Niezwykły atak Powstańców i zdobycie elektrowni
Oto fragment książki (wyd. Biały Kruk) pt. Obrońcy Stolicy. Energetycy w Powstaniu Warszawskim.
Przygotowanie
Plan zdobycia Elektrowni zakładał walkę od wewnątrz. Zostało do niej przeznaczonych kilkudziesięciu konspiratorów podzielonych na kilka grup: pierwsza, na czele z ppor. Eugeniuszem Marczewskim „Olszyną”, miała zająć się terenem garażów i bunkrem przy wjeździe od strony bocznicy kolejowej (Wybrzeże Kościuszkowskie); w gestii drugiej, dowodzonej przez ppor. Antoniego Zycha „Lecha”, leżało opanowanie budynku technicznego (transformatorów), co należało osiągnąć, atakując z trzeciego piętra dwiema grupami, by zlikwidować niemieckie koszary na pierwszym piętrze i parterze; do trzeciej, komenderowanej przez ppor. Jana Chodzińskiego „Brzostowskiego”, należało opanowanie nastawni i hali maszyn, natomiast czwarta, prowadzona przez plut. Władysława Piotrowskiego „Rafała”, musiała zdobyć bunkry węglowe i bramę od ul. Leszczyńskiej, a także kotłownie; do zadań zaś grupy piątej z kpr. Zdzisławem Kwiecińskim „Skuligą” należała osłona dowództwa, a grupa szósta, której dowódcą był por. Tadeusz Kahl „Kowalski”, powinna była opanować bramę od ul. Elektrycznej 2 i budynek magazynowy. Początek akcji miała stanowić detonacja ładunku wybuchowego na parterze w budynku technicznym (transformatorów). Stanowisko dowodzenia było w wartowni Straży Bezpieczeństwa, czyli w północno-zachodniej części terenu Elektrowni. Linie telefoniczne zewnętrzne i wewnętrzne zostały unieruchomione. Pozostawiono tylko trzy linie dla własnego użytku. Linię, którą używali funkcjonariusze niemieckiej służby bezpieczeństwa do komunikacji z załogą Elektrowni, przekierowano do wartowni Straży Bezpieczeństwa.
Powstańcy mieli 25 pistoletów, 80 granatów (filipinek), 2 miotacze ognia, 5 karabinów i małą ilość amunicji. W dzień rozpoczęcia walki dotarło do nich jeszcze 40 filipinek. Mieli walczyć z przeciwnikiem wyposażonym znacznie lepiej. Niemiecka załoga Elektrowni posiadała w swym arsenale 3 ciężkie karabiny maszynowe, 8 ręcznych karabinów maszynowych, blisko 40 pistoletów maszynowych MP 40, 180 karabinów i znaczną ilość pistoletów. Prawie każdy z żołnierzy wroga miał zapas granatów trzonkowych.
Siły niemieckie nie były jednolite. Stanowił je pluton Wehrmachtu, pluton, w skład którego wchodzili volksdeutsche, funkcjonariusze SA (Sturmabteilung) i kompania Werkschutzu (wewnętrzna służba ochrony), rekrutująca się z wartowników narodowości wschodniej którzy w relacjach Powstańców byli nazywani „Ukraińcami”. Koszary tych formacji znajdowały się w budynku technicznym po jednej stronie pierwszego piętra i po obu stronach parteru. Na parterze były koszary Wehrmachtu.
W takiej sytuacji atutami Polaków były zaskoczenie, szybkość działania i determinacja. Detonacja ładunku w koszarach wroga unieszkodliwiłaby część ich załogi, a także wprowadziła dezorganizację czy też wywołała popłoch w ich szeregach, a przede wszystkim uniemożliwiłaby wszystkim żołnierzom wroga lub ich części dotarcie do magazynu broni, który znajdował się na parterze. Powstańcy atakowali kondygnacje, gdzie były koszary, z górnych pięter, co dawało im przewagę taktyczną. Dodatkowym efektem miało być wypuszczenie pary z kotłów, czym zamierzano spowodować zamieszanie i dezorientację na podwórku Elektrowni.
Rozkaz o godzinie rozpoczęcia Powstania dotarł do kpt. „Cubryny” 1 sierpnia o godz. 7.00. O godz. 11.00 zwołał on odprawę przed walką w mieszkaniu przy ul. Smulikowskiego. Tego dnia rankiem ppor. Zych z kierowcą Stanisławem Hantulskim „Słoniem” pojechał po materiał wybuchowy na skrzyżowanie Puławskiej z Rakowiecką (Mokotów), a formalnie po odbiór transformatora z ul. Wiktorskiej. W drodze powrotnej nie obyło się bez przygód, bo choć samochód był służbowym pojazdem Elektrowni, to został zatrzymany przez patrol niemiecki. Zych wyskoczył z niego razem z paką i pieszo przyniósł ładunek do budynku administracyjnego (dyrekcyjnego) Elektrowni na skrzyżowaniu ulic Tamka i Wybrzeże Kościuszkowskie (dziś siedziba firmy E.ON Polska S.A., ul. Wybrzeże Kościuszkowskie 41). Tam zebrała się grupka konspiratorów na odprawę przed walką. Deliberowano nad planem wniesienia ładunku na teren wytwórni i detonacji. Na ten moment przybył ppor. inż. Wincenty Szantyr „Ursyn”. Widząc, że brakuje drugiego śmiałka do wniesienia bomby (pierwszym był ppor. Feliks Wodzyński „Semek”), zgłosił się na ochotnika. Traf chciał, że pierwszego dnia każdego miesiąca pracownicy Elektrowni otrzymywali deputaty żywnościowe. Edward Jabłoński „Orlik” wspominał, że: „pół kilo mięsa się dostawało, tak zwanej rąbanki, no i tam kilo cukru, butelka wódki i jeszcze takie drobiazgi”. Widząc opakowania z tymi specjałami stojące pod ścianą, Szantyr włożył do nich materiał wybuchowy, przykrywając go na wierzchu paczkami z przydziałowym mięsem.
Konspiratorzy wyszli bocznym wyjściem, obawiając się portierów, którzy mogli ich zrewidować. Na teren Elektrowni weszli od ul. Tamka. Portier stojący przy bramce zapytał z uśmiechem: „O! Wy chyba tu wódkę niesiecie?”. Szantyr odpowiedział: „Nie, poczekaj pan, jutro przyniesiemy, a tutaj niesiemy mięso dla ludzi”. Poszli do budynku technicznego, gdzie przekazali część pakunków z deputatami ludziom ppor. Zycha, którzy mieli szturmować Niemców z najwyższego piętra na dół.
Broń palną o mniejszych rozmiarach wnieśli od strony ul. Elektrycznej ppor. Mirosław Czajkowski „Kalina” i Henryk Rutkowski „Henryk” w skrzyniach z licznikami trójfazowymi, które częściowo zdemontowano. Podobnie wnieśli 2 pistolety maszynowe „Błyskawica”, które ukryto pod płaszczami, co nie wzbudziło podejrzeń, bo rano padał deszcz. Inne skrzynie z bronią przynieśli Zbigniew Dobas „Rokita” i nieznany z imienia Deptuła.
Jeden ze szturmowców Zycha, strz. Wiesław Piotr Żochowski „Żak” wspominał: „przydziały żywnościowe dla pracowników i w koszach, razem z mięsem, z chlebem, wnosiliśmy granaty na ostatnią kondygnację poddasza, gdzie był magazyn liczników i innych akcesoriów energetycznych, jakieś wyposażenie energetyczne”, tam wśród urządzeń i przełączników zaczaiła się grupa szturmowa pod dowództwem ppor. Zycha. Mieli 2 ręczne karabiny maszynowe, 15 pistoletów maszynowych i wielostrzałowych oraz kilkadziesiąt granatów, z czego większość stanowiły ręczne granaty zaczepne produkcji konspiracyjnej, tzw. filipinki.
Tymczasem Szantyr z Wodzyńskim weszli do znajdującego się na parterze pokoju polskich rzemieślników (warsztat transportowy transformatorowy), który przylegał do kwatery komendanta niemieckiej załogi. Tam na ścianie zainstalowali ładunek ważący 6 kg (szedyt, trotyl, plastyk). Podłączone zostały spłonki. W punkcie centralnym zbiegały się odcinki lontu wybuchowego z dwoma kawałkami lontu prochowego. Całość dociśnięto skrzynią albo workami z piachem przeznaczonymi do gaszenia pożaru. Wszystko było gotowe, ale problem stanowiło bezpieczne wyjście. Szantyr wspominał: „już trzymałem lonty w palcach, żeby je w razie czego wysadzić razem ze mną w powietrze, bo już mina była założona i już nadszedł czas wybuchu Powstania”, a na zewnątrz słyszane były krzyki Niemców, których załoga na 3 minuty przed godz. 17.00 wszczęła alarm. Pirotechników powstańczych uratował z opresji w ostatniej chwili kierownik działu remontu transformatorów, ppor. inż. Wojciech Bobiński „Adam”, który przyniósł klucze otwierające drzwi, pozwalające „na tyły wyjść pod bramę w murze okalającym elektrownię, przejść i nie wycofywać się do budynków produkcyjnych elektrowni”. Konspiratorzy wybiegli na zewnątrz, zostali ostrzelani przez Niemców patrolujących teren Elektrowni, ale udało się im dotrzeć do głównego budynku zakładu.
Teren Elektrowni na kilka minut przed godziną „W” obserwował zaniepokojony por. inż. Tadeusz Kahl „Kowalski”. Jego zdenerwowanie i napięcie wiązało się ze słyszanymi już wyraźnie pojedynczymi strzałami, które padały w bliskim sąsiedztwie Elektrowni. Zastępca kpt. „Cubryny” obawiał się przedwczesnego odkrycia spisku przez Niemców, co zniweczyłoby całą powstańczą akcję. Konspirator, którego cierpliwość hartowała się w ciężkim, kilkuminutowym czasie próby, widział zachowanie załogi okupanta. Jej żołnierze już słyszeli strzały. Po chwili sprawdzania przez pojedyncze osoby, wyglądania na zewnątrz i nasłuchiwania na podwórzu zakładu zaczynał się ruch: „Nagle wychodzi trzech, ciągną za sobą cekaem [ciężki karabin maszynowy; przyp. red.]. Biegną w stronę dyżurki. Za nimi inni – na placówki. Za nimi drugi ckm”. Można sobie wyobrazić, że zdenerwowanie sięgało najwyższego stopnia. „I wtedy – huk! Przytłumiony, ale wyraźny. Lecą szyby z okien budynku transformatorów!!! A więc zdążyli, wybuchła w ostatnim momencie”. I potem znowu nic się nie dzieje: „Cisza. Zupełna cisza i bezruch […]. Mijają minuty. Długie jak wieki. I wtem znowu wybuch. Prawie bezgłośny, ale znaczny tym, że poleciały wszystkie szyby z okien klatki schodowej budynku technicznego. Nareszcie! Zaczęli”, wspominał te dramatyczne chwile Tadeusz Kahl.

Obrońcy stolicy. Energetycy w Powstaniu Warszawskim
Historia Powstania Warszawskiego to historia tysięcy różnych bohaterów. Bez wątpienia należą do nich także ci mężczyźni i kobiety, których Michał Tomasz Wójciuk przedstawia na kartach tej książki, czyli energetycy stołecznej Elektrowni. 1 sierpnia 1944 r. zorganizowali oni brawurowy szturm na zakłady, dzięki którym Warszawa czerpała prąd.

Pamięć Warszawy
Warszawa – dumna stolica naszego narodu nie miała łatwej historii, zwłaszcza w XX w. Równocześnie jednak Warszawa stała się symbolem niezłomnej polskiej niepodległości. Tu w 1918 r. siedzibę znalazły najwyższe polskie władze. Stąd grzmiały w 1939 r. słowa, że polski honor jest bezcenny, a mieszkańcy naszej stolicy powstali w 1944 r. przeciw okupantom, nie mogąc dłużej znieść zniewolenia.

Szturm 1 sierpnia 1944 r. został przeprowadzony od wewnątrz kilkoma oddziałami działającymi w różnych rejonach terenu należącego do Elektrowni
Powstańcy – tu widoczni w warsztacie Elektrowni – mieli dużą przewagę nad Niemcami. Fot. Zbiory Muzeum Powstania Warszawskiego



Komentarze (0)
Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników serwisu. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za ich treść. Wpisy są moderowane przed dodaniem.