Leszek Sosnowski: Trwają przygotowania do delegalizacji PiS-u

Nasi autorzy

Leszek Sosnowski: Trwają przygotowania do delegalizacji PiS-u

19 października 1919 r. o godz. 9 na dworzec kolejowy w Krakowie wjechał powoli pociąg z Warszawy. Przybył nim Naczelnik państwa Józef Piłsudski. Miał wziąć udział w całym cyklu imprez, spotkań oraz w defiladzie z okazji święta zjednoczenia armii polskiej. Po wcieleniu ugrupowania gen. Hallera włączono do niej właśnie 60 tys. żołnierzy armii poznańskiej. Po defiladzie na Rynku Głównym Naczelnik znalazł się w kasynie oficerskim; zaniesiono go tam na rękach! Mówił pięknie i wzruszająco o Legionach. Rzucił też jakże prawdziwą myśl: „Długie lata naszej niewoli przyzwyczaiły sąsiadów Polski do myślenia, że jest ona słabą i że bezkarnie szkodzić jej można”.

 

1.

Temat zemsty obecnej władzy na PiS-ie, a przede wszystkim na działaczach Solidarnej Polski, z rozmachem został podjęty przez prawicową narrację. Byłby to jednak pikuś wobec prawdziwych celów wrogów konserwatyzmu i polskości. Nie o samą zemstę bowiem idzie. Idzie o likwidację PiS-u.

To zresztą zostało zapowiedziane już wcześniej bez ogródek i do tego trwają intensywne, wprost gorączkowe przygotowania. PiS ma zostać określony jako zorganizowana grupa przestępcza i jako taki oskarżony, następnie zdelegalizowany, a wielu ma trafić za kraty. Gromadzi się w tym celu dowody. Do tego zmierza Żurek. O wielkiej winie prawicy ma przekonać niezwykle wyraźnie wysterowany przekaz w mediach, a więc w setkach gazet, tygodników, miesięczników, w dziesiątkach stacji radiowych, telewizyjnych, w niezliczonej ilości portali, kanałów YouTube-owych oraz książek, których centrala PiS-u na Nowogrodzkiej nie chce oglądać i czytać, by nie psuć sobie wizerunku swoich wielkich dokonań. Obraz katastrofalnych zaniechań – głównie właśnie w kwestii mediów i w ogóle kultury – nie ma bowiem prawa pojawiać się w publicznej debacie. Co nie znaczy oczywiście, że dokonań nie było.

Prześladowania Mateckiego, Romanowskiego, Ziobry i tylu innych, także takich, o których żadne media już nie donoszą (jak np. niżej podpisany i prof. Wojciech Roszkowski), bezpardonowe i bezproblemowe odbieranie immunitetów, przesłuchania osób najwyżej postawionych w partii, na które grzecznie stawiają się jak baranki – to wszystko ma na celu skonstruowanie wizerunku zorganizowanej grupy przestępczej.

Święte słowa wypowiedział Dariusz Matuszak w „Salonie Dziennikarskim” Jacka Karnowskiego na antenie Telewizji wPolsce24, odnosząc się do represji politycznych: „Nie chcę doradzać ministrowi Ziobrze, co powinien zrobić, twierdzę jednak, że tak jak mówią Francuzi: Kto się tłumaczy, ten sam siebie oskarża”.

Odmowa stawienia się w prokuraturze wywoła przymusowe „dostarczenie” delikwenta, albo przynajmniej taką próbę. Ale przywódcy oraz posłowie i senatorowie powinni być na to gotowi. To nie jest praca jak każda inna, to jest, gdy trzeba, również poświęcenie.

A jeśli już ktoś znajdzie się w prokuraturze, to nie powinien odpowiadać na zadawane pytania, tłumaczyć się. Bo skoro się tłumaczą, to faktycznie dla wielu ludzi niezagłębionych w politykę oznacza, że coś jest na rzeczy.

Albo wyjeżdżajcie wszyscy za granicę, masowo – to też jest forma widocznego przez wszystkich protestu. O dwóch można stworzyć parszywą narrację, że stchórzyli i uciekli, o dwudziestu będzie to już trudne, a o stu dwudziestu stanie się groteskowe. To na pewno ukaże zdeformowanie tej władzy całemu światu nie mówiąc już o naszym społeczeństwie. Inaczej wasza/nasza krzywda nigdy nie przebije się do powszechnej świadomości.

Zwróćmy uwagę, jak intensywne są starania, by na terenie Europy PiS jawił się jako organizacja działająca poza prawem, szabrująca państwowe pieniądze, po prostu banda. Najpierw oczerniono całą polską prawicę w tzw. europarlamencie. A za sprawą wypowiedzi głównie niemieckich mediów i niemieckich polityków wizerunek polskiej prawicy jako gangsterów politycznych rysuje się z tygodnia na tydzień coraz wyraźniej.

Nikt bowiem tak doskonale jak lewica nie potrafi odwracać kota ogonem, zamieniać ofiary w przestępcę. Dlatego lewica jest w Polsce bardzo potrzebna również polityce niemieckiej, bo ta już od lat winy za zbrodnie i grabieże dokonane przez Niemców podczas wojny przekierowuje na ofiary swoich nikczemności.

