Najskromniejszy z całej dynastii Straussów - Jan (młodszy), król walca, który nie umiał tańczyć
Johann Strauss (młodszy) i Johannes Brahms. Fot. Wikipedia Jan Strauss ojciec był artystą o europejskiej renomie, bardzo bogatym. Nie chciał, aby jego synowie podążali muzycznymi drogami, gdyż uznał, że po awansie społecznym, jaki zapewnił swej rodzinie, chłopakom z dobrego domu nie przystoi wykonywanie zawodu muzyka. Pozwolił im jednak brać lekcje gry na fortepianie, bo chciał im zapewnić jak najlepsze wykształcenie, pamiętając, jak sam cierpiał z powodu niedostatków w edukacji. Miał wobec synów własne plany – dla Schaniego przewidywał karierę bankowca, Pepi miał podjąć studia na politechnice wiedeńskiej, a Ediego ojciec przeznaczył do dyplomacji.
Niepokorny, a przy tym fenomenalnie utalentowany muzycznie Schani nie zamierzał jednak się podporządkowywać. Pewnego dnia Jan ojciec usłyszał dźwięki skrzypiec dochodzące z jego pokoju. Było to nader dziwne, gdyż nikt w domu poza nim samym nie grał na tym instrumencie. To, co zobaczył i usłyszał, przyprawiło go o wybuch wściekłości. Przed lustrem stał bowiem 15-letni Schani, który nie dość, że grał na skrzypcach z wielką muzykalnością i techniką bez zarzutu, to jeszcze jego ruchy, postawa i mimika pełne były elegancji i wdzięku, którymi powinien cechować się Stehgeiger, czyli skrzypek grający przed orkiestrą i dyrygujący za pomocą smyczka. Tego było za wiele! Ojciec wyrwał instrument z rąk syna i zrobił mu piekielną awanturę, spotęgowaną jeszcze informacją, że nauczycielem Schaniego jest Franz Amon – pierwszy skrzypek z jego własnej orkiestry. Okazało się ponadto, że piętnastolatek sam potrafił zarobić pieniądze na te lekcje. Mimo demonstracyjnej niechęci ojca Schani znalazł sojuszników w matce i w... sąsiadach, którzy pozwalali mu ćwiczyć u nich, tak żeby ojciec nie słyszał.
Już niedługo Jan ojciec dostał za swoje. Kiedy sława i szalone powodzenie u kobiet przewróciły mu w głowie, porzucił żonę Annę i pięcioro dzieci, by związać się z młodą, bardzo ponętną wiedeńską modystką Emilią Trampusch; była już ona wtedy w ciąży z ich pierwszym dzieckiem.
Rozwód państwa Straussów stał się w Wiedniu głośnym skandalem. Porzucenie przez męża zdeterminowało Annę do wykreowania najstarszego syna na wybitnego artystę. Postanowiła, że Schani będzie lepszy niż jego ojciec, i tak się też stało.
15 października 1844 r. był wielkim dniem debiutu 19-letniego Jana Straussa młodszego. Odbył się nie byle gdzie, bo w ogrodzie eleganckiej restauracji Dommayera, niedaleko cesarskiego pałacu Schönbrunn. Wiedeńczycy byli zachwyceni młodym muzykiem. Dla nikogo nie było tajemnicą, że starszy Jan Strauss jest piekielnie zazdrosny i że zrobi wszystko, żeby zepsuć synowi wielki dzień. Posunął się nawet do wynajęcia grupy klakierów, którzy gwizdaniem i buczeniem mieli spowodować jego klęskę. Jego zabiegi podziałały jednak jak najlepsza kampania reklamowa – do Dommayera przyszły takie tłumy, że nie było jak tańczyć!
Trzeba przyznać, że Schani rozegrał swój debiut po mistrzowsku. Kiedy ukazał się przed orkiestrą, rozległy się gwizdy, ale ponieważ pierwszym utworem w programie była uwertura do „Niemej z Portici” Aubera – tego samego Aubera, który niedawno zachwycał się walcami starszego Jana w Paryżu, hałas ucichł. Nie wypadało gwizdać na wielkiego Aubera. Poza tym ciekawość słuchaczy wzmagała się w trakcie wieczoru. Kiedy okazało się, że młody Strauss świetnie gra, a potem, że znakomicie prowadzi orkiestrę, byli ciekawi, jak też komponuje. Okazało się, że potrafił nie tylko trafić w gust wiedeńczyków, ale autentycznie chwycić ich za serca. Aż 19 razy zmusili go do bisowania debiutanckiego walca „Sinngedichte”. Coś takiego jeszcze nigdy w Wiedniu się nie zdarzyło, nawet Mozartowi! Zachwyt publiczności osiągnął prawdziwe apogeum, kiedy Schani pokazał niezwykłą klasę wobec zazdrosnego ojca, wykonując na zakończenie koncertu jego najpopularniejszy walc „Lorelei Rheinklänge”.
Schani stał się bohaterem i ulubieńcem Wiednia! Zdecydowanie wygrał bitwę z ojcem, odpowiadając na jego zawiść szlachetnością. Takim skromnym i uroczym mężczyzną miał pozostać nawet wówczas, kiedy osiągnął zasłużoną światową sławę i renomę. Składając autograf na swoich zdjęciach, opatrzonych podpisem „Mistrz Johann Strauss”, zawsze słowo „mistrz” przekreślał. Jan syn nigdy nikogo ostro nie krytykował, nie był też zazdrosny o sukcesy swoich braci, których sam wylansował na znakomitych artystów.
Mimo to zacięta rywalizacja ojca z synem trwała nadal. Wiedeń znów miał się czym ekscytować. W 1848 r. podczas Wiosny Ludów „wojna dwóch Straussów” nabrała silnych akcentów politycznych. Schani bowiem opowiedział się po stronie rewolucjonistów. Otrzymał tytuł kapelmistrza Gwardii i ubrany w mundur tejże grał na wiedeńskich barykadach „Marsyliankę”, a także ułożone specjalnie na tę okoliczność marsze i pieśni. W tym czasie jego ojciec trzymał stronę starej władzy, co znalazło swój wyraz w najsłynniejszym jego utworze – „Marszu Radetzky’ego”, skomponowanym na cześć austriackiego feldmarszałka, który wówczas był podporą dynastii Habsburgów.
Rewolucyjne zapędy Schaniego skończyły się jednak równie szybko jak się zaczęły. Młody, obdarzony wówczas ujmującą osobowością cesarz Franciszek Józef, który wstąpił na tron w tym samym roku, natychmiast zyskał gorącą sympatię młodszego Straussa. Kiedy władca wyszedł cało z nieudanego zamachu, Schani uczcił to „Marszem na szczęśliwe ocalenie cesarza”. Kiedy zaś Franciszek Józef wracał ze służbowej podróży po rozległych terenach imperium Habsburgów, kompozytor przywitał go walcem „Salwy radości”. Schani zaczął nawet stylizować się na cesarza; nosił taką samą fryzurę i wąsy, później też bokobrody, i ubierał się u tego samego krawca, który uważał ich obu za najlepszych klientów, mówiąc, że „zawsze wiedzą, czego chcą, nigdy nie marudzą i płacą rachunki w terminie”. Nic dziwnego – obaj stali się symbolami świetności austriackiego imperium i elegancji belle époque.
W 1849 r. zmarł Jan Strauss ojciec. Szkarlatyna, którą zaraził się od córki z drugiego związku, okazała się śmiertelna. Synowie Jan, Josef i Eduard odnaleźli jego ciało leżące na podłodze w kompletnie zdemolowanym pokoju. Spanikowana Emilia Trampusch uciekła bowiem z mieszkania, zabierając dzieci. Założyciel muzycznej dynastii Straussów osiągnął szczyty sławy, a zmarł w nędzy i opuszczeniu, bowiem rozrzutna kochanka roztrwoniła jego majątek. Ani rodzina, ani Wiedeń jednak o nim nie zapomnieli. Podczas jego pogrzebu Jan syn dyrygował wykonaniem „Requiem” Mozarta. Kilka dni później Franz Amon uroczyście wręczył młodszemu Straussowi batutę ojca.
Dla Schaniego rozpoczął się wtedy czas niezwykle wytężonego wysiłku twórczego – umarł król walca, niech żyje jego następca! Wiedeń chciał się bawić dalej. Niesamowita inwencja melodyczna Schaniego znalazła wyraz w komponowaniu najpiękniejszych walców, polek i galopów, które jedne po drugich rozbrzmiewały podczas balów. Wymagająca publiczność chciała ich jednak więcej i więcej. Bywało więc, że wykończony pracą kompozytor wracał po balu nad ranem do domu i nie mógł nawet położyć się spać, bo na wieczór trzeba było skomponować nowego walca.
Popularność Schaniego osiągnęła poziom zbiorowej obsesji, jednak taki tryb życia nawet dla młodego, zdrowego człowieka jest zabójczy. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Kiedy wracał nad ranem z kolejnego balu, zemdlał z wyczerpania, prosto na ręce przerażonej matki. Okazało się, że to coś gorszego niż chwilowe wyczerpanie i że Schani potrzebuje dłuższej kuracji i wyjazdu do wód. Leżąc w łóżku, odbył poważną rozmowę z Pepim, zwierzając mu się, że chce podzielić się z nim obowiązkami dyrektora orkiestry i kompozytora. Josef jednak nie chciał o tym słyszeć. Mimo wielkiego talentu muzycznego i znakomitego opanowania gry na fortepianie ukończył studia kreślarskie i matematyczne na politechnice wiedeńskiej i zyskał sławę zdolnego konstruktora. Opatentował kilkanaście wynalazków, w tym specyficzny odkurzacz do ulic, powszechnie stosowany w Wiedniu. Jakże więc on, nieśmiały, delikatny młodzieniec, miałby nagle stać się artystą i występować przed tysiącami ludzi? Nie ma mowy! „Pepi, ty jesteś najbardziej utalentowany z nas wszystkich!” – odpowiedział na to Schani i Josef w końcu się zgodził.
Postanowił dyrygować za pomocą batuty, nie czuł się bowiem pewnie ze skrzypcami. Zaczął się też solidnie dokształcać muzycznie oraz skomponował walca. Traktował jednak całą sprawę jako chwilowe zastępstwo za sławnego brata i dlatego nazwał swój utwór „Pierwszym i ostatnim walcem”. Stało się odwrotnie niż się spodziewał. Okazało się, że delikatny, wrażliwy Josef zrobił nie mniejszą furorę niż jego brat Jan, choć był jego dokładnym przeciwieństwem. Wkrótce musiał skomponować walca „pierwszego po ostatnim”, a po nim – setki następnych.
Popularność braci Straussów rosła, a w końcu i najmłodszy Edi, który zgodnie z planem ojca miał poświęcić się karierze dyplomatycznej, dołączył do rodzinnego „przemysłu rozrywki”. Dzięki temu Schani po ozdrowieńczej kuracji mógł wyruszyć na swoje pierwsze zagraniczne tournée – do Pawłowska pod Petersburgiem, gdzie udał się na zaproszenie rosyjskiego dyrektora kolei; jego koncerty miały być reklamą linii kolejowej. I tu w życiu króla walca pojawia się pierwszy polski akcent. Kiedy po drodze chciał dać serię koncertów w Warszawie, został wraz z całym zespołem aresztowany przez rosyjskiego generała Ignatija Abramowicza, jednego z pacyfikatorów Powstania Listopadowego. Jan Strauss syn został oskarżony o... szpiegowanie na korzyść Polaków, a za to groziła wywózka na Sybir. Artystę uratowała interwencja przebywającej akurat pod Warszawą carycy, a także austriackiego konsula w Warszawie. Owo aresztowanie przysporzyło jednak Straussowi wielkiej sympatii wśród Polaków; zrobił furorę. Po Powstaniu Styczniowym będzie jeszcze wielokrotnie występował wraz z braćmi w warszawskiej Dolinie Szwajcarskiej. Kiedy Pepi nieszczęśliwie spadnie z podium i uderzy w nie głową, w świat pójdzie informacja, że został pobity przez rosyjskich oficerów, bo z sympatii do Polaków odmówił wykonywania muzyki rosyjskiej. Nie była to prawda, a ów wypadek będzie przyczyną przedwczesnej śmierci Josefa.
Póki co, po pierwszych udanych warszawskich koncertach Jan Strauss syn wyruszył zgodnie z umową do Pawłowska. Elegancka socjeta petersburska oszalała na punkcie jego walców, a co więcej, gotowa była nawet pozostać w Pawłowsku przez całą noc (akurat trwały białe noce) po odejściu ostatniego pociągu do Petersburga. Tam Schani przeżył pierwszą miłość; jego wybranką była Olga Smirnitskaja, córka petersburskiego dygnitarza. Panna owa była wykształcona, muzykalna (miała zasłynąć jako pierwsza kompozytorka rosyjska), a sposobem bycia przypominała onieginowską Tatianę. Ich uczucie trafiło na silny sprzeciw ojca dziewczyny, więc przekazywali sobie listy, zostawiając je w dziupli w parku. Petersburg i Wiedeń miały o czym plotkować, bo cała konspiracja na nic się nie zdała. Anna Strauss także była przeciwna małżeństwu syna z Rosjanką. Po tym romansie została więc tylko romantyczna legenda.
Gdy młodzieńcze zauroczenie egzotyczną Olgą ustąpiło, wielką miłością życia Schaniego stała się Henrietta Treffz, którą pieszczotliwie nazywał Jetty. Dzieje ich uczucia przypominały historię Tristana i Izoldy. Jetty była utalentowaną śpiewaczką, gwiazdą opery, muzą słynnego Mendelssohna, który dedykował jej swoje pieśni. Ponadto wytrzymywała konkurencję ze „szwedzkim słowikiem”, Jenny Lind. W pełni powodzenia i rozkwitu talentu Henrietta wycofała się jednak ze sceny. Związana była z bajecznie bogatym baronem Moritzem von Tedesco, z którym miała dwie córki; nie wzięli ślubu ze względu na różnicę wyznań. Aż tu nagle zaprzyjaźniony z baronem Strauss śmiertelnie zakochał się w Jetty! Tedesco okazał się jednak aż nadto wyrozumiały. Nie dość, że zwrócił Jetty wolność, to jeszcze podarował jej okazały posag!
Ślub zakochanej pary odbył się jednak w bardzo kameralnym gronie w wiedeńskiej katedrze św. Szczepana. W czasie trwania małżeństwa z Jetty powstały najlepsze utwory Straussa – pierwszym z nich był najsłynniejszy walc wszechczasów „Nad pięknym modrym Dunajem”. Początki tego utworu były dość osobliwe. Istniał, co prawda, wiersz austriackiego poety Karla Becka na cześć „pięknego modrego Dunaju”, który, o czym Jan doskonale wiedział, rzadko bywał błękitny, jednak bezpośrednim impulsem dla powstania tej kompozycji było zamówienie wiedeńskiego Męskiego Towarzystwa Śpiewaczego. Chór ten potrzebował bowiem walca na koncert karnawałowy w 1867 r. Wówczas bowiem nikt nie myślał o balach; wiedeńczycy nie otrząsnęli się jeszcze po bolesnej klęsce w bitwie z pruską armią pod Sadową 3 lipca 1866 r. Szpitale ciągle były zapełnione rannymi żołnierzami, wśród których nie brakowało Polaków.
Zadaniem młodego Straussa miało być więc przełamanie apatii. Jan, który nigdy wcześniej nie odważył się napisać kompozycji wokalnej, zgodził się, ale pod warunkiem, że napisze wersję instrumentalną, pod którą poeta Joseph Weyl podłoży tekst. Tak się też stało, a Strauss stworzył „arcydzieło z jednego trójdźwięku” (D-dur), składającego się na motyw głównej melodii. Tekst okazał się jednak tak piramidalnie głupi („Wiedniu, hej ho! – Oho, a co?”), że omal nie doszło do buntu chóru! Oryginalne, chóralne wykonanie „Nad pięknym modrym Dunajem” było więc totalną klęską. Tym razem wiedeńczycy chłodno przyjęli utwór uwielbianego mistrza. Zły i rozgoryczony Jan wrócił do domu, rzucił partyturę i powiedział do Josefa: „Do diabła z tym walcem! Tylko kody [zakończenia] mi szkoda!”.
Klęska już niedługo miała zamienić się jednak w triumf. Kiedy w maju 1867 r. Strauss poprowadził wykonanie instrumentalnej wersji „Pięknego modrego Dunaju” podczas Światowej Wystawy w Paryżu, wzbudził taki zachwyt cesarza Napoleona III, że mówiono o nowym sojuszu politycznym francusko-austriackim i o zaproszeniu cesarza Franciszka Józefa do Paryża! Utwór wzbudził też podziw pośród sław francuskiej elity pióra – Gustave’a Flauberta, Aleksandra Dumasa syna czy Théophile’a Gautiera. Jan dokonał rzeczy wręcz niemożliwej – oczarował Paryż, w którym zebrały się przecież talenty i znakomitości z całego świata. Poza tym francuski tekst, znacznie lepszy od niemieckiego, napisał genialny Jules Barbier, librecista wielkiego Jacques’a Offenbacha, mistrza muzycznego humoru i paryskiej operetki. Ten ostatni osobiście pogratulował Straussowi, namawiając go do komponowania operetek. Na razie – bezskutecznie, gdyż król walca ciągle czuł się niepewnie w muzyce wokalnej. Do zmiany zdania miała go nakłonić dopiero Jetty.
Cztery lata po powstaniu walc wszechczasów „Nad pięknym modrym Dunajem” miał podbić Amerykę, bowiem król walca został zaproszony do Bostonu dla uświetnienia 100-lecia niepodległości Stanów Zjednoczonych. Początkowo wzbraniał się przed tak długą podróżą; nie przepadał nawet za jazdą pociągiem. Zawsze wówczas siedział na podłodze, obawiając się, że dojdzie do jakiegoś wypadku. Jakżeby więc miał popłynąć statkiem przez ocean! Zgodził się jednak, a co więcej, podczas balów na statku dyrygował orkiestrą, ku wielkiej radości eleganckich pasażerów. Damy jednak były rozczarowane, liczyły bowiem, że w trakcie imprezy mistrz przekaże kierownictwo orkiestry pierwszemu skrzypkowi i sam ruszy na parkiet. On miał jednak swoje powody, dla których tego nie zrobił – król walca, autor najpiękniejszych utworów do tańca, po prostu nie umiał tańczyć, zwłaszcza walca!
Bostońskie wykonanie „Nad pięknym modrym Dunajem” przeszło do historii. Występ rozpoczął się wystrzałem armatnim. Onieśmielony Strauss kierował orkiestrą złożoną z ponad dwóch tysięcy muzyków, siedząc na wysokiej drewnianej wieży; miał również do dyspozycji tzw. poddyrygentów. Tylko stojący najbliżej mogli go widzieć. Był to pierwszy koncert o takim rozmachu przed wynalezieniem urządzeń nagłaśniających. Powodzenie amerykańskich koncertów przeszło wszelkie oczekiwania. Damy wręcz biły się o uzyskanie na pamiątkę kosmyka włosów maestra. Zmusiło to służącego Straussa do poświęcenia w tym celu futrzanych kołnierzy Jana, żeby ów całkiem nie wyłysiał.
Mistrz czuł się jednak zmęczony nieustającym powodzeniem i ciągłym napięciem, związanym z trasami koncertowymi. Chciał poświęcić się wyłącznie kompozycji i wtedy Jetty dokonała tego, co nie udało się Offenbachowi – mąż dał się namówić na komponowanie operetek. Trzecia z nich – „Zemsta nietoperza”, urokliwa komedia z wielką sceną balową u rosyjskiego księcia Orlovsky’ego, stała się wizytówką wiedeńskiej operetki. W powodzeniu pomogła Straussowi nieco już przybladła gwiazda Offenbacha. Po klęsce Francji w wojnie francusko-pruskiej Francuzi oskarżali bowiem tego kompozytora o spowodowanie „rozkładu dyscypliny”, która doprowadziła do klęski. Prusacy zaś nie mogli mu wybaczyć, że mając niemieckie pochodzenie, stał się Francuzem.
Wielkim sukcesem Jana Straussa syna był też napisany już po śmierci Jetty „Baron cygański” (z inspiracji trzeciej żony, Adele). Król walca, a teraz i wiedeńskiej operetki, choć wiedział, że popularnością przewyższa nawet wielkiego Brahmsa, do końca życia pozostał uroczym, skromnym wiedeńczykiem, wykwintnym światowcem, który potrafił jednak uszczęśliwić każdego, kto zetknął się z jego muzyką. W 1893 r. będący prawie jego rówieśnikiem cesarz Franciszek Józef powiedział mu, że „jego muzyka się nie starzeje, podobnie jak on”.
Johann Strauss zmarł 3 czerwca 1899 r., nie doczekawszy wejścia w wiek XX. Po jego śmierci znany krytyk muzyczny Eduard Hanslick napisał, że „odszedł najbardziej oryginalny geniusz wiedeński”, choć sam kompozytor nigdy się za takiego nie uważał.
Jest to tylko fragmnet artykułu dr Moniki Makowskiej poświęconego muzycznej dynastii Straussów, zamieszczonego w miesięczniku "Wpis" nr 172 z lutego 2025 r. Zapraszamy do zapoznania się z całością na łamach naszego miesięcznika!

WPIS 02/2025 (e-wydanie)
Pojawił się już lutowy numer miesięcznika „Wpis”. Jak każdego miesiąca przygotowaliśmy dla Państwa wyselekcjonowaną kolekcję tekstów, które celnie, a nierzadko i dosadnie komentują rzeczywistość polityczną i obyczajową, oraz serię artykułów powiązanych z aktualnymi rocznicami.

Prenumerata miesięcznika WPIS na rok 2026. Wydanie drukowane
Miesięcznik „Wpis” już od szesnastu lat pozostaje wierny swym założeniom i przedstawia Czytelnikom podstawowe wartości, a więc wiarę, patriotyzm i sztukę.
Publikują u nas tak znakomici autorzy, jak m.in.: Adam Bujak, ks. prof. Waldemar Chrostowski, Leszek Długosz , prof. Ryszard Kantor, dr Marek Klecel, ks. prof. Janusz Królikowski, prof. Grzegorz Kucharczyk, dr Monika Makowska, prof. Aleksander Nalaskowski, prof. Andrzej Nowak, prof.




Komentarze (0)
Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników serwisu. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za ich treść. Wpisy są moderowane przed dodaniem.