Twórczość w czasach komunistycznej cenzury Ernest Bryll w polskiej kulturze

Nasi autorzy

Twórczość w czasach komunistycznej cenzury Ernest Bryll w polskiej kulturze

Ta ziemia taka czysta – jakby umieciona

skrzydłem aniołów, cicha i równinna.

Tyle już wycierpiała – a zawsze dziecinna

ufa, że dobroć jest tylko dobrocią,

a prawo tak jest prawem, jak pola się złocą,

kiedy żyto dojrzewa, jak zimą śnieg pada…

Tu wierzą wciąż, że sąsiad szanuje sąsiada,

że chleb jest święty, jeszcze świętsza praca.

Ta ziemia wielkiej myśli… Kiedy ją zdeptano,

jak ogień tysiąc iskier – tysiąc wielkich ludzi

rozrzuciła po świecie…

W nocy z 16 na 17 marca [2024 r.] zmarł w swoim domu w Warszawie Ernest Bryll, autor tych słów. Poeta, który szedł z kolejnymi pokoleniami Polaków przez 89 lat swego życia i ponad 70 lat swej twórczości. Dramatopisarz, który przez kilka dekad poruszał wyobraźnię i emocje tej wspólnoty jak mało kto, a może nikt – od czasu Wyspiańskiego. Autor „Rzeczy listopadowej”, „Kurdesza” (z którego pochodzi zacytowany fragment, tak pięknie wyśpiewany później przez Marka Grechutę), „Kolędy nocki” (z powtarzanym przez miliony songiem Krystyny Prońko „Za czym kolejka ta stoi…”), „Wieczernika” – przypominającego w stanie wojennym tę Nadzieję, która nie zawodzi.Współtwórca Klubu Krzywego Koła w 1955 r., współpracownik „Po Prostu” (1956), kierownik literacki Teatru Telewizji (od 1963 r.) oraz zespołów filmowych, w których powstały arcydzieła Wojciecha Hasa, Andrzeja Wajdy (to Bryll podpowiedział mu sfilmowanie „Ziemi obiecanej” Reymonta), „Pan Wołodyjowski” Jerzego Hoffmana. Na wieczorku poetyckim po wydaniu drugiego swojego tomiku występował wspólnie z Władysławem Broniewskim, przyjaźnił się z Melchiorem Wańkowiczem, tworzył teksty piosenek śpiewanych m.in. przez Czesława Niemena, Halinę Frąckowiak, Łucję Prus, Danutę Rinn, Marylę Rodowicz, Urszulę Sipińską, Skaldów, Halinę Kunicką, Stana Borysa… Słowa, że z Jego odejściem kończy się epoka, wydają się banalne – ale są prawdziwe.

Miałem zaszczyt poznać autora „Rzeczy listopadowej”, prowadząc z nim przez ostatnich pięć lat bardzo żywą i niezwykle dla mnie pożywną korespondencję. Przyjmowany z niezwykłą życzliwością i gościnnością w domu Państwa Bryllów, namówiłem w końcu Ernesta – bo zaproponował taką formę naszych relacji – na rozmowę o jego życiu, a raczej o doświadczeniu w tym długim życiu polskiej historii. Ostatnie słowa z tej rozmowy, nagrane 28 lutego, brzmią tak, gorzko: „Zastanawiam się też, a może ludzie po prostu nie chcą tej Polski, której nam się wydawało, że chcą? Może nie chcą tego kraju, który miał ambicje? Może chcą żyć inaczej? Może chcą być jak Czesi po Białej Górze?”. Byliśmy umówieni na kolejne spotkanie 26 marca…

Kim był, kim jest Ernest Bryll w polskiej kulturze? Jakie jest jego spojrzenie na nasze zbiorowe losy? Czego zdążyłem się dowiedzieć z rozpoczętej rozmowy, z naszej korespondencji, a przede wszystkim z jego wierszy i dramatów – postaram się przekazać jak najpełniej w innym miejscu. Tu bodaj krótko chcę powiedzieć o tym, by zachęcić wszystkich Czytelników „Wpisu” (Ernest był jednym z tego grona, i to czytelnikiem bardzo uważnym) – do powrotu do jego twórczości. Bo odbija się w niej nie tylko jedno, zamknięte już życie, ale także ta historia, która się nie kończy, choć tak bardzo martwimy się jej przemianami. Jak bardzo, niech zaświadczy ten, jeden z ostatnich wierszy Ernesta: „Chciało się mieć ojczyznę…”:

Chciało się mieć ojczyznę. Zawsze taką znaną

Jak w marzeniach. A ona się zmienia

W kraj nie bardzo znany. Więc wołamy

Przyjaciół, co byli z nami

Ale z lasu czasów teraz obcych

Wychodzą nie ci chłopcy

Nie te dziewczęta, co je pamiętasz

Niby popołudnie a ciemno jak w nocy

Jedni z nas zamykają oczy na tę ciemność

Inni chcą wiedzieć; – Co dalej przede mną

Przed tobą. Czy już nigdy nie pójdziemy z sobą

Jak dawniej razem? (…)Ernest Bryll. Fot. Wikimedia Ernest Bryll. Fot. Wikimedia

Urodzony 1 marca 1935 r. w Warszawie, dzieciństwo spędzał w Komorowie Starym koło Ostrowi Mazowieckiej. Bo tam jego ojciec służył jako zawodowy podoficer, starszy sierżant dyplomowany, instruktor w tamtejszej Szkole Podchorążych Piechoty. Rodzina matki pochodziła z rodu niderlandzkich Olendrów, w końcu XIX w. już „zaciętych Polaków”, opierających się germanizacji. Imię otrzymał przyszły poeta po jednym z licznych w rodzinie księży (wszyscy zostali zamordowani przez Niemców po 1939 r.). Matka urodziła się w Westfalii, w szerokiej fali polskiej migracji zarobkowej w ramach zaboru pruskiego, wędrującej za chlebem na zachodnie krańce II Rzeszy. Od strony ojca poczuwał się przyszły poeta do rodowodu chłopskiego, z Kujaw, ale zarazem do twardej tradycji obrony ojczyzny – z bronią w ręku. Ojciec był ochotnikiem w Powstaniu Wielkopolskim, potem przeszedł szlak bojowy z 59. Pułkiem Piechoty Wielkopolskiej w wojnie z bolszewikami. Jak pisał Ernest: „Kijów, dalej Berezyna (…) Potem Bitwa Warszawska – mój ojciec trzymał wtedy front na południe od Radzymina – i tak dalej, aż po 39-ty, czyli od Narwi aż po ostatnie bitwy już na bagnety (bo brak amunicji) u Kleeberga pod Kockiem”.

W jednym z listów Ernest Bryll nawiązał do udziału ojca w wojnie z bolszewikami. Warto chyba tę opowieść przytoczyć: „Otóż w roku 63 chyba, po raz pierwszy puszczony byłem z paszportem za granicę na festiwal filmowy w Moskwie. (…) W kremlowskim teatrze grano ‘Konarmię’ Wiszniewskiego [Wsiewołoda – sowieckiego dramatopisarza-propagandysty – AN]. Dostałem bilet. Akurat na tym spektaklu zjawił się (bo zwykł tak robić) Siemion Budionny. No i nas na mały bankiet znienacka zaproszono. Rozmawiam z legendą Konarmii. Marszałek pyta mnie – co ja wiem o jej rajdzie w Polsce. Wynika, że dość dużo. Pyta – skąd? – Od ojca. – A to ojciec wasz walczył w polskich oddziałach rewolucyjnych w Krasnoj Armii? – Niestety, po drugiej stronie. – A walczył z Konarmią? – A tak. – Piechota, kawaleria? – Pułki wielkopolskie. – Ano tak – zadumał się Budionny. – Ty mi teraz mów prawdę, tylko dla mnie: co mówił twój ojciec? – A mówił, że jak Konarmia atakowała piechurów, to najstraszniejsza była panika. Ale oni byli po szkole pruskiej, więc… – Co więc?... – Ano ojciec mówił, że czekali, aż ława konnicy zbliży się do dwudziestu metrów. Potem strzelali pod konie z rakietnic. Potem robiło się kłębowisko, a piechota rzucała granaty. – No tak, pułki wielkopolskie. A co dalej? – Dalej ojciec mówił, że aż żal było patrzeć. Na to Siemion zadumany: – Nu, sławno dralis” [No cóż, dzielnie walczyli… – AN].

