Jak naprawdę wyglądała obrona Zbaraża? O misji Skrzetuskiego i brawurze Jana Kazimierza pisze prof. Andrzej Nowak

Nasi autorzy

Jak naprawdę wyglądała obrona Zbaraża? O misji Skrzetuskiego i brawurze Jana Kazimierza pisze prof. Andrzej Nowak

Zamek w Zbarażu – jedna z najwspanialszych kresowych warownych rezydencji w typie palazzo in fortezza zaprojektowana przez flamandzkiego architekta Henryka van Peene. Od 10 lipca–22 sierpnia 1649 r. siły polskie (najwyżej 15 tys.) dowodzone przez księcia Jeremiego Wiśniowieckiego skutecznie broniły twierdzy przed połączonymi siłami kozacko-tatarskimi obliczanymi na ok. 100 tys. Fot. za Zamek w Zbarażu – jedna z najwspanialszych kresowych warownych rezydencji w typie palazzo in fortezza zaprojektowana przez flamandzkiego architekta Henryka van Peene. Od 10 lipca–22 sierpnia 1649 r. siły polskie (najwyżej 15 tys.) dowodzone przez księcia Jeremiego Wiśniowieckiego skutecznie broniły twierdzy przed połączonymi siłami kozacko-tatarskimi obliczanymi na ok. 100 tys. Fot. za "Dzieje Polski tom 6", wyd. Biały Kruk. (...) Kolejny poseł króla do Chmielnickiego został na rozkaz hetmana kozackiego po prostu rozsiekany szablami przez mołojców. Rozejm się kończył. Chmielnicki przygotował się do walki. Czekał tylko, aż nadciągnie na czele wszystkich swoich wojsk sam chan tatarski Islam III Girej. Ten wyruszył ze swej stolicy na Krymie w końcu maja. Regimentarze koronni, z tymi szczupłymi siłami, jakie udało im się zgromadzić, obsadzili linię rozejmową: Firlej na Wołyniu wzdłuż Horynia, a Lanckoroński na Podolu. Połączyli swoje oddziały pod Konstantynowem, gdzie dołączyły do nich jeszcze chorągwie pod komendą Aleksandra Koniecpolskiego i Mikołaja Ostroroga (formalnie wciąż trzeciego regimentarza). Nie było tego więcej jak 6–7 tysięcy żołnierzy. Zgodnie z rozporządzeniem króla mieli trzymać obóz pod Konstantynowem, jednak obawiając się miażdżącej przewagi wroga, wycofali się kilkadziesiąt kilometrów na zachód, pod zamek Wiśniowieckich w Zbarażu. Zamek miał nie tylko tę zaletę, że został właśnie rozbudowany według najnowszego wzoru europejskiej architektury obronnej, ale również był położony w trudno dostępnym dla ewentualnych napastników terenie, wśród wielkich stawów, bagien i jarów. Wiśniowiecki tymczasem, jako wojewoda ruski, wezwał 30 maja szlachtę swego województwa pod broń. Do zaciągniętego własnym kosztem, już za pożyczone pieniądze, nieco ponad tysiąca żołnierzy doszły jeszcze chorągwie Dominika Zasławskiego, co składało się łącznie na nie więcej jak trzy tysiące ludzi. Gromadzili się w Wiśniowcu, a następnie w oddalonych już tylko o 10 kilometrów do Zbaraża Szymkowcach. Regimentarze, zgodnie uznając wyższe kompetencje i bez porównania większy autorytet Wiśniowieckiego w wojsku, przedstawili mu ofertę dopuszczenia do komendy i poprosili, by złączył swoje siły z nimi. Książę ofertę przyjął i ze swoim szczupłym korpusikiem wjechał do obozu pod Zbarażem 9 lipca. Jego osoba wzbudziła taki entuzjazm, że żołnierze zadeklarowali służbę za darmo – przez dwa kwartały. Wszyscy chcieli zmyć hańbę ucieczki spod Piławiec.

Wokół stosunkowo niewielkiego zamku (na planie kwadratu o bokach 88 metrów) inżynierowie regimentarskiego wojska zaplanowali i zdążyli wybudować nowoczesne wały, oparte o miasto, stawy i rzekę, o łącznej długości ponad 7 kilometrów. Takie szańce, obsadzone wraz z zamkiem 15 działami, pomieściły ponad 9 tysięcy obrońców, w tym mniej niż 3 tysiące piechoty niemieckiej i dragonii, a zdecydowaną większość stanowiła jazda (choć w obozie zbaraskim było ponoć aż 60 tysięcy koni, to koniecznością była na ogół piesza walka na szańcach). Do tego dochodziło kilka tysięcy służby obozowej, kilka tysięcy chłopów, którzy schronili się przed Kozakami i Tatarami, tudzież stałych mieszkańców Zbaraża. Łącznie na terenie miasta i obozu, jak szacuje (z przesadą) autor najnowszej monografii bitwy, Marek Rogowicz, znajdować się miało około 24 tysiące ludzi, wliczając w to kobiety, dzieci i starców.

Choć Wiśniowiecki dzielił swoją komendę z regimentarzami, a Firlej pozostał formalnie najstarszym zwierzchnikiem – „regimentarzem wielkim”, to jednak książę cieszył się największym, na ogół rozstrzygającym autorytetem. Tym razem gorszących sporów nie było; przeciwnie – pięciu dowódców (Wiśniowiecki, Firlej, Lanckoroński, Ostroróg i Koniecpolski) precyzyjnie podzieliło między siebie zadania i odcinki obrony, potrafiąc do końca dobrze ze sobą współpracować. Powaga sytuacji została w pełni doceniona.

10 lipca nadciągnęła pod Zbaraż przednia straż armii Chmielnickiego i chana krymskiego. Wedle wciąż spornych szacunków całość sił oblężniczych liczyła nie mniej niż 50–70 tysięcy przeszkolonego wojska kozackiego, ponadto trudną do wyobrażenia masę chłopskiej „czerni” – być może drugie tyle, a wreszcie armię tatarską chana Islama III Gireja, znów o spornej wielkości, ale z pewnością nie mniejszą niż 30 tysięcy ludzi. Czy było razem oblegających 120 czy 150 tysięcy ludzi (raczej na pewno nie 300 tysięcy, jak dawniej szacowano), nie rozstrzygniemy. W każdym razie przewaga wojsk kozacko-tatarskich nad obrońcami Rzeczypospolitej pod Zbarażem była przytłaczająca.

Dla dodania ducha towarzyszom walki, książę przekonywał ich przed pierwszym walnym starciem takimi słowami: „Jako ciężar na szali, tak w boju dobra sprawa przeważa. Im większe niebezpieczeństwo, tym większa sława i nagroda. Pogarda śmierci i nieugięty animusz wzbudza w nieprzyjacielu uszanowanie i ten, co nas dziś nienawidzi, jutro ugnie karku przed nami. Czyż tylko na koniach umieją być Polacy mężnymi? Czyż tylko na nogach czworonożnego dźwigacza (quadrupedis latoris pedibus – tak to po łacinie zapisał kronikarz tych słów i oblężenia Zbaraża, Wespazjan Kochowski) swą cnotę oparli? Dodajmy do na wieki sławionych triumfów w polu bohaterską obronę okopów. Nie nowina to naszemu narodowi: świadkiem stolica Moskwy, której dwa lata broniliśmy. Cośmy zdziałali naówczas, aby zatrzymać cudze, to dla sławy narodu i zbawienia własnego nie powinno nam się trudnym wydawać. Zbliża się król, spieszy ojczyzna cała na ratunek, byleśmy małą chwilę wytrzymali. Inaczej jakimże czołem wyszlibyśmy na spotkanie zbliżającego się z odsieczą Majestatu? Jakżebyśmy się z bracia naszą powitali?”…

Czy tak dokładnie brzmiała przemowa księcia Jeremiego, jak to zapisał 16-letni wówczas i nieobecny w Zbarażu Kochowski (dwa lata później już odznaczy się osobiście pod Beresteczkiem) – nie mamy pewności. Przytoczyć te słowa warto wszakże, bo one doskonale wyrażają ten motyw, który istotnie przemienił tak pogardzanych przez Chmielnickiego „Tchórzowskich i Zajączkowskich” spod Piławiec w zdeterminowanych walczyć do końca, z najwyższym wojennym kunsztem i poświęceniem rycerzy Zbaraża. To nierzadko byli ci sami ludzie. Teraz mobilizowała ich duma obywateli Rzeczypospolitej i wynikający z niej wstyd: nie mogli więcej rejterować. Jak pisał w ostatnim przed oblężeniem liście do króla regimentarz Andrzej Firlej (który wspomniane tutaj czasy Polaków na Kremlu osobiście pamiętał): „okopawszy się pod Zbarażem, nie damy nieprzyjacielowi iść dalej, chyba po głowach naszych”.

Pierwszy szturm kozacko-tatarski uderzył w niedzielę 11 lipca. Zaczął się jednocześnie codzienny ostrzał z kilkudziesięciu armat kozackich. Drugi szturm generalny nastąpił 13 lipca. Został z najwyższym trudem odrzucony, m.in. przy pomocy znakomicie przeprowadzonego kontrataku polskiej jazdy pod wodzą Koniecpolskiego i Marka Sobieskiego. Jeszcze silniejsze uderzenie ruszyło na twierdzę 17 lipca. Kozacy użyli 14 ruchomych wież oblężniczych, zwanych „hulajhorodami”, a przez Polaków „czołgami”. I to natarcie nie przyniosło oczekiwanego przez Chmielnickiego skutku. Pozostawało mu zmęczyć ciągłym ostrzałem i zamorzyć głodem szczelnie zamkniętych w Zbarażu obrońców. Tym jednak na razie nie brakowało ani odwagi, ani prochu, ani wojennych talentów. Ich wyjątkowego przykładu dostarczył jezuita, ksiądz Stanisław Muchowiecki, który z wieży zamkowej, korzystając ze swojej długolufowej, myśliwskiej guldynki, ustrzelił ponoć aż 215 wrogów – chyba najskuteczniejszy w historii wojskowości polskiej strzelec wyborowy. Oblężonym nie brakowało też na razie… koniny. Wiadomo było jednak i im, i oblegającym, że zapasy w odciętym od zaopatrzenia zbaraskim obozie skończą się po kilku najwyżej tygodniach. Nie czekając nawet na to, Chmielnicki próbował namówić zaciężną piechotę niemiecką do porzucenia polskich szeregów. Dołączył list potajemnie do nich skierowany do szyderczego pisma adresowanego na księcia Wiśniowieckiego, w którym informował, że przechwycił i kazał zabić posłańców zbaraskich, próbujących przedrzeć się do króla z apelem o prędką odsiecz. Dowódca piechoty niemieckiej oddał list z pokusą zdrady Wiśniowieckiemu, a ten odpowiedział hetmanowi kozackiemu listem pełnym zgryźliwej ironii. Kończył go słowami nawiązującymi do losu dziesiątków tysięcy chłopów z jego włości, objętych teraz powstaniem: „Poddanych moich WMość upewnij, że z łaski mojej ukontentowanie odnosić będą. Nie mam im za złe, że się do wojska WMości udali – musieli podobno. Jednak, abyś ich WMość przy sobie nie trzymał, ale do domu odprawił, pilno żądam. Co ja zechcę odwdzięczyć czasu swego. WMości życzliwy przyjaciel. Hier[emiasz] Xżę na Wiśniowcu i Łubniach, wojewoda ruski”.

