych, gdzie prawdą jest to, co potwierdził również pan prezes Jarosław Kaczyński w swoim wywiadzie: Mateusz Morawiecki nie był entuzjastą tych projektów. Nie był też – i powiedzmy to szczerze – autorem uszczelnienia systemu podatkowego, czym tak często się chwali. Nie mówię tego po to, żeby go w tym momencie atakować, ale w imię pewnej prawdy i uczciwości. Bo dzisiaj, w sytuacji, kiedy Mateusz Morawiecki przypisuje sobie wszystkie sukcesy rządu Prawa i Sprawiedliwości, to również musi wybrzmieć. Można powiedzieć, że on sam rozpoczął tę licytację, więc my niestety musimy na nią odpowiedzieć.

Nie on był autorem uszczelnienia systemu podatkowego. Pierwszym ministrem finansów w rządzie Beaty Szydło był Paweł Szałamacha. To on wdrożył te mechanizmy, które spowodowały skuteczną walkę z mafiami VAT-owskimi. Swoją ogromną – nie cegiełkę, ale wielką cegłę – dołożył również minister Zbigniew Ziobro, który przeprowadził zaostrzenie przepisów wobec oszustów VAT-owskich. Te przepisy skutecznie odstraszały od tego procederu, wprowadzając maksymalną karę 25 lat więzienia za fałszowanie faktur VAT-owskich – karę analogiczną do tej przewidzianej za fałszowanie pieniędzy. Bo czym to się właściwie różni?

I to działo się przy sprzeciwie Mateusza Morawieckiego, który był przeciwny podwyższaniu kar. Mówię to dzisiaj w imię uczciwości. Mateusz Morawiecki był twarzą naszego rządu przez sześć lat, ale to nie znaczy, że on tego wszystkiego dokonał. To była praca naprawdę bardzo wielu ludzi zaangażowanych w ten rząd. Nie tylko ministrów, wiceministrów i członków rządu, ale także bardzo wielu osób, które oddały temu projektowi swoje serce i siły.

Dlatego dzisiejsze stawianie sprawy w taki sposób, że wszystko, co dobre, to jednoosobowo premier Mateusz Morawiecki, a wszystko, co złe, to prezes Jarosław Kaczyński i kierownictwo partii, jest po prostu nieuczciwe. Nie tylko wobec nas, polityków, ale wobec wszystkich ludzi, którzy wspierali nas w tym wielkim dziele.

(…)

A może pan jeszcze uchylić rąbka tajemnicy, jak wyglądało to spotkanie ostatniej szansy przed rozłamem? To spotkanie, o którym Mateusz Morawiecki mówił potem w mediach, że był umówiony na rozmowę w cztery oczy z prezesem, a kiedy wszedł, zobaczył, że siedzi tam Jacek Sasin i wszystko zostało rozbite.

Rozprawiłbym się najpierw z tymi głównymi tezami, które media specjalnie czy też nie fałszywie przedstawiały.

Po pierwsze, jeśli komuś wydaje się, że pan prezes Jarosław Kaczyński jest takim bezwolnym, starszym panem, który nie jest w stanie podjąć żadnej decyzji ani w sposób  świadomy, bardzo jasny ocenić sytuacji, intencji i dostrzec pewnych procesów, które się dzieją, to na pewno w ogóle nie zna pana prezesa. Powiem więcej: uważam, że taka osoba straciła absolutnie zdrowy rozsądek. Bo nawet jeśli ktoś go nie zna, to obserwując z zewnątrz jego karierę polityczną i polityczne dokonania, musiałby dojść do przekonania, że to jest obraz z gruntu fałszywy.

W związku z tym rozprawiam się z tezą o rzekomych intrygantach. Ta teza jest w ogóle obraźliwa wobec pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego, bo rzeczywiście przedstawia go jako marionetkę jakiejś grupy osób. A to ma tyle wspólnego z rzeczywistością, co to, że ja jestem dwumetrowym, wysportowanym i szczupłym zawodnikiem, który zdobywa złoty medal na igrzyskach olimpijskich w skoku wzwyż. Mniej więcej tyle ma to wspólnego z rzeczywistością.

Po drugie, jeśli ktoś opowiada bzdury, że ja wdarłem się na to spotkanie, to naprawdę trzeba nie mieć zdrowych zmysłów, żeby uwierzyć, że do gabinetu prezesa największej partii w Polsce ktoś może sobie tak po prostu wejść z ulicy, bez zaproszenia, w każdej chwili, w trakcie spotkania, zakłócić to spotkanie i się do niego dołączyć.

A jak zatem było?