Powrót ojca do domu na początku października 1939 r. to doświadczenie głęboko zapisane w pamięci czteroletniego Ernesta: „Pamiętam powrót ojca z wojny, po bitwie pod Kockiem. Generał Kleeberg, kiedy osaczyli jego zgrupowanie nie tylko Niemcy, ale z drugiej strony Rosjanie, rozwiązał piechotę. Jak wrócił do domu, w takim dziwnym przebraniu, podobny do stracha na wróble. Opisałem ten moment w jednym wierszu, dla mnie szalenie ważnym [...Siedział pod starą gruszą na twarz zsunął czapkę / Jakby się wstydził spojrzeć na mnie i na matkę // Cywilny kubrak na nim jak na strachu leżał / Krew mu spłynęła po zdartym kołnierzu // Nie mówił nic. To inni powiedzieli potem / Jak bił się u Kleeberga w kompanii piechoty…]”. W rozmowie prowadzonej 85 lat później poeta wracał do tego momentu kilkakrotnie. Wspominał przy okazji pułkownika Ludwika Bociańskiego, troskliwego komendanta szkoły wojskowej w Komorowie, a potem wojewodę poznańskiego i wileńskiego. Wspominał go właśnie w kontekście tragicznego Września. To Bociański zastąpił drogę marszałkowi Rydzowi-Śmigłemu 17 września na granicy z Rumunią w Kutach. Chciał powstrzymać naczelnego wodza przed ucieczką z walczącego kraju. Nie zdołał, więc strzelił sobie w pierś.

To doświadczenie klęski II RP i tego, co odbierane było jako zdrada elit, było bardzo istotne dla młodego Brylla. Wspominał też jednak inne przykłady, prawdziwie bohaterskie, jak postać generała Mikołaja Bołtucia, który zginął w próbie przebicia się ze swoim zgrupowaniem do oblężonej Warszawy, prowadząc atak na bagnety pod kulami niemieckich snajperów w bitwie pod Łomiankami. Gdzieś w tych doświadczeniach, przeżywanych po latach poprzez rozmowy z ojcem, przez pryzmat dalszych losów Polski po 1939 r., formowały się zapewne wybory życiowe autora „Rzeczy listopadowej” i zarazem pytania zadawane przezeń polskiej historii. Dla jego pokolenia (a tym bardziej dla starszych) wszystkie kolejne wielkie miesiące Polaków drugiej połowy XX w. – Październik (’56), Marzec (’68), Grudzień (’70) – były w kalendarzu po Wrześniu (’39). Przełamuje tę siłę fatalną może dopiero Sierpień ’80? Na jakiś czas, do nowego grudnia – 13 grudnia 1981?

Jałta była drugim ważnym na pewno doświadczeniem – dla pokolenia ojca poety. „Był we wszystkich formacjach podziemnej Polski, od Służby Zwycięstwu Polski aż do rozwiązania AK, do WiN-u już nie poszedł. Potem mi tłumaczył: uważałem, że Polska została sprzedana; szkoda ludzi; musimy to przetrzymać. To było takie ‘wielkopolskie’ myślenie. Ponieważ NKWD aresztowała od razu wiele osób, jeszcze nie mając na wszystkich ‘papierów’, tak dla rozpoznania, a wśród aresztowanych był mój ojciec, to kiedy go wypuścili, wiedział, że musi uciekać jak najdalej – że następnym razem nie wypuszczą. Zgłosił się do ‘berlingowców’ i dostał skierowanie na front, na zachód. My musieliśmy uciekać do Gdyni, gdzie był brat ojca”.

Młody Bryll, który okupację spędził w rodzinnym Komorowie, w tajnym nauczaniu zapisany do konspiracyjnych zuchów, czyli zawiszaków, w Gdyni szczęśliwie uniknął aresztowania, jakie spadło na część kolegów, którzy próbowali reaktywować skauting. Zdał maturę w roku 1951, mając lat 16. Chciał pójść na studia dziennikarskie: „Zdałem egzamin, ale nie było dla mnie miejsca. Powiedzieli mi, że na dziennikarstwo nigdy się nie dostanę – syn wojskowego sanacyjnego”. Próbował więc sił jako dziennikarz działu interwencji w „Dzienniku Bałtyckim”: „sprawdzacz skarg, które czytelnicy nadsyłali do działu ‘Śmiało i szczerze’”. Ta kariera załamała się szybko. Młody chłopak poszedł więc pracować do elektrowni w porcie obok stoczni w Gdyni. Dostał się potem dopiero na studia polonistyczne do Warszawy. Zadebiutował jako poeta w 1952 r. Przyjęty do Koła Młodych ZLP, razem z nowymi kolegami – Markiem Hłaską i Janem Himilsbachem (słynny potem aktor-naturszczyk pisał wtedy powieść o komuniście Marianie Buczku) podlegał obowiązkowym szkoleniom ideologicznym, prowadzonym przez takie tuzy marksizmu jak Stefan Żółkiewski, Jan Kott, Ryszard Matuszewski. Organizowano swoiste seanse samokrytyki utworów, nad którymi pracowali młodzi. Bryll wspomina to tak: „Pamiętam, jak napisałem taki wiersz o knajpie na ulicy Kijowskiej i zaatakowano mnie bardzo, że coś takiego mogłem napisać. Ale obronił mnie Himilsbach, który był takim wzorem robotnika, taki lumpenproletariat raczej. Mówi: moi koledzy z portu tam, do tej knajpy, chodzą i piją, tak jak jest napisane. Wstaje Jerzy Andrzejewski i mówi: ale gdzie tu jest ten człowiek socjalistyczny między nimi? Ty masz o tym pisać. Wciąż mówiono nam, że nie mamy pisać o tym, co widzimy. Mamy pisać o tym, co się dopiero rodzi, albo będzie rodzić – o tym człowieku socjalizmu. Potem przyszedł rok 1955. Wszystko jakby magicznie się zmieniło”.

Bryll zaczyna wtedy pracować w „Po Prostu”, gdzie początkowo odpisywał na listy od czytelników. Poznał tam Walerego Namiotkiewicza (późniejszego sekretarza osobistego Gomułki) z Janem Olszewskim i Jerzym Ambroziewiczem, którzy wspólnie opublikowali w marcu 1956 r. słynny artykuł „Na spotkanie ludziom z AK”. Było to pierwsze – po latach szkalowania i brutalnych represji wobec żołnierzy podziemia niepodległościowego – dobre słowo o polskich bohaterach II wojny. W „Po Prostu” Bryll został wzięty pod swoistą opiekę przez Juliusza Garzteckiego, w czasie wojny przyjaciela Krzysztofa Baczyńskiego (Garztecki ocalił część rękopisów poety). Nie wiedział wtedy, że Garztecki był od 1945 r. konfidentem UB i właśnie on (razem z żoną, również konfidentką) założył w 1955 r. rozsławiony później dyskusyjny Klub Krzywego Koła, w którym Ernest Bryll uczestniczył od pierwszego spotkania. Był więc młody poeta w samym środku wydarzeń, które zmieniały wówczas Polskę. Zmieniały, ale „w określonych ramach”. Bryll zapamiętał tragedię Węgier 1956 r. jako jeszcze jedno potwierdzenie tego, że Zachód zostawił naszą część Europy w rękach Moskwy.

Jesienią 1957 r. „Po Prostu” zostało rozwiązane. Bryll trafił wkrótce do nowego pisma: „Współczesności”, która miała być dozwolonym przez nową „wierchuszkę partyjną” głosem literatury młodszego pokolenia. Do grona stałych współpracowników i w skład redakcji, obok Ernesta Brylla, weszli m.in. Stanisław Grochowiak, Ireneusz Iredyński, Jan Krzysztoń, Janusz Krasiński, Marek Nowakowski, Halina Poświatowska, Jerzy Harasymowicz, Marek Hłasko, Andrzej Bursa, Miron Białoszewski, Stanisław Czycz. „Byliśmy słabiutcy. Ale byliśmy tak różni od tego, co było przedtem, że dla ludzi to było olśnienie” – komentował po latach Bryll. W wigilię 1959 r. został wyrzucony z odgórnie „zreformowanej” redakcji. Miał już wtedy za sobą wydanie pierwszego tomiku poetyckiego „Wigilie wariata” (1958). W 1960 r. opublikował drugi, „Autoportret z bykiem”, za który otrzymał nagrodę Broniewskiego (wtedy właśnie miał okazję wystąpić na jednym wieczorku poetyckim z autorem wiersza „Bagnet na broń” i poematu „Słowo o Stalinie”…).

Po okresie przymusowego bezrobocia dostał w końcu pracę w nowo tworzonej redakcji „Pegaza”, magazynu kulturalnego w telewizji, a następnie – od 1963 r. w Teatrze Telewizji, najpierw w dziale teatru współczesnego, a wkrótce jako kierownik literacki całości. Jak wspominał, jego praca polegała: „Na czytaniu, na organizowaniu, na znajdowaniu autorów, układaniu programu. Wszystko szło na żywo. W poniedziałek rano próbowano, a wieczorem nadawano. (…) Żyło się w napięciu… Cenzura przychodziła zawsze na te poniedziałkowe poranne próby bezpośrednio przed emisją. Była katastrofa, jak cenzura żądała, żeby coś wyciąć czy zmienić, bo już po prostu nie było czasu, żeby wszystko zmieniać… Studio było bardzo niewielkie, prymitywne. Aktor, kiedy skończył swoją rolę, wychodził na czworakach, żeby nie wejść w kamerę. Jakakolwiek ingerencja była straszna w skutkach. (…) Ale to był dobry okres. Bardzo dobry. Bo to był czas mojego rozwoju intelektualnego”.

Bryll publikował nie tylko kolejne tomiki poezji, powieści, opowiadania, ale również recenzje filmowe. Przygotowało go to, w pewnym sensie, do przejścia z telewizji do współpracy z zespołami filmowymi. Najpierw był to zespół „Kamera”, kierowany przez Jerzego Bossaka. Bryll objął przy nim funkcję kierownika literackiego. Bossak, przy pracy nad pierwszą, nieudaną wersją filmu Wajdy „Wszystko na sprzedaż”, nauczył go, na czym polega montaż. W zespole „Kamera” powstawały też w owym okresie (1966-1968) takie filmy jak „Szyfry” i „Lalka” Wojciecha Hasa czy „Pan Wołodyjowski” Jerzego Hoffmana. Wtedy, niejako przy okazji pracy przy filmach, Bryll stworzył swoje najważniejsze, a na pewno przynoszące mu największą sławę dzieło. Było tak: „W pewnym momencie wzywa mnie Bossak i mówi, że trzeba pomóc Jurkowi Skolimowskiemu (byliśmy przyjaciółmi od dawna, od tej szkoły młodych przy Związku Literatów przed 1956) przy pisaniu scenariusza. Siadajcie i róbcie. Ja mieszkałem jeszcze wtedy w Otwocku, wciąż dojeżdżałem do Warszawy. Od rana do jakiegoś wczesnego popołudnia gadaliśmy ze Skolimowskim, potem jechałem do Otwocka, żeby to zapisać. Bardzo chciałem ten scenariusz napisać – bo za tym szły pieniądze. Ale mi nie wychodziło. Wychodziło mi coś innego:

Jest u nas w kraju jedno święto takie,

Kiedy się rozumieją Polacy z Polakiem;

Jakby grom suchy nagle nad głową im błysnął,

ogniem uderzył w ślepia i z mózgów wycisnął

ostatnią kroplę myśli.

Tak bardzo scedzoną,

od krwi i potu tak bardzo czerwoną,

że z wody przeszła w płomień, że przecieka

przez wszystkie zdrady, głupoty...

Czyli wychodziła mi „Rzecz listopadowa”, a nie scenariusz do filmu Skolimowskiego [„Ręce do góry”, nakręconego ostatecznie w 1967 r. bez udziału Ernesta Brylla – AN]. Myślę sobie: szlag trafił pieniądze. No, ale napiszę chociaż I akt tego, co mi się pisze. Nie wierzyłem jednak, że coś z tego będzie. Po pierwsze, dramat pisał mi się wierszem. Wtedy to było absolutnie passé, niemożliwe. Po drugie – że nawiązywałem do wzorców romantycznych. Jakieś duchy się pojawiają na cmentarzu… Więc też passé. Po trzecie: Powstanie Warszawskie, o którym wtedy ledwo się mówiło, a o tym, żeby sztukę napisać, to mowy być nie mogło. No, ale nie napisałem scenariusza, napisałem tę sztukę”.

Był to koniec roku 1967. Bryll marzył o wystawieniu „Rzeczy listopadowej” przez Kazimierza Dejmka w Warszawie. Rozmowy z reżyserem były już w toku. Ale nastał już rok 1968. Inny dramat wystawiany przez Dejmka stanął na przeszkodzie: „Dziady” Mickiewicza z Gustawem Holoubkiem w roli Konrada… Po rzeczywiście dramatycznych wydarzeniach owego roku „Rzecz listopadowa” została w końcu wystawiona – ale we Wrocławiu, przez Krystynę Skuszankę. (...)

 

Jest to tylko fragment poruszających wspomnień prof. Andrzeja Nowaka o wybitnym poecie Erneście Bryllu. Do zapoznania się z całością zapraszamy na łamach miesięcznika „Wpis” [nr 162]

Prenumerata miesięcznika WPIS na rok 2026. Wydanie drukowane

Prenumerata miesięcznika WPIS na rok 2026. Wydanie drukowane

 

Miesięcznik „Wpis” już od szesnastu lat pozostaje wierny swym założeniom i przedstawia Czytelnikom podstawowe wartości, a więc wiarę, patriotyzm i sztukę.
Publikują u nas tak znakomici autorzy, jak m.in.: Adam Bujak, ks. prof. Waldemar Chrostowski, Leszek Długosz , prof. Ryszard Kantor, dr Marek Klecel, ks. prof. Janusz Królikowski, prof. Grzegorz Kucharczyk, dr Monika Makowska, prof. Aleksander Nalaskowski, prof. Andrzej Nowak, prof.

 

Komentarze (0)

  • Podpis:
    E-mail:
  • Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników serwisu. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za ich treść. Wpisy są moderowane przed dodaniem.

Zamknij X W ramach naszego serwisu stosujemy pliki cookies. Korzystanie ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym.