Trzeba żyć, żeby jeszcze coś zrobić dla Polski - wywiad z kapitanem Tadeuszem Lutakiem, Bohaterem września 39'
Czołgiści z 10. Brygady kawalerii Zmotoryzowanej podczas wykonywania zadań bojowych. Na pierwszym planie tankietka TK-3. Za nią - dwuwieżowy czołg Vickers. Fot. Archiwum kpt. Tadeusza Lutaka 1 września 1939 r. to jedna z najtragiczniejszych dat w historii Polski; niemiecka agresja na opuszczoną przez sojuszników Rzeczpospolitą, stała się początkiem II wojny światowej, w której Polska poniosła największe straty. Publikujemy wywiad dr Moniki Makowskiej z kpt. Tadeuszem Lutakiem, żołnierzem 10 Brygady Kawalerii Zmotoryzowanej (Armia „Kraków”), jednym z ostatnich żyjących Bohaterów września 39’. Najstarszy czołgista w historii Wojska Polskiego kilka dni temu (29 sierpnia) obchodził 109 urodziny!
Monika Makowska: Panie Kapitanie, jak Pan zapamiętał wybuch wojny?
Kpt Tadeusz Lutak: Z naszego 2 Batalionu Pancernego z Żurawicy dwie kompanie weszły w skład 10 Brygady Kawalerii Zmotoryzowanej pod dowództwem [jeszcze wtedy] pułkownika Stanisława Maczka [generałem brygady został mianowany 15 listopada 1939 r.]. Były to: 101 Kompania Czołgów Rozpoznawczych TKS pod dowódcą por. Zdzisława Ziemskiego i 121 Kompania Czołgów Lekkich (Vickersy). Dowódcą tej ostatniej był por. Rączkowski. Ja miałem rozkaz pełnienia służby jako goniec na motocyklu Sokół 600; moje zadanie polegało na utrzymywaniu łączności pomiędzy por. Rączkowskim a płk. Maczkiem, czyli na przewożeniu meldunków i rozkazów. Dotarliśmy na miejsce koncentracji w podkrakowskich Balicach. 1 września 1939 r. o godzinie 4 rano pełniłem służbę wartowniczą w parku niedaleko lotniska, kiedy nadleciały niemieckie sztukasy [bombowce nurkujące Junkers Ju 87 Stuka]; okrążyły Kraków i zrzuciły bomby. Były pierwsze ofiary – kobiety i dzieci... nasza artyleria przeciwlotnicza otworzyła ogień; trafili niemiecką maszynę. Płonący wrak upadł na pobliską skarpę; jeden pilot zabity na miejscu, drugi z pogruchotanymi nogami, w ciężkim stanie, ale jak tylko nas zobaczył, to zaczął krzyczeć „Hail Hitler!” Dostał to na co zasłużył; jeden z naszych odbezpieczył broń i palnął mu prosto w łeb. Nadleciały następne sztukasy, leciały nisko, prawie że tuż nad ziemią; jedna bomba poleciała prosto na naszą kuchnię polową druga trafiła w karabiny ułożone na pobliskim wzgórku i poskładane w kozły. Ani jeden nie ocalał. Kilka godzin później wyruszyłem w pierwszy rajd na Sokole z meldunkami do płk. Maczka; nie miałem broni, mój świetnie obstrzelany karabin zniszczyła niemiecka bomba. Po drodze znaleźliśmy ciało naszego poległego żołnierza; zginął na służbie, podnosząc broń do strzału; ręce miał tak zaciśnięte na karabinie, że sporo czasu zajęło rozprostowanie jego sztywnych już palców. Nie trzeba było długo czekać, żeby pojawiło się więcej sztuk broni po poległych kolegach. Wymieniłem znalezioną broń na karabin kawaleryjski, bardzo wygodny podczas jazdy motorem.
Szlak bojowy waszej 10 Brygady Kawalerii Zmotoryzowanej zaprowadził was pod Jordanów. Miał tam Pan piękny udział w zwycięskim starciu z nieprzyjacielem...
Pod Jordanowem udało nam się odepchnąć szkopów na ok. 18 kilometrów; odparliśmy pierwsze natarcie niemieckich czołgów, zniszczyliśmy kilka z nich. Wzięliśmy do niewoli sporo Niemców; pamiętam że my wzięli dwa motory, na każdym z nich było po dwóch żołnierzy niemieckich i do tego niemiecki wojskowy samochód osobowy w którym było dwóch oficerów wyższych rangą. Odtransportowałem ich. Niektórzy z wziętych do niewoli Niemców byli w sztok pijani, mieli przy sobie manierki z rumem. Nie dane nam było jednak świętować zwycięstwa, bo Niemcy przebili się przez naszą obronę i zaczynali nas otaczać; płk Maczek zarządził odwrót [istniało niebezpieczeństwo oskrzydlenia przez niemieckie jednostki pancerne]. Wysłał mnie i mojego kolegę kaprala Szatkowskiego na zwiad; mieliśmy sprawdzić czy most w Jordanowie jeszcze stoi i czy Niemcy planują go wysadzić. Ja prowadziłem motor, Szatkowski jechał jako pasażer. Drogą przeszły czołgi, więc były na niej bardzo głębokie koleiny; było już ciemno, ale musieliśmy jechać bez światła [żeby Niemcy nas nie namierzyli]. Odrobinę z kursu i można było wylądować w przepaści. Kiedy dojechaliśmy na miejsce most jeszcze stał, ale kiedy na niego wjechaliśmy, zauważyłem że na dole coś się rusza; pod mostem (nie było pod nim wody, tylko kilkadziesiąt metrów przepaści) było pełno niemieckich żołnierzy! Zawróciliśmy, Niemcy jednak usłyszeli warkot silnika naszego motoru, zauważyli też wzniecony przez nas pył [mieli latarki]. Jechałem najszybciej jak się dało, bo Niemcy zaczęli do nas strzelać, a do podnóża najbliższej góry było ze trzy kilometry jazdy na otwartej przestrzeni. Poczułem krótkie szarpnięcie motoru; zawróciłem żeby sprawdzić co się stało. Okazało się że niemiecka kula dosięgła mojego kolegę! Kiedy do niego dotarłem już nie żył. Por. Rączkowski wyznaczył na jego miejsce kaprala Bronka Karczyńskiego z Sanoka. To był mój przyjaciel, przez całe dwa lata służby w Żurawicy trzymaliśmy się razem. W koszarach spaliśmy na piętrowym łóżku ja na górze, a on na dole. Bardzo się lubiliśmy, to był wyjątkowo koleżeński chłop, a przy tym odważny. Miał twardy charakter, nie bał się podejmować ryzyka, jak mu coś nie odpowiadało to natychmiast ruszał do bitki. Dostarczyliśmy rozkaz od płk. Maczka do por. Rączkowskiego i czekaliśmy na meldunki żeby ruszyć w dalszą drogę. Stałem na wzgórzu z oficerami kiedy zauważyliśmy że kilku naszych oberwało od kul. To był niemiecki strzelec wyborowy; siedział zamaskowany na drzewie, kilkaset metrów od nas – czterech czy pięciu naszych żołnierzy drań jeden zastrzelił! W naszej kompanii jeszcze przed wojną byłem znany z bardzo dobrych wyników w strzelaniu, zdobyłem odznaczenie. Oficerowie natychmiast powierzyli mi zadanie zlikwidowania sukinkota. Dali mi snajperski karabin z lunetą, ustawili mi odpowiednio celownik, wystrzeliłem. Nawet specjalnie nie patrzyłem, strzelałem i tyle. Nie wiedziałem czy strzał był celny, ale oficerowie powiedzieli że „ładnie dostał, to i ładnego koziołka zrobił”; pochwalili mnie za skuteczność. Na to ja że „już spokój i nie będzie więcej strzelał”. Jak jest wojna, to na sumienie się nie bierze. [Strzela się tak], żeby jak najwięcej nieprzyjaciela zniszczyć i nie ma żadnego wyboru.
Dokładnie, tylko pogratulować celnego strzału. A co się działo po wycofaniu się z Jordanowa?
Wycofywaliśmy się na Myślenice; miasteczko po niemieckim bombardowaniu płonęło żywym ogniem. Dostaliśmy rozkaz zniszczenia zapasów zboża, żeby nie dostały się w ręce wroga. Przedzieraliśmy się dalej do w kierunku na Wiśnicz; nasze tankietki prowadziliśmy przez obrośnięte wysoką trawą łąki, a Vickersy drogą pomiędzy drzewami żeby zamaskować je przed Niemcami. Mimo tych środków ostrożności Niemcy kilkakrotnie nas ostrzelali, a do tego dopadli nas podczas uzupełniania paliwa. Nadleciały sztukasy; pocisk [z broni pokładowej] trafił prosto w naszego dwuwieżowego Vickersa, niszcząc jedną z wież. Podjechałem na motorze pod zniszczony czołg, żeby ratować załogę... nie było kogo ratować... Przez otwór wieży widać było jedynie zakrwawione ciało dowódcy Vickersa pozbawione głowy... (...) Dalszy odwrót w kierunku Mielca; tam spotkaliśmy mojego znajomego, Stanisława Wnęka właściciela sklepu; akurat kiedy tam się znaleźliśmy szabrownicy wynosili towar; przepędziliśmy ich. Staszek poczęstował nas obiadem, po czym – niestety – zaczął nas namawiać do dezercji, „bo Polska przegrywa już wojnę” obiecując jednocześnie że da nam cywilne ubrania. Kategorycznie odmówiliśmy bo „jesteśmy porządnymi żołnierzami i składaliśmy przysięgę przed Panem Bogiem”. W tej samej chwili usłyszeliśmy komunikat radiowy, że Francja i Anglia wypowiedziały Niemcom wojnę.
Pełnił Pan służbę w skrajnie niebezpiecznych warunkach, przewożąc meldunki pod niemieckim ostrzałem; w przeciwieństwie do kolegów nie chronił Pana pancerz czołgu. Który z tych ekstremalnych rajdów w szczególny sposób Pan zapamiętał?
To było w okolicach Majdanowa Królewskiego; dostałem zapieczętowane raporty [od porucznika Rączkowskiego] wraz z rozkazem dostarczenia ich do pułkownika Maczka. Wsiedliśmy z kapralem Karczyńskim na Sokoła i ruszyliśmy. Niemcy nas zauważyli i jak nie zaczną strzelać! Pociski gęsto padały i przed nami i za nami, kilkakrotnie dostaliśmy bryłami ziemi i kamieniami niesionymi podmuchami przy eksplozjach. Szkopy wyraźnie na nas polowali; trzymałem mocno kierownicę i jechałem dalej; na wojnie nie ma zmiłuj, każdy rozkaz trzeba wykonać w stu procentach. Wokół naszego Sokoła rozerwało się co najmniej kilkanaście pocisków, cud że żaden nas nie trafił. Dojechaliśmy do jakiegoś mostu, ukryliśmy się pod nim, żeby przeczekać ten morderczy ostrzał. Wreszcie strzelanina ucichła, a my wytoczyliśmy Sokoła spod mostu i ruszyliśmy dalej. Szczęśliwie dojechaliśmy do kwatery sztabu. Wchodzimy, przekazuję raporty pułkownikowi Maczkowi, a on na to: „Boże, jednak dojechaliście! Myśmy was obserwowali przez lornetki, w pewnym momencie zniknęliście zupełnie. Myśmy was już uśmiercili...” Wracając natrafiliśmy na fabrykę; udało nam się uzupełnić zapasy paliwa, zanim nadleciały sztukasy i zrównały ją z ziemią.
Niezwykłe doświadczenie dla żołnierza – zasłużone wyrazy uznania od samego dowódcy, i to pułkownika Maczka [już niedługo – generała]
Pułkownika Maczka widziałem wielokrotnie podczas tej wojny, ale zazwyczaj wyglądało to tak, że meldowałem się, oddawałem zapieczętowany raport, dostawałem rozkaz, wykonać i do widzenia. Nie było specjalnych rozmów – co miał kapral z panem pułkownikiem dużo rozmawiać. Na wojnie nie ma na to czasu, trzeba działać szybko. Raz nawet, pamiętam że osłanialiśmy pułkownika, pilnowaliśmy żeby nie wpadł w ręce Niemców. To chyba było jeszcze pod Jordanowem. Podczas jednego ze zwiadów zauważyliśmy niemiecki patrol – to były dwa samochody osobowe z Niemcami i jeszcze kilka motocykli z obsługą; wzięliśmy ich do niewoli. Okazało się że w kierunku tej miejscowości w której była kwatera pułkownika posuwa się kolumna 30 niemieckich czołgów. Zdążyliśmy powiedzieć o tym pułkownikowi na czas. Nie było wyjścia – zarządził odwrót, zdążyliśmy się wycofać; jeden z naszych Vickersów ukryty w szopie utkwił w niej i wyjeżdżając „zabrał ją” ze sobą; dopiero później zdjęliśmy z pancerza ten osobliwy ładunek. Pamiętam też jak woziłem raporty do płk. Maczka przez Lasy Głogowskie pod Rzeszowem; znów w nocy, bez światła... Z kolei podczas odwrotu z okolic Kolbuszowej jechałem z Karczyńskim na Sokole za naszą kompanią, kiedy Niemcy znów otworzyli do nas ogień ze sztukasów; bomby leciały prosto na nas. Zeskoczyliśmy z motoru i wczołgaliśmy się do rowu; Sokół pojechał jeszcze kilkanaście metrów zanim się przewrócił. Usłyszeliśmy potworny huk detonacji, obaj ogłuchliśmy przez pewien czas musieliśmy porozumiewać się gestami. Obok nas stało troje Żydów; kiedy podnieśliśmy się po wybuchu stali nadal w tym samym miejscu, jednak kiedy podeszliśmy bliżej okazało się, że byli już martwi, mimo że na ciałach nie było żadnych ran. Zabił ich podmuch bomby! Podnieśliśmy Sokoła, który jak się okazało nie uległ uszkodzeniu i dogoniliśmy naszą kompanię. Dotarliśmy do Sanu. Most był już wysadzony, musieliśmy przeprawiać się przez odmioł [bród na rzece]. Najpierw przejechały czołgi, następnie – samochody ciężarowe – tu było trudniej, żołnierze musieli wypchnąć je na drugi brzeg. Podczas tej przeprawy wpadłem z Sokołem w głębsze miejsce; maszyna była rozgrzana, woda zalała silnik. Koledzy pomogli mi doholować motor na drugi brzeg, ale to już był jego koniec, zalany silnik nie dał się uruchomić. Zostawiłem Sokoła na brzegu. Następnego dnia dostałem niemiecką maszynę, jedną z tych zdobytych pod Kolbuszową [zanim nastąpił odwrót]. To był motocykl BMW; usunęliśmy wszystkie swastyki i „wrony”, a nad przednim błotnikiem zamontowaliśmy biało-czerwoną chorągiewkę. Motor był niestety nieco uszkodzony musiałem uruchamiać go na trzecim biegu, bo pierwszy i drugi nie działały. Jednak masywna sylwetka BMW znacznie się różni od filigranowego, eleganckiego w linii polskiego Sokoła; z tego powodu zostaliśmy trzykrotnie omyłkowo ostrzelani przez naszych; trzeba było zeskakiwać z motocykla, przeczekiwać ostrzał i wyjaśniać sprawę, przez co traciliśmy cenny czas. W końcu dotarliśmy pod Biłgoraj; to było ok. drugiej czy trzeciej po północy, 12 września.
I tam miała się rozegrać wasza ostatnia bitwa września 39’?
Tak, ale to już było kawałek za Biłgorajem. Samo przedostanie się do miasta było bardzo trudne, bo na drodze leżały całe zwały ciał naszych ułanów i ich koni; żaden już nie żył; żeby przejechać nasze czołgi musiały zepchnąć zwłoki na pobocze. Podszedł do nas roztrzęsiony mężczyzna i powiedział że czołgi niemieckie jechały tą drogą przez całą noc. Nasz dowódca [por. Rączkowski] postanowił zatem urządzić zasadzkę na Niemców, bo niedaleko przemieszczała się ich bateria artylerii. Ukryliśmy nasze Vickersy w lesie. Udało nam się zniszczyć sześć niemieckich dział na gąsienicach, wraz zaprzęgami konnymi i całą obsługą. Po chwili nad Biłgorajem pojawił się niemiecki samolot rozpoznawczy, a niedługo później – sztukasy. Niemieccy lotnicy wypuścili bomby zapalające; miasto zapłonęło jak pochodnia... To zniszczenie niemieckich dział było naszym ostatnim sukcesem; szybko się zorientowaliśmy że jesteśmy w okrążeniu. Całą noc całą noc jechaliśmy przez młodnik sosnowy, żeby się z niego wyrwać; najpierw jechały nasze czołgi i samochody ciężarowe, żeby utorować drogę; ten młodnik był całkiem połamany, nie było ani śladu całego drzewa; na motorze jechało się lepiej za tymi czołgami, bo już nie było nawet trzasek drewnianych. Nad ranem dojechaliśmy do jakiejś wioski; to była chyba Koziejówka w okolicach Ułazowa. Dowódca wysłał mnie i Karczyńskiego na zwiad. Kiedy dojechaliśmy do zabudowań wydawało mi się że w oknie widzę postać niemieckiego żołnierza w hełmie, ale jeden z mocno wystraszonych mieszkańców tej wioski powiedział że jeszcze u nich Niemców nie było. Byliśmy wyczerpani, od kilku dni nie jedliśmy prawie nic, mogłem mieć zwidy... Niestety, nie zdawało mi się. To była niemiecka zasadzka; ledwo wjechaliśmy do wioski Niemcy otworzyli do nas ogień; okazało się że w wiosce i w jej okolicach było co najmniej kilka tysięcy niemieckich żołnierzy! Aż czarno od nich było! Odwrót! Zwrotne Vickersy bardzo sprawnie zawróciły, gorzej było z ciężarówkami, zwłaszcza że trafione pociskami zapasy benzyny i amunicji stanęły w ogniu. Wycofywaliśmy się tą samą drogą, pod gęstym niemieckim ostrzałem. Znów całą noc przez las; to był gęsty las bukowy schroniliśmy się w nim, byle jak najdalej od Niemców! Jednak w lesie to było gorzej niż na otwartym polu. Niemieckie pociski, szrapnele waliły w drzewa, rozrywając je, a buki mają bardzo twarde drewno, więc jak się nie dostało kulą, to bukową trzaską, która była tak samo niebezpieczna. Nad ranem skrajnie wyczerpani wycofaliśmy się z tego lasu. Przed nami było pole ziemniaków, posadzonych z ukosa na niewielkim wzniesieniu. To my przez te ziemniaki chcieliśmy się wycofać, jak najdalej od Niemców; za tym polem był następny las, chcieliśmy się do niego przedostać. Czołgaliśmy się na brzuchach, głowa jak najniżej, nogi jak najniżej, bo Niemcy ostro strzelali, paru z naszych dostało. Obok mnie czołgał się mój kolega z poboru, Paradowski; zdrowy chłop dostał w piętę, a w nogi jak się dostaje to człowiek sparaliżowany całkiem. Nie mogłem mu pomóc. Życie uratował mi pochłaniacz gazowy, który miałem na plecach; uderzyło w niego co najmniej kilkanaście kul. Powoli doczołgałem się do lasu. Obejrzałem się; na odsłoniętym terenie zobaczyłem sześć rzędów niemieckiej tyraliery. Nie mieliśmy żadnych szans. Kapitan piechoty, najstarszy z nas szarżą zebrał nas, ocalałych wokół siebie i powiedział że to nasza ostatnia odprawa, po czym zwolnił nas z przysięgi wojskowej. Już nas nie obowiązywała. Nakazał nam się ratować, powiedział nam że możemy pójść gdzie chcemy i podziękował nam za wspólną walkę. Nie chciał pójść w ręce szkopów do niewoli. Na naszych oczach wyciągnął pistolet z kabury i strzelił sobie w łeb. Cóż było robić? Dookoła pełno wojska niemieckiego, my w mundurach... chcieliśmy jeszcze ukryć broń i amunicję; nie było czasu żeby ją zakopać. Porzuciłem mój zdobyczny niemiecki motor, odsunąłem się jak najdalej od niego. Część broni ukryliśmy pod ściółką i liśćmi w leśnych dołach, kiedy Niemcy rozpoczęli na nowo ostrzał. Poddajemy się.
Jest to tylko fragment wywiadu dr Moniki Makowskiej z kpt Tadeuszem Lutakiem „Pancerzem”. Całość ukazała się w miesięczniku Wpis nr 9 (167) 27 września – 28 października 2024 r.

WPIS 09/2024 (e-wydanie)
Ukazał się już najnowszy, wrześniowy numer miesięcznika „Wpis”. Jak każdego miesiąca przygotowaliśmy dla Państwa wyselekcjonowany zbiór felietonów powiązanych z aktualną tematyką, wywiady z wybitnymi osobistościami z dziedziny polskiej nauki (choć nie tylko), jak również całą serię artykułów historycznych, nawiązujących do bieżących rocznic.

Historia i świętość. Zofia Kossak biografia ilustrowana
Cóż to było za życie! Od szczęśliwego dzieciństwa w bardzo utalentowanej artystycznie rodzinie Kossaków, poprzez burzliwą młodość, do wielkich sukcesów pisarskich. Po życiu w kraju wolnym i prężnie się rozwijającym, jakim była II RP, przyszła tragedia okupacji, uwięzienie na Pawiaku i w obozie w Auschwitz. Po wyzwoleniu ze szponów niemieckich Polska popadła jednak w kolejne zniewolenie – bolszewickie.

Polskość jest przywilejem. Antologia publicystyki patriotycznej
Adam Bujak, ks. Waldemar Chrostowski, Antoni Macierewicz, Andrzej Nowak, ks. Dariusz Oko, Krzysztof Ożóg, Leszek Sosnowski, Krzysztof Szczerski, Janusz Szewczak w jednej książce!
A to jeszcze nie wszyscy autorzy wydawanego przez Białego Kruka miesięcznika kulturalnego "Wpis", którzy swym wybitnym piórem wzbogacają tę niezwykle patriotyczną publikację.

Skąd się wziął Karol Nawrocki? Andrzej Nowak rozmawia z prezydentem RP
Kim naprawdę jest człowiek, który w 2025 roku został prezydentem Rzeczypospolitej? W tej książce poznajemy najważniejsze etapy jego życia – od dzieciństwa i młodości w Gdańsku, przez pracę w Grand Hotelu, sport, studia, historię, IPN i Muzeum II Wojny Światowej, aż po najbrutalniejszą kampanię wyborczą III RP i początek prezydentury.
Dr Karol Nawrocki zgodził się porozmawiać o sobie z człowiekiem, do którego ma pełne zaufanie – prof. Andrzejem Nowakiem.

Czas walki z Bogiem
Od XIX wieku, od czasu legalizacji partii lewicowych, toczy się oficjalna walka z Bogiem. Można nawet mówić o permanentnej wojnie z wiarą chrześcijańską. Walki rozpoczęte w sposób niezwykle krwawy jeszcze podczas rewolucji francuskiej znalazły potem swoje rozwinięcie w quasi-naukowych pracach quasi-filozofów, ideologów i zbuntowanych wobec Boga artystów.




Komentarze (0)
Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników serwisu. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za ich treść. Wpisy są moderowane przed dodaniem.