Ten z kolei, niewątpliwie autentyczny, fragment cytujemy z dwóch powodów. Po pierwsze, by zastanowić się nad poparciem chłopskim dla powstania kozackiego. Niewątpliwie, jak wiemy z licznych świadectw, było bardzo duże wśród ruskiego włościaństwa. Ale czy cała „czerń”, pędzona przed kozackimi oddziałami na pewną śmierć, rzeczywiście czyniła to ochotniczo, z pełnym przekonaniem? Czy raczej pod przymusem, narzuconym tym razem nie przez karbowych „polskich panów” (nierzadko właściwie ruskich – takich jak Wiśniowiecki czy Kisiel), ale pod groźbą kozackiego samopału? Czy wszyscy chłopi i chłopki rezygnowali tak chętnie z tego życia, w którym przez dekadę spokoju i rozwoju osadnictwa na Ukrainie mogli cieszyć się bodaj pewną stabilnością? To bardzo trudna kwestia motywacji, chwilowych i bardziej trwałych, w których rozstrzyga się ludzki los w czasach bardzo ograniczonego, a dramatycznego wyboru. Kwestia trudniejsza niż można sobie wyobrazić w ciasnych ramach, drastycznie redukujących ludzką tożsamość, nacjonalistycznej lub klasowej interpretacji.

Drugi powód przytoczenia owego listu księcia Jeremiego jest bardzo konkretny. Otóż z pisma Chmielnickiego Fot. za Fot. za "Dzieje Polski tom 6", wyd. Biały Kruk książę dowiedział się, że poprzednia próba przekazania wieści o krytycznym położeniu w Zbarażu do sił królewskich skończyła się niepowodzeniem. Autor biografii Wiśniowieckiego domyśla się, że odpowiadając hetmanowi kozackiemu, podtrzymując z nim tę dziwną korespondencję, chciał go książę sprowokować do ewentualnego pochwalenia się schwytaniem kolejnego śmiałka, który właśnie szykował się do wyjścia ze Zbaraża. Oczywiście miał książę nadzieję, że taki list już nie nadejdzie i tym razem trudna misja posłańca do króla się powiedzie. I rzeczywiście: powiodła się. Z obozu zbaraskiego 2 lub 3 sierpnia w nocy wyszedł z listami do króla Mikołaj Skrzetuski, towarzysz pancerny, rodem z Wielkopolski (według Polskiego Słownika Biograficznego ruszył w swą misję już 26 lipca, by przebrany za chłopa zbierać najpierw przez kilka dni informacje o nieprzyjacielu). Autor skądinąd bardzo cennej i wiarygodnej, pisanej wkrótce po tych wydarzeniach historii Polski czasów Jana Kazimierza, jezuita Wawrzyniec Rudawski, „przechrzcił” dzielnego Mikołaja na Jana i pod tym drugim, błędnym imieniem unieśmiertelnił Skrzetuskiego w swej powieści o wojnie kozackiej Henryk Sienkiewicz. Prawdziwy bohater, przekradłszy się przez czaty tatarskie i pierścień oblegających, 6 sierpnia dotarł do obozu królewskiego z wieścią, że obrońcy Zbaraża dłużej jak kilka dni nie wytrzymają.

Jan Kazimierz był wtedy w Toporowie, niespełna 70 kilometrów (dziewięć ówczesnych mil) na północny wschód od Lwowa, a w podobnej odległości od położonego dalej na południowy wschód Zbaraża. Po naradzie z senatorami w Warszawie, na początku czerwca, gdzie jeden z obecnych stanowczo odrzucił myśl zwołania szlacheckiego pospolitego ruszenia przeciw „zbuntowanemu chłopstwu” jako ujmę na honorze Rzeczypospolitej, król postanowił jednak dłużej nie zwlekać. Przyjął na służbę regiment pruskiej piechoty, by jak najszybciej skierować go do walki. Już w maju wezwał także wojsko Wielkiego Księstwa Litewskiego, by przysłało jak najliczniejsze posiłki do obozu królewskiego pod Lwowem, skąd miała ruszyć odsiecz oddziałom regimentarzy. Hetman Janusz Radziwiłł, choć, jak wiemy, uznał wybór Jana Kazimierza na króla za mniejsze zło niż jego brata biskupa, nie zapomniał całkiem o kandydaturze siedmiogrodzkiego współbrata w kalwińskim wyznaniu, księcia Rakoczego, i podtrzymywał kontakty z Jerzym II, nowym księciem Siedmiogrodu. Nie to jednak, ale twarda, w tym przypadku niestety może nazbyt egoistyczna, obrona odrębności litewskiej stała się powodem odmowy wypełnienia królewskiego polecenia i skutkowała osłabieniem tego zgrupowania, które miało odegrać główną rolę w walce z Chmielnickim. Janusz Radziwiłł powołał się przy tym na postanowienie sejmu konwokacyjnego, zgodnie z którym wojsko litewskie nie powinno być dzielone. Tylko nieliczni oficerowie oraz oddziały bardziej w tym momencie lojalnych wobec króla i Rzeczypospolitej magnatów (jak chorągiew kanclerza Albrychta Radziwiłła, silny oddział podkanclerzego litewskiego Kazimierza Leona Sapiehy oraz regiment pieszy Bogusława Radziwiłła) stawiły się na wezwanie Jana Kazimierza. Niesubordynacja hetmana litewskiego źle wróżyła na przyszłość. Przyznać jednak trzeba, że miał sporo zajęcia wojennego z Kozakami u granic Litwy – i tam, jak zobaczymy, swych obowiązków nie zaniechał. Inaczej było z Wielkopolską, gdzie niechętni królowi panowie, na czele z wojewodą poznańskim Krzysztofem Opalińskim, opóźniali sukurs dla znajdującej się w potrzebie armii królewskiej bez żadnego innego powodu niż ich opozycyjne nastawienie wobec władcy.

Wbrew kanclerzowi Ossolińskiemu, który najwidoczniej obawiał się takich opozycyjnych nastrojów pod bronią, król wydał jednak w końcu, 13 lipca, trzecie wici, wzywające pospolite ruszenie, by stawiło się do 11 sierpnia w punktach zbornych i z nich ruszyło co prędzej do głównego obozu wojsk Rzeczypospolitej. Sam już wcześniej (24 czerwca) wyruszył do Lublina, gdzie udało mu się zgromadzić kilka tysięcy zbrojnych. Powiększał stopniowo te szczupłe siły o nadciągające chorągwie i regimenty (m.in. wspomnianą piechotę pruską i regiment Bogusława Radziwiłła, chorągwie przysłane przez Albrychta Radziwiłła i podkanclerzego Sapiehę, kilkusetosobowy oddział przydany przez Jana Zamoyskiego) oraz pospolite ruszenie, głównie okolicznej szlachty – z Bełskiego, Przemyskiego, Lwowskiego. Jan Kazimierz przesuwał je na wschód, aż do wspomnianego Toporowa. Tam dochodziły jeszcze kolejne chorągwie – m.in. z udziałem Jerzego Lubomirskiego (dla niego była to okazja do rehabilitacji za Piławce) i młodego Jana Sobieskiego (dla niego to chrzest bojowy) czy księcia Samuela Koreckiego. 7 sierpnia, a więc tuż po otrzymaniu dramatycznych wieści ze Zbaraża od Skrzetuskiego, to Jan Kazimierz przeforsował na radzie wojennej decyzję o natychmiastowym wyruszeniu na pomoc oblężonym.

Jak zauważył Wojciech Kucharski, autor najnowszej monografii tej wyprawy, wbrew wysuwanym przez współczesnych wrogów króla i bezmyślnie przyjmowanym przez część historyków oskarżeniom, nie można powiedzieć, że Jan Kazimierz zwlekał bardzo z tą pomocą. Z Warszawy do Toporowa jest około 400 kilometrów. Ten dystans król pokonał w 40 dni, co daje przeciętną 10 kilometrów dziennie. Cały czas na tej trasie dołączały do niego nowe oddziały i towarzyszące im tabory, trwała nieustanna reorganizacja sił. Mając w Toporowie już około 15 tysięcy żołnierzy (w tym przynajmniej trzy czwarte zawodowców, nie „pospolitaków”) oraz zapewne około 5–7 tysięcy czeladzi, skierował swoje wojsko w na południowy wschód, do Białego Kamienia, a stamtąd pod Złoczów, gdzie miał nadzieję otrzymać posiłki nadciagające ze Lwowa. 13 sierpnia ruszył już wprost na Zbaraż. Co chciał osiągnąć? Na pewno chciał uratować oblężonych, by nikt nie zarzucił mu, że z powodu osobistych animozji (z księciem Wiśniowieckim) zostawił ich na pastwę losu. Ale pragnął przecież przede wszystkim potwierdzić swą służbę królewską Rzeczypospolitej tak jak umiał najlepiej – to jest z rapierem w ręku.

Planu operacji nie było. To była ratunkowa improwizacja. Kanclerz Ossoliński, który towarzyszył królowi, podniesiony w dodatku do rangi „generalissimusa”, wierzył, zdaje się, wciąż, że Kozacy wrócą bez walki pod rozkazy monarchy, a on zrealizuje wreszcie swój wielki projekt pociągnięcia ich przeciwko Turkowi. Porzucił, co prawda nadzieję, że uda się przekabacić Chmielnickiego na swoją stronę, ale dyktował w imieniu Jana Kazimierza uniwersały wzywające Kozaków do odstąpienia od wodza buntu i powrotu pod sztandary króla. Ten kompletny brak realizmu kanclerza odciskał się na pewno na uprzednim spowalnianiu przygotowań do generalnej rozprawy militarnej. W połowie sierpnia mógł już przyjąć tylko fantastyczny zgoła charakter oczekiwania na to, że na widok władcy we własnej osobie armia kozacka padnie do nóg Majestatu. Oczywiście nie padła od razu.

Na wieść o zbliżającym się wojsku królewskim Chmielnicki i chan krymski zabrali spod Zbaraża najlepsze oddziały, między 30 a 50 tysięcy Kozaków oraz 20–25 tysięcy Tatarów – i wyszli na bitewne spotkanie. Mieli nad wojskami Jana Kazimierza przewagę co najmniej trzy-czterokrotną. Zaskoczyli je 15 sierpnia w czasie przeprawy przez rzekę Strypę pod Zborowem. Przed drugimi Piławcami uratowała armię Rzeczypospolitej postawa króla, co zgodnie poświadczają wszyscy pamiętnikarze tamtego czasu, także ci nieprzychylni Janowi Kazimierzowi. Ten osobiście powstrzymywał załamujące się szeregi i stawał na ich czele, zachęcając swym przykładem do wytrwałej walki. Dzielnie spisały się oddziały Lubomirskiego i Sobieskiego, bohatersko walczyli „pospolitacy” z Przemyskiego i niemiecka piechota. Ogniem swoich muszkietów powstrzymały napór Tatarów oddziały gwardii królewskiej pod dowództwem warszawskiego mieszczanina Mikołaja Gizy. Straty własne były jednak bardzo duże, szacowane na 2 tysiące poległych. Przywrócony do służby w wojsku Rzeczypospolitej jeszcze przez Władysława IV znakomity inżynier i dowódca artylerii koronnej Krzysztof Arciszewski zapewniał na wieczornej naradzie, że można wytrzymać napór armii kozacko-tatarskiej przez następne dni i pójść dalej pod Zbaraż.

Szanse nie były jednak wielkie, przeważyło więc zdanie kanclerza Ossolińskiego, by wysłać natychmiast list do chana Islama III Gireja i zaproponować mu rozmowy. Chan, zdaje się, tylko na to czekał, bo pełny triumf Chmielnickiego nad Rzecząpospolitą nie był dla niego bezpieczny: potężne, sięgające gdzieś po Lublin czy nawet Kraków państwo kozackie prędko mogło się obrócić tam, gdzie Kozacy od zawsze szli: na Krym właśnie. Dlatego negocjacje potoczyły się szybko. Kanclerz Ossoliński i wezyr krymski Sefer Ghazi uzgodnili warunki układu 18 sierpnia. Za cenę „odnowienia przyjaźni”, król miał przywrócić „upominki” dla chana (przerwane przez Władysława IV): 200 tysięcy złotych polskich, corocznie odbieranych przez posłów tatarskich w Kamieńcu. Kozacy mieli uznać panowanie króla i otrzymać jego „łaskę” oraz potwierdzenie dawnych wolności dla rejestru podniesionego do 40 tysięcy. Chan występował w roli gwaranta owych wolności. W osobnym dokumencie, nazwanym „Deklaracją łaski”, król potwierdzał przywileje dla Wojska Zaporoskiego i uznawał Chmielnickiego za hetmana, nadając mu starostwo czehryńskie. Godności i urzędy w województwach kijowskim, bracławskim i czernihowskim miały być zastrzeżone tylko dla prawosławnej szlachty ruskiej; wojska koronne nie miały wstępu do miast na tym ogromnym terenie, obejmującym blisko czwartą część całej Rzeczypospolitej. Z drugiej wszakże strony Wołyń, Podole, województwo bełskie czy ruskie (ze Lwowem), po które jeszcze tak niedawno sięgał zbrojną ręką hetman zaporoski, pozostały teraz poza zasięgiem władzy Chmielnickiego. Zgodnie z postanowieniami zborowskimi król miał nadać prawosławnemu metropolicie Kijowa miejsce w senacie, nie dopuszczać Żydów ani jezuitów do trzech województw ukrainnych. Hetman kozacki miał prawo wybrać do zagwarantowanego mu rejestru 40 tysięcy ludzi dowolnego z poddanych czy to królewskich, czy szlacheckich w obrębie tych trzech województw, a nawet poza nimi, o ile taki wybraniec przeniesie się na Ukrainę. To otwierało możliwość przechodzenia chłopów z całej właściwie Korony i Litwy pod władzę Chmielnickiego i zarazem czyniło w dużym stopniu fikcyjnym inny warunek ugody zborowskiej: prawo szlacheckich właścicieli ziemskich do powrotu do ich dóbr na Ukrainie.

Mimo iż Chmielnicki, przymuszony do tego przez chana i sytuację, stawił się 20 sierpnia przed Janem Kazimierzem i formalnie ukorzył – a przede wszystkim obiecał zdjąć oblężenie Zbaraża – to było jasne, że taka ugoda może być tylko chwilowym rozejmem. 25 sierpnia wojsko kozackie i chan zabrali swoje wojsko spod szańców Zbaraża. Oblężenie po 56 dniach i odparciu 20 szturmów było skończone. Obrońców poległo nie mniej niż tysiąc (wśród żołnierzy, bo czeladzi i cywilów znacznie więcej); oblegających – można raczej tylko zgadywać: od kilkunastu do dwudziestu paru tysięcy? Zbaraż uratował morale wojska Rzeczypospolitej po klęskach poprzedniego roku, ale być może ocalił także jej byt polityczny istotnie zagrożony latem 1649 roku przez doskonale przygotowane uderzenie armii Chmielnickiego, który chciał ją zniszczyć z pomocą tatarskiego sojusznika. Zbaraż z kolei padłby niechybnie, gdyby nie desperacka odsiecz, której z taką brawurą udzielił Jan Kazimierz na czele zbyt szczupłych sił. Bitwa pod Zborowem, choć mogła zamienić się w całkowitą klęskę, przekonała w swoim przebiegu chana, że z Rzecząpospolitą warto jeszcze negocjować. (...)

prof. Andrzej Nowak

*

Powyższy fragment pochodzi z VI tomu "Dziejów Polski" prof. Andrzeja Nowaka, wyd. Biały Kruk.

Dzieje Polski. Tom 6. Potop i ogień

Dzieje Polski. Tom 6. Potop i ogień

Andrzej Nowak

Oj, działo się, działo! Kolejny tom „Dziejów Polski” prof. Andrzeja Nowaka obejmuje krótszy okres czasu. Ale biorąc pod uwagę natłok ważnych dla narodu oraz państwa wydarzeń, niektórych brzemiennych w skutki na całe wieki, łatwo zrozumieć, dlaczego Autor poświęcił tym latom tak dużo miejsca. To nie Autor spowolnił pisanie, lecz w omawianym czasie historia bardzo przyspieszyła.


   

Wiadomości o premierach nowych książek Białego Kruka i spotkaniach autorskich prosto na Twoją skrzynkę mailową, a do tego jeszcze prezent - bon 50 zł na zakupy w naszej księgarni internetowej! Dołącz już dziś do grona Czytelników Biuletynu Białego Kruka! Aby to zrobić, kliknij TUTAJ.

Zapraszamy do naszej Księgarni Internetowej po książki o historii naszej Ojczyzny i naszego narodu:

PAKIET Dzieje Polski tomy 1 - 6 w cenie 399 zł

PAKIET Dzieje Polski tomy 1 - 6 w cenie 399 zł

 

Zobacz poszczególne tomy wchodzące w skład pakietu: 
Dzieje Polski. Tom 1. Skąd nasz ród
Dzieje Polski. Tom 2. Od rozbicia do nowej Polski
Dzieje Polski. Tom 3. Królestwo zwycięskiego orła
Dzieje Polski. Tom 4. Trudny złoty wiek
Dzieje Polski. Tom 5. Imperium Rzeczypospolitej
Dzieje Polski. Tom 6.

Dzieje Polski. Tom 1. Skąd nasz ród

Dzieje Polski. Tom 1. Skąd nasz ród

Andrzej Nowak

Pierwszy tom pomnikowych "Dziejów Polski", napisanych przez wybitnego historyka z Uniwersytetu Jagiellońskiego i Polskiej Akademii Nauk prof. Andrzeja Nowaka, obejmuje okres od początków państwa polskiego do 1202 r. (śmierć Mieszka III Starego). Osoba autora gwarantuje publikację na najwyższym poziomie naukowym i literackim, napisaną właściwym dla prof. Nowaka pięknym, a jednocześnie przystępnym językiem.

Blask Rzeczypospolitej. Od X do XXI wieku

Blask Rzeczypospolitej. Od X do XXI wieku

Wojciech Polak

Oto dzieło wybitnego i wszechstronnego historyka, które czyta się jak pasjonującą powieść. Sięgając po Blask Rzeczypospolitej, każdy, kto w jednej książce chciałby zapoznać się z historią Polski na przestrzeni całych jej dziejów, ma tę możliwość. A dzieje te są długie, żywe i imponujące. Historia nasza, jak każdego wielowiekowego kraju, obfituje we wzloty i upadki. Może napawać dumą i podziwem, ale też przestrzegać przed niebezpieczeństwami.

Polska. Dwanaście wieków

Polska. Dwanaście wieków

Adam Bujak, Wojciech Polak

Takiego albumu o naszym kraju jeszcze nie było. Polska ukazana została tu od czasów najdawniejszych do najnowszych, wiek po wieku. Każde stulecie, od X po XXI, zostało osobno scharakteryzowane. Przypomniane zostało również, że wcześniej istniała Prapolska.

Kronika Polaków

Kronika Polaków

Maciej Miechowita


Aż trudno uwierzyć, że Kronika Polaków (Chronica Polonorum) Macieja z Miechowa musiała czekać ponad 500 lat aż zostanie przetłumaczona na język polski. To wielkie dzieło było oczywiście dobrze znane historykom – wielu z nich odwoływało się do jego treści – ale czytanie go wymagało dobrego opanowania łaciny.

Kalendarz 2026 Dzieje Polski X - XX w.

Kalendarz 2026 Dzieje Polski X - XX w.

 

Kalendarz to coś więcej niż tylko kartka z datami – towarzyszy nam każdego dnia. Dlatego warto, żeby był nie tylko praktyczny, ale i piękny. Takie właśnie są eleganckie, estetyczne kalendarze ścienne na 2026 rok przygotowane przez Białego Kruka. Fantastyczne ilustracje, ważne tematy, duży format – będą ozdobą w każdym domu, w każdym miejscu pracy.
Wszystkie najważniejsze święta katolickie, uroczystości liturgiczne oraz imieniny zostały wyraźnie zaznaczone.

 

Komentarze (0)

  • Podpis:
    E-mail:
  • Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników serwisu. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za ich treść. Wpisy są moderowane przed dodaniem.

Zamknij X W ramach naszego serwisu stosujemy pliki cookies. Korzystanie ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym.