Mowa pożegnalna Jerzego Gizy na pogrzebie wybitnej artystki Ewy Barańskiej-Jamrozik 15 września br. na Cmentarzu Salwatorskim w Krakowie
Spotkał mnie dzisiaj bolesny i trudny zaszczyt…
Opowiadanie w tym zacnym towarzystwie o Ewie byłoby właściwie sporym nietaktem, bo każdy z nas nosi w sercu i pamięci zarówno jej świetlisty obraz, jak i okruchy wspomnień ze wspólnych spotkań, pracy i walki, ale przecież i tych towarzyskich asambli, żeby nie powiedzieć rautów, podczas których skrzyło się jej brylantowe poczucie humoru, zdradzające niepoślednią inteligencję. Ale przecież jesteśmy w przyjacielskim gronie, które z zasady powinno sobie wiele wzajemnie wybaczać…
Jawią się jedynie dwa problemy, które należy pokonać. Pierwszy, że trzeba mówić o Niej w tym najgorszym z czasów polskiej mowy: w czasie przeszłym! I drugi, jak mówić o Ewie, nie mówiąc o jej wiecznym oblubieńcu, dozgonnym towarzyszu, umiłowanym wybranku, którego pożegnaliśmy tutaj sześć lat temu. Nie sposób! I bez niczyjej obrazy w tym świętym miejscu ciśnie się na usta ta słynna fraza z pewnego wiersza, pewnego rosyjskiego poety – wybaczcie Państwo! – „mówimy Ewa, a w domyśle Aciu”…
Byli nierozłączni. W domu i w pracy. W radościach i smutkach. Osobliwością było spotkać ich gdzieś osobno. Podziwiałem ich. Jak powiedziała mi siostra Ewy, Krystyna, miała moc adoratorów, lecz pomimo wielu oświadczyn wybrała właśnie Attilę. Jestem pewien, że teraz ubrana w tę białą suknię w czarne kwiaty i żakiet, strój, który On tak lubił, z rumieńcem szminki i otoczona różanym zapachem olejku, spieszy na boży wernisaż, na anielski artystyczny plener, po corso pełnym polskich świętych, goniona szeptem Polonica egregia, z rozwianym włosemspaceruje z Nim po szmaragdzie rajskich plant, po wrzosowiskach niebiańskich polan, po elizejskich polach, łączących meandrami ścieżek Plac Zgody Życia z Łukiem Triumfalnym Śmierci, śląc ku nam swoje przesłanie: „nie smućcie się – pamiętajcie o nas, wszyscy spotkamy się u bram wieczności”…
Jak to w życiu każdego z nas są dominanty wpływające na to, jacy jesteśmy. Pochodzenie, miejsce urodzenia, odebrane wychowanie, wykształcenie, charakter, towarzystwo, w którym się bywa.
Ewa pochodziła ze strony matki ze lwowskiego, inteligenckiego rodu, którego okazały grobowiec znajduje się po dziś dzień na Cmentarzu Łyczakowskim. Jej dziadek Karol Stanisław Klimowicz studiował na Uniwersytecie Wiedeńskim; był inżynierem, dyrektorem pierwszej elektrowni we Lwowie, nadzorował też pierwsze lwowskie tramwaje.
Z kolei ojcem Ewy był Feliks Barański, syn inż. Tomasza Barańskiego, urzędnika stacyjnego na terenie Galicji tzw. c. k. Dyrekcji Kolei Północnej w Wiedniu, sam asystent prof. Stefana Banacha i jeden z przedstawicieli lwowskiej szkoły matematycznej, podczas okupacji żołnierz ZWZ-AK, a po II wojnie światowej pracownik naukowy m.in. Politechniki Krakowskiej (profesor doktor habilitowany).
Ewa była zawieszona emocjonalnie pomiędzy – rzec można – literackimi konotacjami i wpisana w tego przepięknego, hołdowniczego ducha Leopolitów i Krakusów. Ducha unikalnego, chłonącego i oddającego atmosferę i tożsamość wyjątkową miejsca. Ducha, który znajdujemy wśród wspomnień – z jednej strony– u Józefa Wittlina („Mój Lwów”), zaś z drugiej u zwierzynieckiego baciara, a później legionisty i literata, Zygmunta Nowakowskiego („Mój Kraków”).
Ewa była rzeczywiście jak Lwów Semper fidelis i jak Kraków Celeberrima. Miała słabość do tych dwóch miejsc, nie kryła się z tą miłością, choć Lwów był uczuciem genetycznie zakodowanym, właściwie nieprzeżytym, a Kraków, schronieniem dla niej, wygnańca – tą rzeczywistością tu i teraz po kres swych dni.
Jako dziecię przeżyła we Lwowie dwie okupacje: niemiecką i sowiecką. Do Krakowa przyjechała wraz z rodziną bydlęcym wagonem w 1946 r. Wysiedli w Podgórzu przy placu Zgody i jak to repatrianci zamieszkali w nędznym mieszkanku, który nie był Łukiem Triumfalnym...
Jak wspomina jej siostra Krystyna, Ewa była bardzo zdolną uczennicą, osiągała znakomite wyniki zarówno z przedmiotów humanistycznych, jak i ścisłych; już od dzieciństwa wykazywała zdolności plastyczne, które rozwijała, chodząc m.in. na lekcje rysunku do Karola Rutkowskiego, byłego profesora III Gimnazjum im. Króla Stefana Batorego we Lwowie. Z wyróżnieniem ukończyła liceum plastyczne i Akademię Sztuk Pięknych w Krakowie.
Tak, należała do elity krakowskich, ba!, polskich artystów, jej miejscem jest ich wieczny parnas, gdzieś na jakiejś apollińskiej górze, pośród tańczących Muz i tych wielkich artystów, co to wcześniej odeszli, a Ona – znając jej pracowitość – już pewnie pod czujnym okiem Attili rysuje ich karykatury, czemu poświęciła się na ostatnim etapie swej twórczości.
A jakim była człowiekiem? Słowa siostry, Krystyny, świetnie to oddają: „Ewa była bardzo towarzyska, uczynna, koleżeńska i silnie związana z najbliższą rodziną; umiała pokonywać przeszkody, co wynikało z jej lwowskich genów; była zawsze wesoła, pełna zapału, bardzo lojalna wobec najbliższych i przyjaciół; wiara w Boga pomogła jej przezwyciężyć wiele trudności i utratę męża, za którym tęskniła do końca życia”.
A co ja mógłbym dodać? Znaliśmy się i przyjaźnili ponad 40 lat. Poznałem Ewę w roku 1982, kiedy łamały się ludzkie charaktery, kiedy umierała nadzieja, kiedy „ciemnica niewoli” na nowo wydawała się być wieczna. I z tej perspektywy potwierdzam wszystko to, co mówiła jej siostra, co mówili o jej dorobku twórczym krytycy sztuki, co pisali dziennikarze, co mówili ci, którzy z Nią współpracowali. Osobiście wiele jej zawdzięczam…
O dwóch jeszcze cechach, którymi Ewa się odznaczała trzeba wspomnieć – patriotyzm i społecznictwo. To drugie, zostało dziś zepchnięte na margines przez politykę i przez ów trend sprowadzający się do hasła: „bogaćcie się”. Społecznictwo stało się zajęciem dla coraz mniej licznej grupy pięknoduchów i wariatów. A Ewa tymczasem oddawała się temu z pozytywistycznym zapałem, czy to w ramach Towarzystwa Ratowania Kaplicy Loretańskiej, czy na rzecz innych organizacji.
Odnośnie zaś do patriotyzmu. Pośród różnych cymelii w zbiorach Biblioteki Jagiellońskiej znajduje się księga z końca XVI w. „Philopolites. To iest Miłosnik Oyczyzny, albo o powinności dobrego obywatela, Oyczyznie dobrze chcącego, y onę miluiącego, krótki traktat”. Ewa była patriotką, co się zowie. Nie w gadaniu, ale w czynie, w pracy niepodległościowej i związkowej, solidarnościowej. Gdyby to było w mojej mocy, nadałbym Ewie tytuł Miłośnika Ojczyzny. Gdyby było to w mojej mocy, jej pierś zdobiłby Order Virtuti Civili, z wyrytą na nim dewizą Dignitas Scutum Liberorum Hominum (Godność tarczą ludzi wolnych).
Całe szczęście, że brak mojej mocy nadrobili ci, którzy mają przypisane sobie pewne atrybuty władzy. Wyrazem ich uznania były liczne odznaczenia, które za jej działalność stanowiły uhonorowanie jej czynów. Ewa była ozdobiona m.in. Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski, Medalem „Opiekun Miejsc Pamięci Narodowej”, Medalem Stulecia Odzyskanej Niepodległości, Krzyżem św. Franciszka, Medalem „DE SCHOLA BENE MERENTIBUS”. Posiadała też honorowe członkostwo Sądeckiej Rodziny Katyńskiej i Towarzystwa im. Gen. Józefa Kustronia z Nowego Sącza.
I trzeba tu dodać, że zarówno w społecznictwie, jak i w patriotyzmie nie należała Ewa do tych, co to – jak napisał lwowiak Marian Hemar, myśląc o Polsce –„mniej mieli dla niej, a więcej chcieli od niej”.
I na koniec chciałem wyjaśnić, skąd wzięły się na pogrzebie dwa szkolne poczty sztandarowe – nauczycielski Zespołu Szkół Społecznych nr 1 im. Prezydenta RP Ryszarda Kaczorowskiego i uczniowski Społecznej Szkoły Podstawowej nr 1 im. Józefa Piłsudskiego. Otóż, Ewa wraz ze swym mężem od samego początku powstania tej szkoły, która wywalczyła w 1989 r. wolność oświatową w Polsce, byli jej przyjaciółmi i to nie deklarowanymi, a praktycznymi, nie w słowach, a w czynach. Dziś nasza szkolna obecność jest wyrazem hołdu i wdzięczności wobec Ewy, tak jak sześć lat temu była nią wobec Attili.
Ewo! Za te lata wspólnej wędrówki, kiedy nasze osobiste ścieżki (pomimo różnic profesji) łączyły się wokół spraw zasadniczych dla każdego z nas: jak Ojczyzna, jej niepodległość i trwanie naszego Narodu na fundamentach wiary, chciałem Ci z serca podziękować.
Przyjmij tę moją pożegnalną delegację nie jako uzurpację, bo są tu dzisiaj z pewnością godniejsi ode mnie, są tacy, co znali Cię dłużej niż ja, są artyści, z którymi byłaś związana szczególnym rodzajem więzi. Przyjmij tę moją delegację z jej ciężarem, który wypływa z naszych głęboko ludzkich i przyjacielskich relacji, z tych przepastnych warstw ducha, w które Pan Bóg jedynie zagląda, warstw delikatnych jak mgiełka, jak muśnięcie skrzydłem Anioła, bo byłaś mi miła jak siostra.
Gdyby nad Ewy mogiłą mógł przemówić Kazimierz Wierzyński, miałby prawo powiedzieć na zakończenie tymi słowy, które ja jego niegodny admirator wypowiem: „wierzyłaś w Polskę, jak się wierzy w Pana Boga i kochałaś Polskę, jak się kocha Pana Boga”, więc teraz Ewo, „w cichym śnie spocznij już, Bóg jest tuż”…
Niech Jej drzewa tego krakowskiego cmentarza szumią wiecznie: „Jeszcze Polska nie zginęła…”.
Proszono mnie o przekazanie Rodzinie Ewy wyrazów współczucia od lwowiaka Adama Macedońskiego i krakusa dr. Jerzego Bukowskiego, kondolencji od Barci Węgrów, prof. Adrienne Körmendy, prof. Istvana Kovacsa i Arpada Bende, byłych konsulów Węgier w Krakowie, co niniejszym czynię …

Fot. Adam Bujak



Komentarze (1)
Wspaniala postać, której ogromnie dużo zawdzięczamy. Brak jej będzie bardzo długi i bolesny.
Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników serwisu. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za ich treść. Wpisy są moderowane przed dodaniem.