Delegalizacja PiS-u dokona się w polskim Sejmie kierowanym teraz przez szczerych bolszewików. Hołowni nie byli jednak pewni, Czarzastego, dzielnego aktywisty komunistycznego (nie był zwykłym członkiem ZMS i PZPR) pewni być mogą.

W Niemczech ten sam los, taka sama delegalizacja czeka AfD, też zapowiadana. Polem doświadczalnym przed podjęciem tego kroku, swoistym poligonem, jest właśnie Polska sterowana przez stuprocentowych lewicowych germanofilów. Dziwię się zatem bardzo obu partiom – AfD i PiS-owi – że zamiast szukać porozumienia i współpracować przeciw współczesnym bolszewikom, swoim śmiertelnym wrogom, dają się wypuszczać politycznym wrogom oraz agentom wpływu i odcinają się od siebie w sposób niebawem nie do naprawienia.

W AfD funkcjonują jednak także ludzie przyjaźni naszemu krajowi, mający z nim związki nawet rodzinne. Nie dowiemy się tego z komentarzy germańskich, wyrażanych systematycznie nie tylko przez stuprocentowo niemieckie media, takie jak np. „Fakt”, onet.pl czy agencja Deutsche Welle, ale również przez przedstawicieli władzy. Np. Sikorski tydzień temu zapodał, że „Politycy nastawiający Polaków przeciwko Unii Europejskiej pod zarzutem rzekomej utraty suwerenności szkodzą polskiej racji stanu, a pomagają rosyjskiej”. Rosyjskiej pomagają, a co z niemiecką racją stanu – ta jest dla nas błogosławieństwem? Tak by wynikało z niezliczonych wypowiedzi Sikorskiego, Tuska i wszystkich innych członków ich zorganizowanej grupy dzierżącej władzę. Chodzi o straszenie Rosją, by odwrócić uwagę od siebie! Prawda jest zaś taka, że oba te kraje chętnie uczyniłyby z nas swoich niewolników.

Z bardzo zręcznego polityka Victora Orbána robi się poplecznika Putina, bo węgierski przywódca nie dopuszcza do zrujnowania swego kraju ani przez Rosję, ani przez totalne uzależnienie od UE (czytaj: od Berlina). Świetnie utrzymuje równowagę między tymi siłami. Polacy tego nie potrafią, choć tak historycznie, jak i wielkością kraju są do tego dużo bardziej predystynowani.

Że lewacy i niemieccy agenci wpływu nie chcą tak balansować, to zrozumiałe, bo ich celem nigdy nie była nasza suwerenność i bardzo chętnie ją poświęcają. Ale że prawica polityczna nie umiała – nie chciała? – zachować takiej równowagi, że trzyma się Unii jak ostatniej deski ratunku, to już nie jest zrozumiałe w ogóle. Wmawia się ludziom banialuki, że naród tego pragnie. Odetnijcie ten naród choćby na tydzień od onet.pl, „Faktu”, TVN-u i RMF-u (100% własności: Bauer), a zobaczycie, jak wygląda miłość do Brukseli, której nawiasem mówiąc już nikt nie potrafi oddzielić politycznie i gospodarczo od Berlina.

 

2.

Sondaże ciągle podobno wykazują, że większość Polaków, choć z niewielką przewagą, niezmiennie chce trwać przy Unii Europejskiej. Czyli przy bankrucie, co jest skrzętnie ukrywane. Ale pamiętajmy, że od lat mamy do czynienia z całą polityką sondażową sterowaną przez ośrodki lewicowe, w tym prounijne. Tylko przypadkowo można zobaczyć w sondażach coś obiektywnego w kwestiach polityki. Kształtować politykę na podstawie sondaży można, ale tylko wtedy, gdy ma się na nie wpływ. A prawica takiego wpływu nie ma; oszukują ich nawet w ankietowaniu na wewnętrzny użytek, bez publikacji. Ale i bez gwarancji, że wynik nie został przekazany przeciwnikowi…

Co do uwielbienia dla Unii, to zrobiliśmy niedawno plebiscyt na kanale Białego Kruka na YouToube, zadając pytanie „czy Polska powinna wystąpić z UE”. Kiedy piszę ten artykuł w głosowaniu wzięło udział już, po niespełna dwóch dniach, 12 tys. osób, a więc ok. 12 razy więcej niż w przeciętnym sondażu. I uwaga: 93 (słownie: dziewięćdziesiąt trzy) procent odpowiedziało: TAK. A jakie są przy tym komentarze, setki komentarzy, pod adresem Brukseli i Berlina – eurokołchoz to łagodniejsze określenie. „Musimy uciekać, bo pozbawią nas szans rozwoju, niepodległości i państwa. Staniemy się landem niemieckim!” – pisze na przykład BozenaŁ-t5p, i jest to typowy ton dla 93 procent wszystkich wypowiedzi.

Ktoś powie: no, ale wy jesteście kanałem prawicowym, więc niemiarodajnym. Jesteśmy prawicowi, jasne, ale po pierwsze YouToube-owe treści są otwarte dla wszystkich (chyba, że któreś zostaną zablokowane, co się zdarza), a po drugie – 93 proc. to nie jest przewaga ledwo ledwo, to jest przewaga miażdżąca. I jak by nie komentować tego typu plebiscytów, to niebranie ich pod uwagę jest błędem. To już nie jest tak, jak było jeszcze kilka, czy kilkanaście lat temu – nastroje w stosunku do Brukseli zmieniają się zdecydowanie na negatywne. Trwanie w mniemaniach z początku wieku XXI może oznaczać śmierć polityczną.

Ktoś inny może z kolei zapytać, jaki interes mają właściciele sondażowni w tym, żeby nie być obiektywnymi? Interes ten to powiązania polityczne i światopoglądowe, w konsekwencji zaś lepszy efekt finansowy w postaci stałych zleceń. Bo przecież wyniki sondaży, jeśli są szeroko kolportowane, ewidentnie stają się sugestią przedwyborczą. Sugestie te zaś są różnego rodzaju. Przede wszystkim – ludzie generalnie nie lubią znajdować się w obozie przegranych. Jeśli więc jakaś partia w sondażach ciągle przegrywa, nawet niewielką liczbą procentów, to się od niej odwracają. Oczywiście nie dotyczy to osób o mocno ugruntowanych przekonaniach, ale tych nie tak wiele.

Celem niektórych sondaży jest także coś, co socjolodzy nazywają „usypianiem wyborców”. Otóż wysokie wyniki w sondażach dla zwycięzcy, zwłaszcza niedługo przed głosowaniem, prowadzą do zmniejszenia mobilizacji danego elektoratu. A także do błędnych decyzji kierownictwa danej partii, które staje się pewne sukcesu i traci czujność. Klasyką pozostanie tu decyzja centrali PiS-u (teraz metodycznie przemilczana) po opublikowaniu w połowie września 2023 r., a więc na miesiąc przed wyborami parlamentarnymi, wyników sondaży dających PiS-owi zdecydowane zwycięstwo oraz pomniejszających wynik Konfederacji i prawie zupełnie marginalizujących Trzecią Drogę.

Wyniki te, opatrzone w mediach stosownymi komentarzami, ewidentnie uśpiły czujność, jeśli nie całego kierownictwa partii, to przynajmniej niektórych, a zwłaszcza Mateusza Morawieckiego. Otóż na niecałe dwa dni przed wyborami, 13 października wieczorem, dokonał on nieprzyjemnego ataku na Konfederację. Na łamach niemieckiego portalu wydawanego po polsku (własność Springera), onet. pl, ukazał się z nim wywiad. Chodziło m.in. o tzw. sprawę Banasia, a ówczesny premier stwierdził autorytatywnie, że nie może być ona sprawką służb specjalnych, bo przecież o czymś takim to on by na pewno wiedział. I potem walnął z grubej rury: „Cała sprawa pokazuje, że Platforma próbuje się dogadywać z Konfederacją”.

Nie wytłumaczył dlaczego jego zdaniem tak jest, nie podał żadnych faktów; po prostu na kilkanaście godzin przed rozpoczęciem wyborów miał pozostać jakiś smrodek po Konfederacji, która nie otrzymała szansy się odgryźć, bo nazajutrz była cisza wyborcza. Wypowiedź ówczesnego premiera została od razu podchwycona przez inne mainstreamowe publikatory. Na dodatek na pytanie, czy PiS po wyborach gotów jest stworzyć koalicję z Konfederacją, Morawiecki nie odpowiedział „tak”. Więc albo był przekonany o pewnym zwycięstwie swej partii, albo uważał, iż koalicję można stworzyć również z innymi. Ale z kim, skoro reszta to było (i jest) lewactwo?!

Tak czy owak widać, że na Nowogrodzkiej uznano wówczas, że osłabienie Konfederacji przysporzy głosów PiS-owi. Nie wiem, rzecz jasna, kto osobiście taki pogląd tam przeforsował, ale ten ktoś powinien być już raz na zawsze trzymany daleko od prawicy. Jeśli zaś Morawiecki dał się uśpić sondażom, to powinien zmienić zawód polityka na jakiś inny. I to od razu po wyborach, ponieważ była wtedy jeszcze szansa na utworzenie prawicowego rządu z Konfederacją, minimalnie mniejszościowego, z nadzieją wszakże na „podkupienie” kilku posłów i na pewno z sianiem wielkiego fermentu w szeregach koalicji nazwanej potem „13 grudnia”.

Ale taki plan nie mógł się udać z Morawieckim jako premierem, ten bowiem w oczach konfederatów w żadnym stopniu nie uosabiał prawicy; nie cierpieli go, zresztą z różnych powodów. Jednakże to on jeszcze tymczasowo sprawował władzę. Wbrew wcześniejszym ustaleniom, że premierem będzie Przemysław Czarnek, który mógł się dogadać z Konfederacją. Jednak obrażona na wszystko i wszystkich Nowogrodzka nie powalczyła dla siebie nawet o wicemarszałka Sejmu, a co dopiero mówić o kompromisach…

Jak więc widać sondaże mogą wiele i mogą też na różne sposoby być manipulowane. Przytoczę w związku z tym jeszcze wypowiedź dr. Łukasza Kiszkiela z Instytutu Socjologii Uniwersytetu w Białymstoku (z rozmowy z Martą Gawiną na uwb.edu.pl):

„17 kwietnia 2019 roku TVN i ‘Polityka’ opublikowały wyniki pomiaru dotyczącego preferencji wyborczych, które znacznie się różniły, choć zrealizowała je w podobnym czasie ta sama agencja. W sondażu dla ‘Faktów’ TVN, PiS otrzymał 38 proc. poparcia wśród ankietowanych, podczas gdy Koalicja Europejska – 35 proc. Natomiast w sondażu dla ‘Polityki’, PiS wybrało 35 proc. badanych, a 23 proc. głosów przypadło Koalicji Europejskiej. Kantar Polska wyjaśnił, że rozbieżności w wynikach są rezultatem odmiennego sposobu zadawania pytań. Różnice wynikały z metodologii będącej dziełem i własnością klientów [a więc zleceniodawcy! – przyp. red.], a nie TNS. Jednak bez wątpienia dowodzi to przypuszczeniom, że to w jaki sposób oraz w jakiej kolejności zadamy pytania, może istotnie wpływać na uzyskane wyniki”.

Na marginesie tego cytatu zapytam, raczej retorycznie, czy zapoznając się z wynikami sondaży słyszeliście Państwo kiedykolwiek o tym, że mogą być one przeprowadzane nie według obiektywnych procedur, ale na podstawie metodologii tego, który je zleca, który za nie płaci? A więc tego, któremu zależy na określonym wyniku kolportowanym następnie wśród milionów odbiorców.

Dla mnie z tego wszystkiego płynie jeden wniosek: najlepszym sondażem politycznym jest zdrowy rozsądek – nim pokierował się ostatecznie, jak wiemy, Donald Trump odrzucając wszelkie rady eksperckie wynikające z sondaży i wszelkie bajdurzenia o „negatywnym wizerunku” oraz „negatywnym elektoracie”. No, ale najpierw trzeba ów zdrowy rozsądek mieć…

 

3.

Sojusze są potrzebne, wiadomo, ale nie takie, które nas dyskredytują i gnębią. Rzeczypospolitej nie pozostaje nic innego, jak uciekać z eurokołchozu i tworzyć na gwałt własną unię, środkowo-europejską, korzystając z chwilowego osłabienia Brukseli, Berlina i Moskwy oraz solidnego wzmocnienia się republikanów oraz Donalda Trumpa w USA. Może się ona nazywać Międzymorze, albo inaczej, może obejmować wszystkie kraje do Międzymorze przewidziane, może ich być mniej – ważne, żeby się wyrwać z UE. Są kraje, które na to czekają, nie tylko Węgrzy, np. państwa bałtyckie. Ale do tego potrzeba takich polityków, jakich III RP jeszcze nie miała, a jakich miała II RP w swoich początkach. Nie jest jednak powiedziane, że tacy ludzie lada moment się nie pojawią. Jeśli tak, to oczywiście tylko na prawicy, bowiem lewica jest od dziesięcioleci kompletnie wyprana z patriotyzmu, za który tam uważają dziś nawet zbieranie na ulicy kupy po piesku (wydali taką książeczkę dla dzieci o patriotyzmie).

Aby na prawicy mogli się pojawić politycy wielkiego formatu, miejsca dla nich nie mogą być blokowane przez starych wyjadaczy partyjnych z Nowogrodzkiej. A są blokowane, i niemal wszyscy o tym wiedzą, choć Prezesowi wydaje się, że nie wiedzą, i że może on bez końca podejmować błędne decyzje personalne. Nieraz decyzje wprost fatalne, czego nie może przysłonić kilka decyzji trafnych. Powrót do Morawieckiego i Glińskiego – skądinąd na pewno ludzi porządnych, ale tu ich musimy oceniać jako polityków, co wyraźnie podkreślam – to jest moim zdaniem decyzja katastrofalna dla przyszłości. Przyszłości PiS-u, ale i prawicy w Polsce.

A powrót ten zaordynował nam wszystkim Jarosław Kaczyński na wielkim kongresie partii w Katowicach 21 października br. Prezes przemawiał i punktował przeciwnika, owszem, ale niestety nikogo nie porwał swoim monotonnym przemówieniem. Nie powiedział zresztą nic nowego, powtórzył to wszystko, co słyszymy codziennie w prawicowych mediach. Potwierdziło się kolejny raz, że nie wystarczy mieć rację – trzeba jeszcze umieć do niej przekonać oraz mieć do tego narzędzia. Narzędzia zaś muszą być takie, żeby przekonać można było co najmniej kilkanaście milionów Polaków. Póki co, przekonuje się w kółko tych samych.

Prezes zachwycał się w swoim przemówieniu ilością… paneli kongresowych, a było ich 128, co jednak uważam za kompletny bezsens. Na takim kongresie bowiem powinien wybrzmieć jeden, wyraźny i mocny przekaz, porywający, pozostający w umysłach i sercach. Niczego takiego tymczasem nie było nawet w przybliżeniu. I nie mogło być, bo przekaz został rozczłonkowany na 128 części! Więcej ponad tę setkę paneli powiedzieli w ciągu kilkunastu minut, jako zagajenie, dwaj profesorowie, Andrzej Nowak i Zbigniew Stawrowski. Na pewno jednak nikt ich nie weźmie pod uwagę, ponieważ pozwolili sobie na drobne uwagi krytyczne.

Kongres to nie powinna być jakaś rozbudowana konferencja naukowa, lecz rodzaj wiecu partyjnego. Co prawica ma i będzie miała z tych 128 paneli? Podobno ma powstać na ich bazie program. No dobrze, ale to partia po tylu latach istnienia i rządzenia nie ma programu? Buduje go w 2025 r. od zera?!

Starzy aktywiści przygotowują program na wybory za dwa lata, bo wydaje im się, że będą wtedy jeszcze istnieć. W ogóle nie rozeznają zagrożeń. Jeśli nawet będą istnieć, to lewactwo przygotuje wybory tak, że nikt nie będzie miał prawa z nimi wygrać – trwają do tego widoczne przygotowania. A są też przygotowania niewidoczne.

Jeśli chodzi o kongres, to zachwycający był panel z udziałem głównego konstruktora kongresu, Piotra Glińskiego. Mowę głosił jego były podwładny, wiceminister kultury Jarosław Selin. Mowa polegała na ogłaszaniu sukcesów swego byłego pryncypała. Nie było to łatwe zadanie. Byłoby na pewno łatwe, gdyby ktoś pokusił się o wyliczenie zaniechań i zaniedbań w kulturze, w szczególności w mediach, za co wicepremier Gliński odpowiadał przez tyle lat, dysponując miliardami, które wydawał na mnóstwo lewackich instytucji, na degradację polskiej klasyki w teatrach, polskiego kina, polskiej książki. Np. ok. dwa miliardy zł przeznaczył na tzw. rozwój czytelnictwa – jakbyśmy trwali w okresie walki z analfabetyzmem. Wydano je głównie na zakup książek do bibliotek, prawie nic na rozwój księgarń. Książki kupowano jednak bez żadnej kontroli (poza czysto biurokratyczną), w 95 proc. lewackie lub pospolite, nic niewarte czytadła. Jest to do sprawdzenia w dostępnych powszechnie w internecie wykazach księgozbiorów bibliotek publicznych. Nie znajdziecie tam dzieł nawet prof. Andrzeja Nowaka, ks. prof. Waldemara Chrostowskiego, prof. Wojciecha Roszkowskiego, prof. Wojciecha Polaka itd.

Jeśli zaś chodzi o księgarnie, to doprowadzono do ich kompletnego upadku odrzucając jeszcze w 2016 r. ustawę o jednolitej (obowiązującej przez jeden rok) cenie książki, ustawę istniejącą w wielu krajach, i którą zaakceptowały wszystkie środowiska związane z książką. Minister kultury odrzucił ją arbitralnie, nie wysilił się na wytłumaczenie tej decyzji wobec środowiska, nie był nawet łaskaw chwilę o tym porozmawiać. Sytuacja na rynku książki jest dziś dramatyczna, ale to temat na inną okazję.

Numer 11/2025

Wiara Patriotyzm i Sztuka

Numer 11/2025

Zapraszamy do lektury listopadowego numeru miesięcznika WPIS!

 

Pozwolę sobie również przypomnieć, co już niedawno wspominałem na tych łamach, że po naprawdę udanym kongresie w tym samym miejscu w 2015 r. – z zaledwie kilkunastoma panelami w ciągu dwóch dni, co było do ogarnięcia dla prawie wszystkich uczestników – nie pozostał żaden ślad w postaci choćby najbardziej siermiężnej książki. Widocznie prof. Gliński uznała, że taki ślad jest niepotrzebny, bo wszyscy wszystko zapamiętają… Chyba jednak ostatecznie nie zapamiętali, skoro dziś trzeba program budować od zera. Teraz jednakże potrzeba nie programu w dawnym stylu, nie ględzenia, nie lamentowania, ale podjęcia rzeczywistej walki, i to bezzwłocznie. Czy widzicie ludzi z Nowogrodzkiej w takiej walce?

W pewnym momencie przemówienia Prezesa poczułem się, jakby mówił do takich jak ja, którzy ośmielają się być konserwatystami krytycznymi wobec działań PiS-u. „Są tacy, którzy wszystko wiedzą…” – stwierdził, rekomendując następnie na głównodowodzących – jakby na przekór tym „co wszystko wiedzą” – Morawieckiego i Glińskiego. No cóż, Prezes zastosował „argumentację” dowodzącą braku argumentów, w gruncie rzeczy dziecinną. Nie chodzi o to, żeby wszystko wiedzieć, ale żeby wiedzieć jeszcze coś innego. Nie jest zresztą znów tak trudno wiedzieć więcej, niż w centrali na Nowogrodzkiej. Chodzi przy tym nie tyle o to, co kto wie, ale za czym optuje.

To prawda, można się wymądrzać, ale można też być po prostu zatroskanym. O Polskę i o polską prawicę, o ruch konserwatywny, być zaniepokojonym dominacją lewactwa i przybierającą na sile walką z Bogiem itd. itd. Jest czym się przejmować i nas, zatroskanych, są miliony! Nie rozwiał naszych trosk katowicki kongres, a buńczuczne oświadczenie Prezesa, że na czoło partii wracają Morawiecki i Gliński, tylko tych trosk przysporzyło. Wszystko to razem jest smutną konsekwencja tego, że ani po ostatnich, ani po poprzednich porażkach nie dokonano żadnych rozliczeń. Tak nie da się prowadzić efektywnie nawet najmniejszej firmy. A co dopiero kluczowej w kraju partii.

 

4.

14 listopada br. J. Kaczyński stwierdził, że zwycięstwo Karola Nawrockiego „dało Polakom nadzieję, że da się zatrzymać zło, jakim jest rząd Tuska”. Oczywiście, teraz prezydent skuteczniej hamuje Tuska i jego kompanów niż cały PiS razem wzięty. Ale w tej walce nie chodzi o sam rząd Tuska, ponieważ jest on tylko narzędziem, a raczej jednym z narzędzi olbrzymiej międzynarodowej zmowy lewackiej. I o tym nie można zapominać, jeśli chce się odnieść zwycięstwo i to zwycięstwo nie na jedną jeszcze kadencję, ale na pokolenia.

Nie chodzi mi rzecz jasna o to, aby całe pokolenie lub dłużej ktoś ten sam sprawował władzę (choć nie było w historii lepszych okresów niż długie panowanie dobrego króla…), ale o stałe panowanie idei prawicowej, konserwatywnej, chrześcijańskiej, naturalnej. Przy czym wyjaśnijmy sobie od razu, że pojęcie „konserwatywny” jest w gruncie rzeczy niewłaściwe. Mówimy powszechnie: wartości konserwatywne – ale jest to retoryka narzucona nam przez lewaków. To są bowiem wartości ponadczasowe! A więc ani konserwatywne, ani nowoczesne. Nie zapominajmy o tym, że istnieje taka kategoria: ponadczasowy. To lewicowi teoretycy podzieli na swój użytek świat na archaiczny, czyli konserwatywny oraz nowoczesny, przeciwstawny dotychczasowemu porządkowi, dotychczasowej moralności, dziś przeciwstawny w gruncie rzecz wszystkiemu, co nie od lewaków zależy.

Głównym argumentem lewicy jest to, że niby tylko oni podnoszą sprawy socjalne, uczynili się za nie jedynymi odpowiedzialnymi. Przed nimi jakoby nikt tego nie robił i bez nich jakoby nie funkcjonowała troska o szarego obywatela, zwykłego producenta i zjadacza chleba. Jakby wcześniej nie istniała myśl chrześcijańska! Byli tak silni w tej argumentacji (głównie dzięki zawłaszczeniu już dawno temu mediów oraz wielkiej presji na oświatę), że wielu osobników nawet z prawej strony sceny politycznej i intelektualnej, nawet w Kościele, dało sobie wyperswadować, że bez lewicy świat polityki, kultury i nauki jest zły, niekompletny, że ma niby zaburzoną równowagę.

Bez lewicy tracimy równowagę? Cóż za durna teoria. Czysta demagogia nieudowodniona w żadnym procesie historycznym. Lewica też jest potrzebna? Ale komu i do czego? Tylko samej sobie do robienia karier i kasy. Nikomu więcej. Jakże wielu najbogatszych ludzie na świecie dorobiło się na lewicy i dzięki lewicy. A ilu w Polsce!

Lewica to utrapienie ludzkości. Stawia świat na głowie. W swoich mediach i publikacjach mówi do nas: nie wiecie dokąd zmierza świat, nie nadążacie za nim. Kolejna demagogiczna bzdura. Świat nigdzie nie zmierza, ani w prawo, ani w lewo, ani do przodu, ani do tyłu. To ludzie pchają go w którąś stronę, ona sam z siebie nawet nie drgnie.

Lewica utrzymuje, że kierunek, w jakim niby zmierza świat, jest nieuchronny, że to konieczność dziejowa itp. Prawda zaś jest taka – narzucana społeczeństwom przeróżnymi sposobami, łącznie z mordowaniem milionów ludzi – że to lewica pcha ten świat w określoną stronę, która jest dla niej korzystna. Tylko dla niej, i to też do czasu – do totalnej katastrofy.

Lewica jednak ma wielką przewagę nad prawicą i nad wszystkimi po prostu normalnymi ludźmi, dlatego że wyszkoliła się w praniu mózgów. Przy pomocy mediów, kultury, oświaty, nad którymi to rejonami od dawna posiada władzę, nawet wtedy, gdy rządzi prawica, tak jak np. w Polsce za czasów rządów PiS-u.

 

5.

Mówi się, że w polityce potrzebna jest konkurencja. Oczywiście, w każdej dziedzinie jest potrzebna, ale tylko wśród ludzi normalnych ma ona zdrowy charakter. Bo konkurowanie z szarlatanami, hochsztaplerami albo obłąkańcami nie ma sensu – tacy ludzie nie powinni mieć prawa do decydowania w społeczeństwie, w państwie o czymkolwiek. Ale niestety pełno takich ludzi w ośrodkach władzy od najniższych do najwyższych szczebli.

Z lewicą zresztą nie ma rywalizacji, bo gdy tylko dorwie się ona do władzy, natychmiast nikt inny nic nie ma do gadania. A kto sprzeciwia się im, idzie siedzieć albo jeszcze gorzej. Każda partia konserwatywna jest zawsze w ich narracji prawicowa w sposób skrajny. Czy któraś może nie być skrajna? Oczywiście, taka, która popiera lewicę, kuma się z nią, ustępuje jej nie bacząc na opinię tych, którzy oddawali na nią głosy. Reprezentanci takiej „prawicy” znajdują się niestety także wśród kierowniczych gremiów PiS-u. Sprowadzali PiS z prawicowej drogi już wcześniej. Pod pretekstem wędrówki do jakiego nieistniejącego centrum. I dalej chcą to uskuteczniać.

Niektórzy za centrum uważają niegłosujących i niezdecydowanych. To tylko złudzenie, że są to ludzie, którzy widzą trochę dobrego w lewackiej ideologii i trochę dobrego w konserwatywnych ideach, i z tego powodu nie mogą się zdecydować, na kogo oddać głos. Nic bardziej zwodniczego. Oni albo w ogóle mają za nic wybory, albo głoszone przez polityków poglądy i hasła do nich nie docierają, zresztą z różnych powodów. Dowiodła tego choćby ostatnia kampania wyborcza w USA, do której naprawdę warto się odwoływać, i raczej niespodziewana wygrana Trumpa, przynajmniej wbrew sondażowniom. A już na pewno niespodziewany był rozmiar tego zwycięstwa.

Wielką pomocą dla prawicowego kandydata republikanów był Charlie Kirk, niedawno zamordowany przez genderystę, oraz jego potężny ruch chrześcijański Turning Point USA (Punkt Zwrotny USA). Komentatorzy byli zgodni, że włączenie się młodego aktywisty konserwatywnego, bezkompromisowego wyznawcy Chrystusa w kampanię Donalda Trumpa, zadecydowało o powrocie byłego prezydenta do Białego Domu. Charlie Kirk położył nacisk na przekonanie wyborców o niskiej skłonności do głosowania. Nie zachęcał ich do jakiegoś centrum. Wbrew temu, co często doradza się politykom konserwatywnym w Polsce – a więc łagodzenie przekazu ze strachu przed tzw. negatywnym wizerunkiem – Kirk postawił na koncepcję odwrotną i głosił swoje konserwatywne poglądy bez umizgiwania się do kogokolwiek, zdecydowanie, z pełnym przekonanie o swoich racjach, odwołując się bardzo często do Pisma Świętego albo po prostu do zdrowego rozsądku. Warto przyjrzeć się bliżej temu młodemu męczennikowi – bo po morderstwie tak można go nazwać – zwłaszcza, jeśli jest się politykiem czy w ogóle działaczem społecznym, szczególnie chrześcijańskim. Lada dzień pojawi się ku temu lepsza okazja, ponieważ staraniem Białego Kruka ukaże się książka o nim „Charlie Kirk. Biografia, dzieło, misja”.

Właśnie Charlie Kirk udowodnił, że bezkompromisowy przekaz na pewno skuteczniej dociera do niegłosujących. Oczywiście tych dowodów na przestrzeni dziejów jest znacznie więcej, ale ten jest nam czasowo najbliższy. Do tego potrzebne są jeszcze talenty osobiste w budowaniu kontaktu z wielkimi zbiorowiskami ludzkimi. Charlie ja miał – a to już jest dar od niebios.

Trzeba w końcu zrozumieć, że wobec narastającej presji lewicowej i światopoglądowych szaleństw ideologii gender, stanowisko konserwatywne staje się po prostu stanowiskiem normalnym. A wchodzenie w konszachty z lewactwem nie dodaje głosów wyborczych, wprost przeciwnie, zniechęca, bo nie wiadomo, z kim w końcu ma się do czynienia. Tylko wyraziste postawy zdobywały uznanie społeczności i to zarówno w pozytywnym znaczeniu, jak i niestety skrajnie negatywnym (np. Hitler).

Prawica polityczna, jeśli ma pozostać sobą, jeśli nie ma popaść w nijakość, musi w końcu zacząć wyznawać Boga w sposób aktywny i z sercem. Oczywiście, tak może postępować tylko człowiek o głębokich przekonaniach osobistych. Polityk wyznający wiarę tylko w celu formalnego zakwalifikowania go jako katolika, jest natychmiast rozpoznawalny jako farbowany wierzący, koniunkturalista. Tacy oczywiście wszędzie się znajdą, ale nie powinni znajdować się na czele jakiegokolwiek ruchu konserwatywnego, jakiejkolwiek prawicowej partii – jeśli ta ma być skuteczna.

Czy z tego wynika może, że nie warto zabiegać o nowych wyborców, o niezdecydowanych? Wprost przeciwnie! Pytanie tylko, jak to robić? Na pewno nie poprzez umizgi do zła, nie poprzez systematyczne ustępstwa wobec deprawacji, nie poprzez redukcję zasad moralnych. To jest bowiem droga gorzej niż donikąd. To jest droga do upadku konserwatystów, czyli do pogrzebania wartości ponadczasowych, do odstępstwa od Chrystusa i Pisma Świętego. Lewackie luzowanie obyczajów i moralności prowadzi do tragicznych skutków.

 

6.

Nieustanna selekcja negatywna – tak właśnie działa lewica, a potem grupowanie w większe organizmy osobników o negatywnych skłonnościach. W konsekwencji grupy te popierają politycy, bo mają z nich całe brygady wyborców. To jest właśnie dzisiejsza lewica, tak się rozwinęła od sprawiedliwych żądań skrócenia czasu pracy, czy praw wyborczych dla kobiet. Tak się nieustannie rozwijała, że stopniowo obróciła się o 180 stopni. Stało się tak dlatego, że odrzucono nie tylko wiarę w Boga, ale samą Jego koncepcję. Rozumiem, że ktoś nie wierzy, bo wychował się w ateistycznym domu, bo pracuje w bezbożnym środowisku wywierającym na niego presję, bo ma ciężkie grzechy na sumieniu, i wydaje mu się, że poprzez odrzucenie Boga pozbywa się ich. Jednak nawet, jeśli ktoś nie wierzy, nie powinien – o ile pozostaje mimo wszystko człowiekiem rozsądnym – odrzucać samej koncepcji Boga. Takie odrzucenie prowadzi bowiem natychmiast do tego, że wielu ludzi stawia się właśnie na miejscu Boga. A kto wtedy jest punktem odniesienia? Drugi człowiek, taki sam jak ty, może po prostu sprytniejszy. Tysiące takich ludzi. Punktem odniesienia może być wówczas wszystko, każda, najgłupsza nawet teoria.

Jeśli ktoś nie wierzy, to powinien mimo wszystko przyjrzeć się dokładnie chrześcijańskiej tradycji. W tej tradycji wszelkie ateizujące ośrodki, które dominują dziś zachodnią cywilizację, doszukuję się wojen religijnych, krzywd społecznych i indywidualnych, działań cenzorskich itp. To wszystko jest jednak tylko częścią prawdy, małą częścią. Bo poza przypadkami zlekceważenia Chrystusowego nauczania, są miliony i miliardy przykładów dobrodziejstwa płynącego z życia z Bogiem. I nie chodzi tylko o poczynania ludzi u szczytu tej czy innej władzy. Życie każdej chrześcijańskiej rodziny na przestrzeni wieków świadczy o dobrodziejstwie społecznym i indywidualnym wynikającym z wiary. Wszyscy, wierzący i niewierzący, winni zastanowić się nad bilansem plusów i minusów chrześcijaństwa i odpowiedzieć sobie na pytanie: co było, gdyby na Ziemi nie objawiło się działanie Boga w postaci Chrystusowego nauczania? Popełniamy błędy, mamy takie i inne grzechy, ale wiemy, jak to naprawiać. Bez potwierdzonych długimi wiekami zasad objawionego nam ładu społecznego i osobowego ród ludzki wykończyłby się sam.

Uwierzyć, wbrew mniemaniu lewaków, nie jest łatwo, to wymaga wysiłku. Wysiłek zaś w najnowszych teoriach lewackich jest człowiekowi niepotrzebny w życiu, które ma być lekkie, łatwe i przyjemne. Że codzienność przekreśla takie oczekiwania jako kompletnie nierealne? A to nie ma znaczenia, bo przecież ta szczęśliwość – czyli de facto nieróbstwo, brak jakiejkolwiek odpowiedzialności i rozpasanie – to właśnie ma nadejść. Pomogą w tym politycy wszystkich ugrupowań lewackich, różnej maści i pod różnymi nazwami, których łączy jedno: likwidacja prawicy, likwidacja wierzących w Boga, konserwatystów. Nas nie wystarczy ignorować, nas trzeba wykorzenić do końca, byśmy się nie odradzali. Taki jest dziś główny cel polityczny i społeczny lewicy. Jeśli prawica tego szybko nie zrozumie i nie przeciwstawi się w sposób skuteczny, lewackie wyuzdanie zapanuje nad światem. Oczywiście nad światem Zachodu, który na tej Ziemi nie jest jedyny, choć wielu jego przywódcom tak się wydaje.

 

7.

Przytoczone na wstępie spostrzeżenie Józefa Piłsudskiego z 19 października 1919 r. nie straciło niestety w roku 2025 nic na aktualności. Z tym, że stwierdzenie Naczelnika, iż „Długie lata naszej niewoli przyzwyczaiły sąsiadów Polski do myślenia, że jest ona słabą”, trzeba dziś rozszerzyć. Kolejne lata niewoli, niemieckiej i sowieckiej, nie tylko sąsiadów oswoiły z myślą o słabości naszego kraju, ale także samych Polaków. W każdym razie wielu z nich. Stało się tak z powodu działań krajowej i zagranicznej, kosmopolitycznej lewicy. Jakakolwiek współpraca z nią jest dla Polski, Polaków i polskości dramatycznie szkodliwa. Konserwatystów musi być stać na zbudowanie na naszej ziemi wielkiej, silnej i autentycznej prawicy.

Leszek Sosnowski

Autor jest założycielem i prezesem wydawnictwa Biały Kruk. Artykuł ukazał się w aktualnym wydaniu miesięcznika "Wpis - Wiara, Patriotyzm i Sztuka" (nr 11/2025).

Charlie Kirk. Biografia, dzieło, misja

Charlie Kirk. Biografia, dzieło, misja

Adam Sosnowski, ks. Robert Skrzypczak

To nie tylko biografia jednej z najciekawszych postaci współczesnego świata. To także duchowy i kulturowy portret czasów, w których wiara w Jezusa, prawda i odwaga znów muszą stanąć do walki o duszę człowieka. Charlie Kirk głosił z wielkim sukcesem wartości chrześcijańskie, nazywane konserwatywnymi, a tak naprawdę ponadczasowe.
W pierwszej części książki Adam Sosnowski prowadzi czytelnika przez życie Charliego Kirka.

 

Komentarze (0)

  • Podpis:
    E-mail:
  • Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników serwisu. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za ich treść. Wpisy są moderowane przed dodaniem.

Zamknij X W ramach naszego serwisu stosujemy pliki cookies. Korzystanie ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym.