Zrobiłem ok. 200 zdjęć ruin stolicy
Powstańcy na Kamiennych Schodkach. Autentyczne zdjęcie Zbigniewa Grochowskiego z Powstania Warszawskiego 14 lutego to data szczególna - dokładnie 84 lata temu w 1942 r., rozkazem Wodza Naczelnego gen. Władysława Sikorskiego, Związek Walki zbrojnej został przekształcony w Armię Krajową. Była to największa podziemna armia okupowanej Europy.
W jej strukturach znalazło się ponad 300 tys. żołnierzy. To oni walczyli w czasie niemieckiej okupacji, a także Powstania Warszawskiego o to, by Polska mogła się stać krajem wolnym i suwerennym.
Prezentujemy dziś poruszające świadectwo Zbigniewa Grochowskiego – powstańca warszawskiego, fotoreportera walczącej Warszawy. To historia o bohaterstwie młodzieży z AK, podejmującej nierówną walkę z niemieckim barbarzyństwem; wstrząsająca opowieść, która nie pozwala o sobie zapomnieć…
Zrobiłem ok. 200 zdjęć ruin stolicy
Monika Makowska: Jak zapamiętał Pan wybuch wojny?
Zbigniew Grochowski: W sierpniu 1939 r. byłem na wakacjach w Dęblinie u mojego ulubionego wuja, brata mojej mamy, Tomasza Gołębiowskiego. Był kapitanem lotnictwa, oficerem bazy Dęblin, a także dowódcą tamtejszego plutonu Oddziału Portowego w Centrum Wyszkolenia Oficerów Lotnictwa. Miałem wtedy niecałe 13 lat, nie lada atrakcją było dla mnie mieszkać „na lotnisku”, oglądać samoloty... Pamiętam nasze dwusilnikowe bombowce, łosie, stacjonujące w Dęblinie. Wuj pozwolił mi nawet usiąść w kokpicie łosia za sterami, na miejscu pilota! Oczywiście nie latałem, ale widziałem z bliska wszystkie urządzenia tej maszyny. Na kilka dni przed rozpoczęciem mobilizacji wuj zdążył jeszcze odwieźć mnie do Lublina, do dziadków; rodzice byli wtedy w Brześciu z moim młodszym bratem. Nie wiedziałem, że wtedy widziałem wujka Tomka po raz ostatni… Tak więc piątek 1 września 1939 r. zastał mnie w Lublinie. Tego dnia było jeszcze spokojnie, ale już 2 września nadleciały nad Lublin niemieckie bombowce. Rozpoczęło się bombardowanie. Słyszałem gwizd i huk bomb. Pamiętam, jak siedziałem z dziadkami w rowie przeciwlotniczym przed jednym z budynków na Podwalu. Niemcy zniszczyli kilka domów. Potem już do końca września nie było nalotów na miasto.
Pański wuj, kapitan Gołębiowski, został oczywiście zmobilizowany?
Ma się rozumieć, był przecież oficerem lotnictwa. Jego wojenna historia miała tragiczne zakończenie. Był zapalonym tenisistą, a w połowie sierpnia zwichnął na korcie nogę w kostce. Kiedy rozpoczęła się wojna, nie mógł więc wsiąść do swego bombowca i nie brał udziału w obronie polskiego nieba. Wycofywał się wraz z naszą armią z Dęblina na wschód; obrona powietrzna miała być utworzona w oparciu o wołyński węzeł lotnisk. Kiedy 17 września rozpoczęła się agresja sowiecka, to około 20 września wuj został przez Rosjan wzięty do niewoli. Trafił do obozu dla jeńców-oficerów w Kozielsku, a stamtąd – do Katynia, gdzie zginął zamordowany strzałem w tył głowy. Miał 32 lata. Wtedy, w 1940 r., nie mieliśmy szans się o tym dowiedzieć.[kpt. obs. Tomasz Gołębiowski jest na charkowskiej liście zamordowanych polskich oficerów – przyp. MM].
Tragiczna historia…
Samo życie… Po zakończeniu wrześniowej wojny obronnej ojciec przyjechał po mnie do Lublina i na początku października wróciliśmy do Brześcia, który był już zajęty przez Sowietów. Rodzice byli przedstawicielami przedwojennej inteligencji, więc byliśmy pierwszymi, którym groziło wywiezienie na Syberię. Postanowiliśmy zatem przedostać się do Warszawy. Spakowaliśmy do trzech plecaków co się dało i jak tylko zaczęły się mrozy, przeszliśmy przez zamarznięty Bug. Przedostaliśmy się do Lublina, bo tam mieszkała cała nasza rodzina ze strony mamy i ojca; dziadek już nie żył. Boże Narodzenie 1939 r. spędziliśmy w domu babci na Podwalu. Ojciec od razu wszedł w struktury konspiracyjne, ale pod koniec 1939 r. nie były one jeszcze najlepiej zorganizowane. Na początku 1940 r. Niemcy namierzyli całą tę lubelską grupę konspiracyjną, aresztowali moją babcię i wywieźli ją do haniebnego kobiecego obozu w Ravensbrück; przeżyła tam prawie 5 lat. Jesienią 1944 r., dzięki misji dyplomatycznej hrabiego Bernadotte, część więźniarek przewieziono do Szwecji, wśród nich moją babcię. Tam ją wykurowali i tam mieszkała do 1948 r. Wróciła do Lublina i żyła jeszcze kilka lat.
Podczas tamtej wsypy Niemcy aresztowali też ciocię Mikę, siostrę mojej mamy, też nauczycielkę z zawodu. Wywieźli ją do KL Auschwitz, gdzie zmarła. Rodzicom udało się wtedy uciec, przez pewien czas się ukrywali. Do dziś nie wiem, gdzie, nigdy mi tego nie powiedzieli. Ja byłem wówczas w majątku wujostwa w Komaszycach pod Dęblinem, a mój brat w majątku innych krewnych. Późną wiosną 1940 r. przedostaliśmy się z rodzicami do Warszawy; oczywiście pod zmienionymi nazwiskami. Przez całą okupację nazywałem się Stefan Wacław Zabłocki i na to nazwisko miałem wystawione dokumenty. W stolicy mieszkaliśmy przy ulicy Sapieżyńskiej na Starym Mieście.
Czy w Warszawie ojciec ponownie włączył się w konspirację?
Na pewno działał w konspiracji od momentu, kiedy w Warszawie była już Delegatura Rządu na Kraj. Pracował jako dziennikarz dla prasy podziemnej, oczywiście pod zmienionym nazwiskiem. Poprzez swoje znajomości w Polskim Państwie Podziemnym załatwił mi możliwość uczenia się na tajnych kompletach.
W jaki sposób były one zorganizowane?
Niemcy zaraz po zajęciu Warszawy wydali zarządzenie o zakazie otwierania szkół średnich, już nie mówiąc o uniwersytetach. Chętna młodzież mogła się uczyć nielegalnie, na tajnych kompletach. Trzeba było jednak wiedzieć, do kogo trafić, bo były one organizowane przez Departament Oświaty i Kultury Delegatury Rządu na Kraj. Konspiracyjne lekcje prowadzili przedwojenni nauczyciele z warszawskich liceów i gimnazjów, a nawet profesorowie z warszawskich uczelni. Moja mama nie mogła tam pracować, bo przed wojną była nauczycielką w Brześciu, a nie w stolicy. Aż do Powstania uczyłem się na tajnych kompletach. Jak to było zorganizowane? Na konspiracyjne lekcje udawaliśmy się w małej grupce, najwyżej ośmioosobowej, i oczywiście nie wszyscy razem. Dojeżdżałem tramwajem, najczęściej na tylnej platformie, na buforze, wtedy mówiło się „na cycku”, bo tramwaje w części przeznaczonej dla Polaków były najczęściej potwornie zatłoczone. Każdy szanujący się chłopak chciał jechać „na cycku”. Żeby dojechać ze Starówki, musiałem przedostać się na pl. Narutowicza na Ochocie, a stamtąd na ul. Mianowskiego albo na Mochnackiego, bo tam mieszkali nauczyciele prowadzący lekcje w ramach tajnych kompletów. Siedzieliśmy w ich mieszkaniach w ósemkę wokół stołu, nauczyciel mówił, a myśmy słuchali. Nie wolno było nic notować, bo gdyby w czasie jakiejś ulicznej łapanki Niemcy znaleźli przy kimś zeszyt z notatkami z języka polskiego czy historii, byłaby katastrofa. Taka osoba mogłaby się w śledztwie załamać i „wyśpiewać”, gdzie to się odbywało, i byłaby mniejsza czy większa wsypa. Byliśmy przygotowani na ewentualny nalot, czy rewizję, bo Niemcy bardzo często je robili. Na stole, przy którym siedzieliśmy, były rozłożone karty, stały kubki z herbatą, ciasteczka, a w pobliżu był patefon, tak więc oficjalnie byliśmy na spotkaniu towarzyskim. Zajęcia były tak organizowane, żeby to wyglądało na jakąś imprezę. Przez cztery lata przerobiłem na tajnych kompletach kurs gimnazjum i pod koniec maja, czy na początku czerwca 1944 r. zdałem małą maturę. Liceum już nie zdążyłem skończyć, bo wybuchło Powstanie. Młodzież po ukończeniu 15 lat i zakończeniu edukacji w szkołach zawodowych – takim Niemcy pozwalali na działalność, musiała pracować. Jednocześnie z nielegalną nauką na tajnych kompletach chodziłem więc dwa razy w tygodniu do Berufsschule, czyli dwuletniej szkoły zawodowej, przygotowującej do prostych prac. Ja podjąłem ją w warsztacie ślusarskim i miałem zaświadczenie, że pracuję jako ślusarz. Co ciekawe, w tej Berufsschule zajęcia z języka niemieckiego były tylko w stopniu podstawowym, zaś niemieckiego literackiego uczyliśmy się… na tajnych kompletach. Tam czytaliśmy np. w oryginale, do dziś to pamiętam, „Lorelei” Heinego, „Erlköniga” Goethego, a nawet „Fausta”.
Niebywały paradoks! W jaki sposób wszedł Pan w struktury konspiracyjne Szarych Szeregów?
Prawie cała młodzież, która uczęszczała na tajne komplety, należała do harcerstwa, czyli do Szarych Szeregów. Najmłodsi, od 12 do 14 lat, to byli Zawiszacy, 15-16 latkowie należeli do Szkół Bojowych, a po ukończeniu 17 lat przechodziło się do Grup Szturmowych. Szare Szeregi tworzyło w Warszawie 10-12 tys. harcerzy. W 1941 r., kiedy miałem równo 15 lat, moja licząca kilka zastępów drużyna Szarych Szeregów składała przysięgę w lesie w jakiejś miejscowości pod Warszawą; byliśmy już wtedy w Szkołach Bojowych. Po raz pierwszy i chyba jedyny widziałem wówczas komendanta Szarych Szeregów Floriana Marciniaka „Szarego”; miał 26 lat, więc był 11 lat starszy ode mnie. Wtedy oczywiście nie wiedziałem, kim on jest, dowiedziałem się później. W maju 1943 r. Niemcy aresztowali „Szarego”, a w 1944 r. zamordowali go w obozie Gross-Rosen (dziś Rogoźnica).
To jedna z największych tragedii w historii Szarych Szeregów. Jakie zadania Pan wykonywał w ramach Małego Sabotażu?
Mały Sabotaż to było po prostu szkodzenie Niemcom na różne sposoby. Prawie każdy chłopak miał garść piasku i szydło, które świetnie nadawały się do zdefektowania niemieckich samochodów – osobowych volkswagenów i wojskowych kübelwagenów, te ostatnie mogły też pływać. Odkręcaliśmy wlot paliwa (pamiętam że odkręcał się w prawo) i wsypywaliśmy tam piasek. Jeszcze prościej i szybciej szydłem przekłuwało się dętkę.
Bardzo pomysłowe!
Piaskiem zasypywaliśmy też dziurki od klucza w sklepach Meinla – tych „Nur für Deutsche”, żeby nie można było otworzyć drzwi. To było bardzo proste. Wchodziliśmy też do niemieckich lokali „Nur für Deutsche” wylewając jakiś śmierdzący płyn, albo wrzucając paczkę z białym fosforem, który się samoczynnie zapalał. Z paczki zaczynał ulatniać się dym i Niemcy musieli uciekać. Śmierdzący płyn wylewaliśmy też w kinach, w których Niemcy wyświetlali filmy propagandowe. Braliśmy butelki z dwusiarczkiem węgla i rozwalaliśmy je, kiedy zaczynał się seans; pamiętam, że podpowiedziałem taką akcję druhowi Jurkowi. Poza tym malowaliśmy na murach słynną Kotwicę, czyli znak Polski Walczącej. Wtedy nie było farb w sprayu, trzeba było mieć pędzel i puszkę farby, malować starannie i powoli. Nie można było tego robić w dzień, bo na ulicach było pełno ludzi, ani w nocy, bo była godzina policyjna; najczęściej robiliśmy to o zmierzchu. Na takie akcje chodziliśmy dwójkami – jeden ubezpieczał, a drugi malował. Kilka razy malowałem Kotwice, ale często robili to najmłodsi, Zawiszacy, a ja to fotografowałem. Pracowałem też przy kolportażu prasy podziemnej. Przychodziłem z koleżanką do konspiracyjnej drukarni – oczywiście nigdy do tej, w której pracował mój ojciec, w konspiracji oficjalnie się nie znaliśmy – odbieraliśmy stamtąd pakiet z kompletem biuletynów informacyjnych i przenosiliśmy je pod wskazane adresy. Zawsze wykonywało się to w parach – chłopak z dziewczyną; było to mniej podejrzane, niż gdyby szło dwóch chłopaków.
Wiem, że miał Pan w ramach Małego Sabotażu zadanie szczególne.
Na jednej ze zbiórek mój druh, który dowiedział się, że umiem fotografować, zlecił mi wykonywanie zdjęć niemieckich obiektów, budynków, a także, jeśli było to możliwe – osób, co w rzeczywistości okazało się mocno skomplikowane. Było to zadanie bardzo niebezpieczne, bo za posiadanie aparatu fotograficznego groziła śmierć, podobnie jak za posiadanie radioodbiorników, które Niemcy nakazali oddać zaraz po zajęciu Warszawy. Aparaty fotograficzne mogli mieć tylko ci Polacy, którzy oficjalnie wykonywali zdjęcia dla Niemców; mieli na to pozwolenie i specjalną opaskę, żeby od razu było wiadomo, że robią zdjęcia legalnie. Ja oczywiście niczego takiego nie miałem. W szczególny sposób pamiętam to moje zadanie specjalne z lat 1943–1944, kiedy Niemcy rozstrzeliwali na ulicach Warszawy więźniów z Pawiaka, a ja otrzymałem rozkaz fotografowania miejsc publicznych egzekucji. Oczywiście nie w trakcie, bo przecież wszystko było obstawione przez Niemców, tylko parę godzin po egzekucji. Młodsi koledzy, Zawiszacy, pisali: „Tu rozstrzelano tylu a tylu więźniów”, a ja robiłem zdjęcie. Np. z egzekucji dokonanej przez Niemców na Nowym Świecie, na którym był napis: „Luty 1944 rok. Cześć, pamięci rozstrzelanym pod tym murem” oraz wymalowany Orzeł Biały. Druhowi oddawałem film, który podziemną drogą przesyłany był do Londynu.
Zadanie rzeczywiście wstrząsające i śmiertelnie niebezpieczne. Czy praca karmiciela wszy tyfusowych, którą w pewnym momencie Pan podjął, dawała jakieś zabezpieczenie np. przed wywiezieniem na roboty do Rzeszy?
Podjąłem ją na polecenie mojego druha właśnie dlatego, że dawała świetne zabezpieczenie. Przed wojną we Lwowie prof. Rudolf Weigl, Polak austriackiego pochodzenia, opracował pierwszą na świecie skuteczną szczepionkę przeciwko tyfusowi plamistemu. W 1941 r. Niemcy przenieśli jego Instytut Badań nad Tyfusem Plamistym i Wirusami do Warszawy, na ul. Chocimską, gdzie trwała produkcja tej szczepionki na potrzeby Wehrmachtu. W warunkach wojennych tyfus bardzo łatwo się rozprzestrzeniał, zwłaszcza wśród żołnierzy na froncie.
Warto tu wspomnieć, że choć prof. Weigl nie mógł odmówić produkcji tej szczepionki na potrzeby Niemców, jednak dzięki istnieniu instytutu uratował bardzo wielu polskich uczonych, którym dał zatrudnienie, zabezpieczając tym samym przed rozstrzelaniem, czy wywiezieniem na roboty do Rzeszy. Ryzykując życiem produkował tę szczepionkę na potrzeby Polskiego Państwa Podziemnego, udzielał pomocy Żydom, np. dostarczając szczepionkę do getta. Kategorycznie odmówił zostania Reichsdeutschem, co zaproponował mu Heinrich Himmler; uniknął tragicznych tego konsekwencji, bo był zbyt cenny dla Niemców.
Do produkcji opracowanej przez niego szczepionki potrzebne były wszy, które trzeba było karmić. Karmicielami zostawali najczęściej dwudziestoparoletni ludzie, ale młodsi też mogli. Ci, którzy pracowali dla Instytutu Weigla, mieli przepustkę i mogli np. poruszać się po Warszawie w nocy, po godzinie policyjnej. Ta właśnie przepustka bardzo ułatwiała mi wykonywanie zdjęć z ulicznych egzekucji. Zdarzało się, że praca karmiciela wszy była przez niektórych źle widziana, jako „praca dla Niemców”. Muszę jednak powiedzieć, że bardzo wielu żołnierzy AK pracowało w Warszawie dla Niemców dla przykrywki, jednocześnie znakomicie wykorzystując to dla Polskiego Państwa Podziemnego. Szczególnym przypadkiem były warszawskie dziewczyny lekkich obyczajów, które owszem, obsługiwały niemieckich oficerów, ale jednocześnie podejmowały współpracę z wywiadem AK przekazując mu informacje uzyskane od Niemców. Takie, które zadawały się z Niemcami dla własnych korzyści, a jednocześnie donosiły na rodaków, były, rzecz jasna, przez Polskie Państwo Podziemne odpowiednio karane, podobnie jak wszyscy konfidenci, których nie brakowało. W żadnym wypadku jednak nie należy stawiać znaku równości między konfidentami, a żołnierzami AK, którzy „pracy dla Niemców” używali jako przykrywki.
Jak wyglądało to karmienie wszy?
Przychodziłem do Instytutu trzy razy w tygodniu. Otrzymywałem wtedy pudełko, wielkości tego od zapałek, wypełnione wszami, które trzeba było sobie przyłożyć np. do ręki i przez pół godziny siedzieć spokojnie. Swędziało to okropnie, bo wszy gryzły, a po odstawieniu pudełka zostawała brzydka, czerwona plama. Moje koleżanki, dziewczyny z AK, wolały przykładać sobie to pudełko do uda, bo pod spódnicą plamy tej później nie było widać. Poza nocną przepustką, dostawało się za karmienie wszy niewielkie wynagrodzenie pieniężne, porządny wojskowy obiad, bardzo sycący, a co najważniejsze – czekoladę. Był to porządny, 300 czy 400 gramowy blok wojskowej czekolady dla lotników. Nie wiem, co dokładnie zawierała, ale nie można jej było dużo zjeść, bo potem nie można było po niej spać. W każdym razie była bardzo cenna, bo w czasie okupacji była ona dla Polaków niedostępna, sprzedawali ją tylko w sklepach „Nür fur Deutsche”, w których psuliśmy zamki. A co najważniejsze – dokument stwierdzający, że pracuje się jako „lausener”, czyli karmiciel wszy, zabezpieczał przed wywiezieniem do Rzeszy. Kiedy pokazywało się ten dokument w czasie łapanki, Niemcy kogoś takiego od razu puszczali wolno.
Jak zastał Pana wybuch Powstania?
Po zdaniu małej matury wyjechałem na początku lipca w odwiedziny do ciotki Irki, siostry mojej mamy, do majątku w Komaszycach pod Lublinem. Zabrałem ze sobą różne zdjęcia, które robiłem w Warszawie w czasie okupacji – np. katedry św. Jana, czy na tle jej portalu uwiecznioną moją mamę, jej siostrę Zofię i mojego ojca, jak też zdjęcie mamy i cioci na Rynku Starego Miasta na tle niezniszczonych jeszcze kamieniczek po stronie Barssa; wśród pamiątek cioci zdjęcia te ocalały. Do Warszawy wróciłem 27 lub 28 lipca. Widziałem wtedy, jak Niemcy panicznie uciekają przez mosty Kierbedzia i Poniatowskiego; zwiewali na jakichś zarekwirowanych na Polesiu chłopskich furmankach. To nie był już ten niezwyciężony Wehrmacht. Byliśmy wówczas przekonani, że zanim nadejdą Rosjanie, będzie tak, jak w 1918 r., że łatwo wygonimy Niemców. Jednak pod sam koniec lipca przybyła do Warszawy cała masa świeżych niemieckich oddziałów pancernych, które przez te same mosty waliły na Pragę. Widać było, że chcą przygotować się do obrony przed zbliżającymi się oddziałami rosyjskimi. Przed rozpoczęciem Powstania nie zdążyłem skontaktować się z żadnym z kolegów i dlatego nie dotarł do mnie rozkaz zbiórki mojej grupy w konspiracyjnym lokalu na Mochnackiego na Ochocie. Godzina „W” zastała mnie na Starym Mieście.
Jak wyglądały pierwsze chwile Powstania?
To był niesamowity entuzjazm! 1 sierpnia po godz. 17.00 na każdej kamienicy na Starym Mieście zawisła polska flaga. Nie miałem kontaktu ani z moim druhem, ani z moją powstańczą jednostką Szarych Szeregów, nie miałem też broni, bo nie zdążyłem przejść do Grup Szturmowych. Miałem jednak aparat i kliszę, więc natychmiast poszedłem do dowództwa najbliższej jednostki, która stacjonowała przy ul. Bonifraterskiej w szpitalu Jana Bożego. Tam dali mi zaświadczenie, że mogę swobodnie poruszać się po Starym Mieście i robić zdjęcia. Z tą kartką papieru chodziłem po Warszawie i fotografowałem. Zaniosło mnie na Stawki, kiedy akurat nasi zdobyli tam ogromne, niemieckie magazyny ze słynnymi panterkami. Zrobiłem tam ze dwa czy trzy zdjęcia, w tym zdobycznego niemieckiego samochodu, na którym powstańcy wymalowali harcerską lilijkę i litery WP (Wojsko Polskie). Później, już na Starym Mieście na Kamiennych Schodkach, zrobiłem zdjęcie dwóch powstańców w panterkach ze zdobyczną niemiecką bronią. Na trzech bodaj fotografiach utrwaliłem powstańców ze zdobyczną bronią stojących w bramach na Starówce. Zdjęcie barykady, zbudowanej m.in. z przewróconego słupa ogłoszeniowego, powstało wtedy, kiedy na Stare Miasto przedarły się już oddziały „Zośki” i „Parasola”. Była to chyba jedna z barykad „Parasola”, znajdowała się w przejeździe pod budynkiem Sądu Okręgowego przy pl. Krasińskich 12. Barykady na Starym Mieście zaczęły powstawać już w pierwszych dniach Powstania, w czym bardzo pomagała ludność cywilna. Udało mi się też zrobić zdjęcie barykady zamykającej ul. Freta przy Franciszkańskiej; w całej Warszawie powstało podobno ponad 800 barykad. Niezwykła była historia zdjęcia dwóch chłopaków-żołnierzy i sanitariuszki. Zapytałem ich o zgodę na sfotografowanie, ale nie zapytałem, jak się nazywają. Dziewczynę ze zdjęcia spotkałem podczas obchodów 75. rocznicy Powstania. Kiedy powiedziała, że była sanitariuszką na Starym Mieście, odparłem, że też tam byłem i robiłem zdjęcia. Następnego dnia przy śniadaniu pokazałem jej tę fotografię, a ona się rozpłakała i powiedziała: „Tak, to jestem ja przed 75 laty...”. Miała na imię Danuta, była chyba z batalionu „Zośka”. Po Powstaniu trafiła do obozu jenieckiego na terenie III Rzeszy i tam doczekała wyzwolenia przez Amerykanów. Później wyjechała do Londynu, gdzie poznała amerykańskiego oficera, wyszła za niego za mąż i wyjechała do USA; mieszkali w Kalifornii.
Rzeczywiście niesamowita historia!
Właściwie każda z moich powstańczych fotografii ma swoją niezwykłą historię. Unikalne zdjęcie udało mi się zrobić 16 sierpnia, kiedy Niemcy strącili nad Starym Miastem amerykański samolot. Liberator spadł na kamienicę przy ul. Miodowej, powstańcy wyciągnęli z wraku załogę – jeden z pilotów jeszcze żył, chociaż był ciężko poparzony. Nasi odnieśli go do powstańczego szpitala na Długiej, ale niestety nie udało się go uratować. Na zdjęciu, które wówczas wykonałem, można odczytać napis: „Tu leżą polegli lotnicy, żołnierze amerykańscy niosący pomoc Warszawie. Zginęli dnia 18 VIII 1944 r., godz. 0:15. Cześć ich pamięci!” (…)
Jest to tylko fragment rozmowy dr Moniki Makowskiej ze Zbigniewem Grochowskim – fotoreporterem Powstania Warszawskiego. Z całością poruszającego materiału możecie się Państwo zapoznać w miesięczniku „Wpis” nr 11 (181) z listopada 2025 r. Nie zapomnijcie zaprenumerować naszego miesięcznika!

Roczna prenumerata miesięcznika WPIS. Wydanie papierowe + wydanie elektroniczne
"WPIS" to najciekawszy i najbogatszy miesięcznik na rynku.
Najbogatszy – z uwagi na bogactwo treści i tematów, wspaniałą fotografię i grafikę, wyjątkowe edytorstwo. „Wpis” czytają i rekomendują największe autorytety w naszym kraju! Do grona naszych autorów należą m.in. Adam Bujak, ks. Waldemar Chrostowski, Marek Deszczyński, Marek Klecel, Antoni Macierewicz, Krzysztof Masłoń, Andrzej Nowak, ks.





Komentarze (0)
Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników serwisu. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za ich treść. Wpisy są moderowane przed dodaniem.