Zostałem na to spotkanie oczywiście zaproszony przez pana prezesa, który wyszedł z założenia, że jeśli mamy rozmawiać o przyszłości partii, to nie może to być rozmowa tylko z jedną stroną pewnego sporu, który rzeczywiście od pewnego czasu w partii się toczył. Musi to być rozmowa poszerzona o pełne spektrum. Zresztą w tej rozmowie uczestniczyłem nie tylko ja, ale również sekretarz generalny partii Piotr Milowański. To była rozmowa w cztery osoby.

I wreszcie jeszcze jedna rzecz nieprawdziwa. Nie istniało ustalenie, iż rozmowy mają odbyć się w cztery oczy. W związku z tym Mateusz Morawiecki w żadnym wypadku nie mógł tego oczekiwać ani też nie został w żaden sposób oszukany. Zresztą nie w tym jest istota rzeczy. Istota rzeczy była taka, że Mateusz Morawiecki nie był skłonny do jakiegokolwiek kompromisu. Jego stanowisko było jednoznaczne: stowarzyszenie zostaje. Żadne pisemne potwierdzenie wycofania się z działalności stowarzyszenia przez jakiegokolwiek członka jego grupy nie może zostać dokonane.

A to, co proponował w zamian, było gołosłownym zapewnieniem – zresztą już wcześniej złamanym, że stowarzyszenie nie będzie prowadzić działalności politycznej i nie będzie tworzyć struktur terenowych. A przecież to dzieje się cały czas. Nie potrafił też jednocześnie odpowiedzieć na pytanie, po co w takim razie to stowarzyszenie, skoro dokładnie taką działalność – programową, a nie polityczną – można prowadzić w ramach Prawa i Sprawiedliwości. Szczególnie w sytuacji, kiedy, jak dzisiaj widzimy, cała oferta tego stowarzyszenia jest skierowana wyłącznie do sympatyków Prawa i Sprawiedliwości. To jeszcze mocniej pokazuje, że stowarzyszenie po prostu nie miało celu deklarowanego przez Mateusz Morawieckiego, czyli celu programowego, polegającego na wychodzeniu do jakichś nowych grup odbiorców.

To miało być – użyję analogii ze słynnego filmu Obcy – takim obcym, który hoduje się w ciele nosiciela, żeby następnie, zabijając ten organizm, wyrwać się na zewnątrz. To może drastyczna analogia, ale myślę, że dość prawdziwa. Tak właśnie miało to wyglądać: Prawo i Sprawiedliwość miało być inkubatorem dla nowej partii Mateusza Morawieckiego. Zresztą bardzo mocno współgrało to również z tym, o czym pan prezes Jarosław Kaczyński mówił już publicznie, ale co mówił także wcześniej w kierownictwie partii, zanim publicznie to ujawnił. Współgrało to z propozycjami, z którymi Morawiecki przychodził w ostatnich miesiącach, dotyczącymi podziału partii. To pokazuje, że bardzo dążył do tego, by mieć swoją partię.

(…)

Niemniej ordynacja wyborcza nie premiuje podziałów wewnątrz tego samego spektrum ideowego. Czy jest możliwa jedna lista prawicy?

Powiem tak: dopiero co nasze drogi z Mateuszem Morawieckim się rozeszły, więc nie po to, by już następnego dnia rozmawiać o jego powrocie. To chyba oczywiste. Nie wykluczamy natomiast współpracy różnych środowisk po prawej stronie sceny politycznej. Na razie jednak ten projekt nie służy niczemu innemu niż dalszemu rozbijaniu polskiej prawicy.

A Konfederacje?

My nie szukamy wroga na prawicy. Jesteśmy gotowi do współpracy i z Konfederacją Mentzena, i z narodowcami Bosaka, do którego nam bliżej, ponieważ Mentzen i jego partia to ugrupowanie liberalne, chociażby w obszarze służby zdrowia czy świadczeń społecznych. Tutaj jest nam zupełnie nie po drodze. Ale oczywiście świat zna nie takie koalicje, więc dużo zależy od samej umowy koalicyjnej i określenia wspólnych fundamentów i priorytetów. Nie wyobrażamy sobie natomiast współpracy z partią Brauna. I to nie tylko dlatego, że również jest to partia pod względem społecznym niezwykle liberalna, postulująca chociażby całkowitą prywatyzację służby zdrowia – na co się nie zgadzamy. Ale także dlatego, że według nas jest to partia obcego interesu w Polsce. Partia, która proponuje sojusz z Rosją, zerwanie sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi i wystąpienie z NATO. To są rzeczy dla nas niewyobrażalne. Tutaj nie ma żadnego pola kompromisu w tych sprawach. A jednocześnie jest to partia, która odrzuca – i myślę, że dla wielu jej obecnych zwolenników może być to rzecz mało znana, dlatego warto o tym mówić – nasze chrześcijańskie korzenie. Są tam ludzie, którzy odrzucają naukę Kościoła czy odrzucają Biblię. To również jest oblicze tego ugrupowania i o tym też trzeba mówić. Współpraca z takimi ludźmi nie mieści się w naszym systemie wartości.

Wracam zatem do pytania o jedną listę, nawet jeżeli ona miałaby być stricte pragmatyczna pod kątem ordynacji wyborczej.

Pod pewnymi względami byłoby to na pewno korzystne i przynajmniej w jakiejś części prawej strony sceny politycznej myślę, że dla nas pożądane. Tak, jesteśmy gotowi na tego typu rozmowy. Zawsze jednak do współpracy potrzeba też woli drugiej strony. W tym przypadku nawet większej ilości podmiotów. Trzeba by wpisać w ten projekt wszystkie środowiska, które orbitują wokół prawicy, i nie zostawiać nikogo na boku. Te pojedyncze procenty mają swoje znaczenie przy często bardzo wyrównanym bilansie poparcia. Jesteśmy otwarci na rozmowy i myślę, że odpowiedzialność za Polskę nakazuje dzisiaj myśleć o tym, że trzeba je podjąć i toczyć bez uprzedzeń.

My zachęcamy do rozmowy, bo wróg jest dzisiaj poza prawą stroną. I nie mówię nawet: nasz wróg, PiS-u, tylko przede wszystkim wróg Polski. Widzimy przecież, jak wygląda ta polityka koalicji 13 grudnia, jak niszczy Polskę przez ostatnie trzy lata. Nie chcę nawet myśleć, co stałoby się z Polską, gdyby ta władza utrwaliła się na kolejną kadencję.

Minimum, jakie – moim zdaniem – powinniśmy osiągnąć w ramach takiego porozumienia partii prawicowych, to rodzaj paktu o nieagresji. Pracujmy nad przyciągnięciem wyborców nie atakami jednych na drugich, tylko budowaniem dobrej oferty programowej, dobrej oferty personalnej, pokazywaniem, że warto głosować akurat na tę partię prawicową, a nie na inną. Natomiast nie róbmy tego w ten sposób, że będziemy brutalnie atakować naszych konkurentów z prawej strony, bo to do niczego dobrego nie prowadzi.

Jaką rolę w tym wszystkim odegra prezydent Karol Nawrocki? Czy rzeczywiście jest takim szerokim patronem prawej strony?

Pana prezydenta traktuję – niezależnie od tego, czy będzie chciał odegrać rolę aktywną, czy bardziej rolę patrona – jako osobę, której rola będzie ogromna. Karol Nawrocki odniósł znakomity sukces wyborczy, dzięki poparciu szerokiego spektrum środowisk prawicowych, konserwatywnych i patriotycznych. Już samo to predestynuje go do tego, aby taką rolę odgrywał.

Odniósł sukces dzięki osobistym walorom i wyrazistym poglądom prawicowym, jest np. osobą bardzo wierzącą.

Otóż to. Uważam, że zaangażowanie pana prezydenta byłoby z wielkim pożytkiem dla naszego kraju i dla celu, który dzisiaj stawiamy sobie my – czyli wygranej z ekipą 13 grudnia. Zresztą pan prezydent jest w zasadniczej rozbieżności co do podstawowych decyzji i podstawowej wizji Polski obozu obecnej władzy.

Oczywiście w żadnym wypadku nie mogę, nie chcę i nie czuję się w żaden sposób upoważniony do tego, żeby próbować prezydentowi RP cokolwiek podpowiadać. To zawsze musi być jego decyzja, czy będzie chciał swoje poparcie wyrazić i w jaki sposób się zaangażować. Autorytet prezydenta i to, że wszystkie ugrupowania po prawej stronie odwołują się dzisiaj do tego autorytetu, na pewno bardzo ułatwiłyby osiągnięcie porozumienia w ramach np. paktu senackiego. Czy pójdziemy gdzieś dalej – czas pokaże.

 

Cała rozmowa w aktualnym wydaniu miesięcznika „Wpis – Wiara, Patriotyzm i Sztuka” (nr 7-8/2026). Wypróbuj Wpis za darmo: https://bialykruk.pl/ksiegarnia/ksiazki/prenumerata-probna-e-wydanie

Numer 07-08/2026

Wiara Patriotyzm i Sztuka

Numer 07-08/2026

Wakacyjne wydanie miesięcznika Wpis, nr 7-8/2026


Komentarze (0)

  • Podpis:
    E-mail:
  • Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników serwisu. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za ich treść. Wpisy są moderowane przed dodaniem.

Zamknij X W ramach naszego serwisu stosujemy pliki cookies. Korzystanie ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym.