Heroiczna walka o Hel
ORP "Gryf" legendarny stawiacz min walczący w obronie polskiego wybrzeża. Fot. Zbiam. pl 1 września 1939 roku o 4.45 nastąpił niemiecki atak na polską Wojskową Składnicę Tranzytową, ulokowaną na gdańskim półwyspie Westerplatte; zaledwie 5 minut wcześniej lotnicy Luftwaffe bestialsko zbombardowali bezbronne miasto Wieluń... Dziś w 87. rocznicę wybuchu II wojny światowej przypominamy zarówno heroiczną obronę Westerplatte, jak i polskiego wybrzeża; Hel poddał się 2 października, jako jeden z ostatnich bastionów polskiego oporu...
W momencie wybuchu II wojny światowej niewielka polska Marynarka Wojenna była najmłodsza w Europie. Czasy krótkiej świetności XVII-wiecznych królewskich galeonów zdolnych zagrażać szwedzkim okrętom były już odległą historią, a tragedia zaborów i utrata wybrzeża na rzecz Prus na długo przekreśliła marzenia o polskiej banderze na morzach i oceanach. Jednak w czasie II wojny światowej to właśnie młodej polskiej flocie przypadło zapisanie najbardziej heroicznych kart w morskich bojach. Nasi marynarze jako pierwsi stanęli na Bałtyku do nierównej walki z potężną Kriegsmarine, a szlak bojowy i dokonania załóg trzech polskich kontrtorpedowców i dwóch łodzi podwodnych wzbudzały podziw nawet takiej potęgi morskiej jak brytyjska Royal Navy. (...)
Intensywne przygotowania Wybrzeża do obrony przed spodziewaną niemiecką agresją (brany był także pod uwagę atak wojennej floty ZSRS) rozpoczęły się w drugiej połowie lat 1930. Kadm. Unrug nie miał złudzeń w kwestii ewentualnego starcia polskich okrętów wojennych z jednostkami Kriegsmarine, wspieranymi przez nie mniej potężne lotnictwo niemieckie. Zdawał też sobie sprawę, że stacjonujące w lotniczej bazie w Pucku polskie wodnosamoloty nie miałyby szans w starciu z bombowcami Luftwaffe. W 1938 r. w rozmowie z kadm. Świrskim Józef Unrug przedstawił koncepcję ewentualnego odesłania najcenniejszych polskich kontrtorpedowców do portów jednego z sojuszników na Zachodzie; tak powstał plan „Peking”. Na lądzie opór nieprzyjacielowi miały stawiać: załoga Poczty Gdańskiej, Wojskowa Składnica Tranzytowa na Westerplatte pod dowództwem mjr. Henryka Sucharskiego – 5 wartowni, główne uzbrojenie: dwa działka przeciwpancerne kalibru 37 mm, armata polowa wz. 1902/26 kalibru 75 mm oraz cztery moździerze kalibru 81 mm, 40 karabinów maszynowych. Baterie artyleryjskie stanęły też w Gdyni i na Kępie Oksywskiej.
W lipcu 1939 r. Dowództwo Lądowej Obrony Wybrzeża powierzono płk. Stanisławowi Dąbkowi, za całość Obrony Wybrzeża odpowiadał kadm. Józef Unrug. Ze względu na położenie szczególną rolę w obronie polskiego wybrzeża przewidziano dla Półwyspu Helskiego; utworzono na nim Rejon Umocniony Hel. Na półwyspie rozmieszczone były stanowiska baterii artyleryjskich, z których największa, na cyplu, otrzymała imię kmdr. Heliodora Laskowskiego, pioniera polskiej artylerii nadbrzeżnej. Dowodził nią kpt. Zbigniew Przybyszewski. Port wojenny w Helu był też bazą okrętów Marynarki Wojennej. Do czasu przybycia aliantów Westerplatte miało bronić się 12 godzin, Gdynia – 7 dni, zaś Hel, przewidziany jako ostatni bastion polskiego oporu, miał wytrzymać 14 dni.
30 sierpnia 1939 r. kadm. Unrug otrzymał z Kierownictwa Marynarki Wojennej w Warszawie rozkaz „Peking wykonać”. Kontrtorpedowce OORP „Błyskawica”, „Grom” i „Burza”, stojące w pełnej gotowości na oksywskiej redzie, zeszły z kotwic, ustawiły się w szyku torowym i ruszyły w kierunku cypla helskiego; ich celem był brytyjski port Leigh. Według założeń planu Peking ocalone w ten sposób okręty i ich załogi miały osłaniać na Morzu Śródziemnym i Czarnym transportowce z dostarczaną przez sojuszników bronią dla Wojska Polskiego. Pozostający na straży wybrzeża jedyny polski niszczyciel ORP „Wicher” pożegnał odchodzące jednostki sygnałem świetlnym: „Szczęść Boże, ku chwale Ojczyzny!”. „Za wolą Bożą wkrótce się zobaczymy!” – odpowiedziała „Błyskawica”. Był to poruszający moment dla dowódcy cyplowej baterii kpt. Zbigniewa Przybyszewskiego. W 1937 r. był on bowiem pierwszym oficerem „Burzy”, zdobył podczas tej służby mistrzostwo floty w strzelaniu artyleryjskim. Awans na kapitana otrzymał rok później, służąc na „Błyskawicy”. Na Helu w charakterze zastępcy dowódcy II Morskiego Dywizjonu Artylerii Przeciwlotniczej pozostawał także jego kolega, kpt. Jan Busiakiewicz, do niedawna pierwszy oficer artylerii na „Gromie”.
Stojący w Zatoce Pięciu Gwizdków pancernik Schleswig-Holstein, ustawiony już do ostrzału Westerplatte, nawet nie zauważył odejścia polskich niszczycieli, których załogi wiadomość o niemieckiej agresji na Polskę odebrały już na Morzu Północnym. Na spotkanie polskich kontrtorpedowców wypłynęły niszczyciele Royal Navy – HMSS „Wallace” i „Wanderer”, które bezpiecznie doprowadziły je do portu w Leigh.
1 września 1939 r. o godz. 4.48 Schleswig-Holstein oddał pierwszą salwę w kierunku Wojskowej Składnicy Tranzytowej na Westerplatte. Na polską załogę ruszyło natarcie kompanii szturmowej Kriegsmarine, rozpoczęła się bohaterska obrona placówki, która miała przejść do legendy polskiego oręża. Zanim mjr Sucharski przekazał kadm. Unrugowi radiowy meldunek o rozpoczęciu działań wojennych, wystrzał z niemieckiego pancernika usłyszeli pozostający w gotowości bojowej na stanowiskach artyleryjskich obrońcy Helu, a także członkowie załóg wszystkich nawodnych polskich jednostek. Kilkanaście minut później potężna eskadra bombowców Heinkel He 111 zaatakowała bazę polskiego lotnictwa morskiego w Pucku. Podczas nalotu zginął kmdr por. pilot Edward Szystowski, dowódca Morskiego Dywizjonu Lotniczego, pierwszy polski oficer poległy w czasie II wojny światowej. Ocalałe polskie wodnosamoloty kadm. Unrug nakazał przebazować do Jastarni, ale działania Luftwaffe uniemożliwiły ich załogom postawienie jakiegokolwiek oporu. 20 minut po nalocie na Puck, dowódca Dywizjonu Okrętów Podwodnych kmdr por. Aleksander Mohuczy wydał dowódcom jednostek rozkaz opuszczenia portu w Helu i przejścia do wyznaczonych sektorów.
Stalowe drapieżniki rozpoczęły zajmowanie pozycji zgodnie z planem „Worek”. OORP „Wilk” i „Orzeł” oddały kilkanaście, niestety niecelnych, strzałów z ciężkich karabinów maszynowych do trzech niemieckich samolotów Heinkel He 59. Ok. godz. 13.00 dwie eskadry niemieckich bombowców, po przeprowadzeniu lotu rozpoznawczego, przypuściły zmasowany nalot na Hel. „Zarządziłem alarm przeciwlotniczy – wspominał kpt. Przybyszewski. – W kilka chwil później samoloty rozpoczęły silne bombardowanie baterii z lotu nurkowego (...). Przez cały czas były one ostrzeliwane przez broń maszynową baterii, której obsługa zachowała się bez zarzutu. (...) Duch załogi był bardzo dobry. Mimo że żadnego samolotu nie strącono, jednak znaleziono na terenie baterii dużą ilość odłamków części samolotowych”. Niemieckie sztukasy zaatakowały polskie pozycje artylerii nadbrzeżnej na całej długości półwyspu; na baterię im. kmdr. Laskowskiego i port w Helu spadło ok. stu bomb. Byli zabici i ranni, ale Niemcom nie udało się zniszczyć polskich placówek.
Ok. godz. 15.00 dowódca ORP „Gryf”, kmdr Stefan Kwiatkowski, otrzymał sygnał do rozpoczęcia planu „Rurka” – postawienia zagrody minowej w Zatoce Gdańskiej i zaminowania dostępu do portów w Gdyni i Helu. Osłonę dla „Gryfa” miał stanowić ORP „Wicher”, obie kanonierki i zespół trałowców. Operacja „Rurka” miała rozpocząć się pod osłoną nocy ok. godz. 22.00. Niestety, nie udało się zaskoczyć Niemców, gdyż do dowódcy 1. Floty Powietrznej Luftwaffe gen. Alberta Kesserlinga dotarła wiadomość o ruchach polskich okrętów. Ładownie „Gryfa” wypełniało ponad 290 min, z których każda zawierała ok. 140 kg materiałów wybuchowych. Dochodziła godz. 17.00, kiedy sygnalista „Wichra”, starszy marynarz Leopold Tomczyk, zameldował obecność niemieckich samolotów na kursie. Nadlatujące ze Słupska 33 bombowce nurkujące Junkers Ju 87 z wściekłością zaatakowały polskie okręty. Pikujące niemieckie maszyny zrzuciły pierwszy śmiercionośny ładunek celując w „Gryfa”, bomby spadły jednak do morza. Sztukasom odpowiedział natychmiast ogniem dział przeciwlotniczych i broni pokładowej „Wicher”. „Ster zero cała naprzód”– wydał komendę dowódca „Wichra” kmdr Stefan de Walden. „Osłonić ogniem ‘Gryfa’!” – rozkazał, zdając sobie doskonale sprawę, iż trafienie w stawiacz min spowoduje piekielną detonację, od której zginie zarówno załoga „Gryfa”, jak i wszystkie pozostałe... Jedna z niemieckich bomb wybuchła niebezpiecznie blisko burty „Wichra”, powodując jedynie niegroźne uszkodzenia. Statek nadal jednak manewrował, unikając trafienia i nie przerywając ognia. Na „Gryfie” kmdr Stefan Kwiatkowski, stojąc na mostku kapitańskim, spokojnie wydawał rozkazy, po mistrzowsku manewrując potężną jednostką. Marynarze z godnym podziwu opanowaniem wypełniali jego rozkazy. „Gryf” przechylał się z burty na burtę, silne wybuchy niemieckich bomb wstrząsały nim od stępki po główny maszt. Stawiacz min szedł jednak dalej, a marynarze z obsługi broni przeciwlotniczej z zaciętością bronili się przed niemieckimi bombami i seriami karabinów maszynowych. Nagle kolejna bomba uderzyła w wodę tuż przy burcie „Gryfa”. Kmdr Kwiatkowski zachwiał się i upadł, znacząc pokład krwią. Odłamki trafiły go w pierś i urwały nogę. Kilku marynarzy, mimo wciąż trwającego niemieckiego ostrzału, natychmiast ruszyło na ratunek dowódcy. Pod seriami niemieckich karabinów maszynowych zanieśli rannego do kajuty.
Dowództwo objął zastępca komandora, kpt. Wiktor Łomidze, z pochodzenia Gruzin. Manewrował statkiem tak, aby przewidując atak uniknąć ostrzału. Niemieccy piloci ostrzeliwani ogniem polskich jednostek byli teraz ostrożniejsi. Nie odważyli się obniżać lotu, jednak jedna z bomb wybuchła tuż przy rufie „Gryfa”, uszkadzając ster, co znacznie zmniejszyło zwrotność okrętu. „Gryf” walczył jednak nadal, osłaniany przez „Wichra” i idące w rozluźnionym szyku trałowce, przez cały czas ostrzeliwujące sztukasy z broni pokładowej. W końcu piloci Luftwaffe, zaskoczeni siłą oporu Polaków, dali za wygraną i odlecieli do bazy. Żaden z polskich okrętów nie został trafiony bezpośrednio, mimo iż na samego „Gryfa” Niemcy zrzucili aż 30 bomb! Śmiercią bohaterów polegli dowódca „Gryfa” i 20 marynarzy z jego załogi, a także 6 marynarzy z silnie uszkodzonego trałowca „Mewa”, który znajdując się najbliżej „Gryfa”, ofiarnie walczył w jego obronie. Tak zakończyła się pierwsza powietrzno-morska bitwa II wojny światowej.
Niestety kpt. Łomidze podjął nie do końca przemyślaną i nie uzgodnioną z kadm. Unrugiem decyzję wyrzucenia nieuzbrojonych min do morza. Uniemożliwiło to realizację operacji „Rurka”. Uszkodzony „Gryf” wszedł do portu w Helu i zacumował lewą burtą do zanurzonego doku pływającego. Miał służyć jako stacjonarna bateria artyleryjska osłaniająca Hel od strony Zatoki Gdańskiej. Kpt. Łomidze nie zawiadomił też o odwołaniu operacji „Rurka” kmdr. de Waldena, który zgodnie z jej wytycznymi wyprowadził „Wichra” na pełne morze w kierunku Piławy na przewidywane pozycje. „Wicher” zauważył dwa niemieckie kontrtorpedowce sam nie będąc zauważony, jednak nie mogąc zgodnie z planem zdradzić swojej pozycji, nie mógł ich storpedować! Sygnaliści „Wichra” zauważyli ponadto idący w niewielkiej odległości duży niemiecki krążownik. Szansa na powodzenie ataku torpedowego była ogromna, jednak brak łączności udaremnił okazję do zatopienia nieprzyjacielskiej jednostki. Ponieważ położenie pomiędzy trzema niemieckimi okrętami było dla „Wichra” niebezpiecznie, kmdr de Walden wydał rozkaz powrotu do bazy w Helu. Ku wielkiemu rozczarowaniu otrzymał rozkaz wyładowania torped, wygaszenia kotłów i zacumowania w porcie. „Wicher”, podobnie jak „Gryf”, został przekształcony w stacjonarną baterię artyleryjską. kadm. Unrug nie chciał bowiem, aby w razie trafienia na morzu okrętów bombami lotniczymi doszło do wybuchów torped i bomb, a także pracujących kotłów, co oznaczałoby pewną śmierć załóg.
Następnego dnia podczas niemieckich nalotów na Hel artylerzyści „Wichra” zestrzelili samolot wroga, zaś w nocy z 2 na 3 września helskie baterie artyleryjskie odparły aż 26 niemieckich ataków powietrznych! 3 września o godz. 6.50 polscy sygnaliści z „Wichra” i „Gryfa” dostrzegli dwa niszczyciele nieprzyjaciela idące z Piławy w kierunku Gdańska. Jednostki zmieniły kurs i ruszyły w stronę Helu; były to „Leberecht Maass”, flagowy okręt adm. Günthera Lütjensa, dowódcy sił torpedowych Kriegsmarine, i jego bliźniacza jednostka „Wolfgang Zenker”. Rozpoczęły ostrzał Helu, jednak natychmiast odpowiedzieli im artylerzyści z „Gryfa”, do których dołączyła obsługa czterech dział „Wichra”. Po pierwszych salwach polskie okręty uzyskały nakrycie, przechodząc w ogień ciągły. Do walki po polskiej stronie dołączyła bateria im. kmdr. Heliodora Laskowskiego; kpt. Przybyszewski po raz pierwszy zarządził otwarcie ognia z najcięższych dział. Okazało się, że artylerzyści „Gryfa” trafili oba niemieckie niszczyciele! „Leberecht Maass” doznał uszkodzenia burty i działa, stracił także czterech artylerzystów, niewielkich uszkodzeń doznał też „Wolfgang Zenker”. Kontrtorpedowce postawiły zasłonę dymną i wycofały się z pola walki. „Ta pierwsza walka morska na Helu, w której brały udział ‘Wicher’ i ‘Gryf’, a także bateria cyplowa, nie skończyła się sławnie dla niszczycieli niemieckich” – wspominał kmdr Włodzimierz Steyer, Dowódca Rejonu Umocnionego Hel.
Niestety, były to ostatnie godziny chwały OORP „Wichra” i „Gryfa”, bowiem Niemcy zaskoczeni siłą polskiego oporu postanowili bezwzględnie zniszczyć oba okręty. Pierwszy nalot rozpoczął się o godz. 9.00; niemieckie sztukasy zaatakowały „Gryfa”, zrzucając na niego bomby i ostrzeliwując z broni pokładowej. Artylerzyści polskiego stawiacza min natychmiast odpowiedzieli ogniem, jednak jedna z niemieckich bomb trafiła w przedni pokład „Gryfa”, a trzy inne wybuchły blisko burty, powodując wyciek ropy i eksplozję amunicji do dział przeciwlotniczych. Ok. godz. 14.00 kolejna eskadra sztukasów zaatakowała „Wichra”, którego załoga dzielnie broniła jednostki działami przeciwlotniczymi i karabinami maszynowymi, wspomagały ją trałowce. Los „Wichra” był jednak przesądzony. Pierwsza bomba uderzyła w dziób niszczyciela, rozrywając go aż do pomostu. Druga, eksplodując przy burcie, zdarła poszycie. Kontrtorpedowiec zaczął nabierać wody, przechylając się na prawą burtę. Kolejne dwie bomby trafiły w śródokręcie.
Załoga „Wichra” walczyła jednak dalej, a kmdr de Walden do końca sprawnie kierował obroną okrętu i ratowaniem rannych. W walce wyróżnił się mat Zygmunt Kuzior, który po wybuchu pierwszej bomby wbiegł do kotłowni i wypuścił z kotłów parę, aby nie dopuścić do eksplozji. Jego kolega, mat Bogacewicz, stojąc po kolana w wodzie, prowadził ogień, dopóki okręt się nie przechylił. „Wicher” osiadł na dnie basenu portowego. Wielu marynarzy, w tym ranni, znalazło się w wodzie. Mimo niemieckiego ostrzału wszystkich udało się uratować. Podczas kolejnego nalotu do nierównej walki z niemieckimi bombowcami stanęły obie polskie kanonierki, zaś podczas następnego Niemcy zrzucili bomby na uszkodzonego „Gryfa”, który stanął w płomieniach i osiadł na dnie; po dwóch dniach marynarze zdjęli z niego działa i karabiny maszynowe, które wzmocniły obronę półwyspu. Wieczorem na Hel dotarła wiadomość o odcięciu Wybrzeża. Nadal broniło się Westerplatte. Zniszczenie „Wichra” i „Gryfa” spowodowało jednak, że baterie artyleryjskie Helu nie mogły już liczyć na wsparcie okrętów nawodnych, niewielkie trałowce nie były w stanie dać im osłony. Obrona półwyspu miała się odtąd opierać na załogach baterii i na polskiej piechocie. Marynarze z „Wichra” i „Gryfa” wzmocnili obsługę baterii.
Zdolne do walki były jeszcze okręty podwodne, które otrzymały rozkaz dalszych działań, dopóki nie wyczerpią się możliwości stawiania Niemcom oporu. Załogi polskich stalowych drapieżników miały przejść do portów neutralnych lub podjąć próbę przedarcia się do Wielkiej Brytanii. Załogom „Wilka” i „Rysia” udało się nawet postawić zagrody minowe, jednak polskie jednostki, nieustannie śledzone przez niemieckie samoloty i okręty, mogły walczyć już tylko o przetrwanie. OORP „Wilk” i „Orzeł” przedarły się do Wielkiej Brytanii, przy czym „Orzeł” dokonał tego po brawurowej ucieczce po internowaniu w Tallinie.
7 września po bohaterskiej obronie skapitulowało Westerplatte. Kmdr Steyer odnotował, że do Gdańska wpłynął, używając zasłony dymnej, drugi niemiecki pancernik, „Schlesien” „Czyżby Westerplatte tak wyczerpało pierwszy, że na zwalczenie Helu trzeba było wezwać drugi?” – zapisał w pamiętniku. W dniach 9-11 września kpt. Przybyszewski ogniem swojej baterii bohatersko wspierał walczące na Kępie Oksywskiej oddziały płk. Dąbka, które z kolei wspierały polskie trałowce ostrzeliwujące pozycje Wehrmachtu. Dowódca ten, zmuszony do opuszczenia Gdyni, postanowił bronić się na Oksywiu aż do końca. Jego niewielki oddział atakowany morderczym ogniem usytuowanej na wzgórzach gdyńskich niemieckiej artylerii i nalotami bombowymi Luftwaffe mimo beznadziejnej sytuacji stawiał nieprzyjacielowi zaciekły opór. Kiedy ruszyło natarcie niemieckiej piechoty, Polacy bronili się do ostatniego naboju. Gdy skończyła się amunicja, „garstka żołnierzy bez umocnień, bez bunkrów, ze wszystkich stron okrążona, ze wszystkich stron zarzucona tonami żelaza i ogniem piekielnym broniła się bagnetem i kosami”. Płk Dąbek mimo rany nie chciał zdać dowództwa ani poddać się Niemcom. Walczył jak prosty żołnierz, obsługując działko przeciwpancerne. 19 września w ostatnich godzinach, nie chcąc pójść do niewoli, odebrał sobie życie strzałem z pistoletu.
Upadek Kępy Oksywskiej po siedmiu dniach bohaterskiej obrony oznaczał, że ostatnim punktem polskiego oporu na Wybrzeżu pozostał tylko Hel, już 11 września, po zajęciu przez Niemców Władysławowa i Wielkiej Wsi, odcięty od stałego lądu i skazany na walkę w osamotnieniu. Wizytujący 20 września polskie pobojowiska Adolf Hitler urządził dowódcom oddziałów niemieckich piekielną awanturę z powodu „zużycia wielkiej ilości amunicji i wysokich strat w starciu z tak małymi liczebnie i słabo uzbrojonymi oddziałami polskimi”. Jednocześnie nakazał użyć przeciwko Helowi jednostek lotnictwa, artylerii lądowej i sił morskich, obawiał się bowiem kolejnych strat w przypadku bezpośredniego natarcia.
25 września niemieckie pancerniki „Schleswig-Holstein” i „Schlesien”, ostrzeliwujące od 12 września półwysep, podjęły kolejną próbę złamania oporu cyplowej baterii im. kmdr. Laskowskiego. „Błyski z luf pancerników!” – zameldował ok. godz. 10.00 polski obserwator. „Bateria, ognia!” – wydał komendę kpt. Przybyszewski. Po trzeciej salwie Polacy uzyskali nakrycie: „Ogień ciągły!” – zarządził kapitan. „Schlesien”, trafiony polskim pociskiem, który uszkodził mu burtę, postawił zasłonę dymną i odszedł spod zasięgu baterii. Kpt. Przybyszewski rozkazał przenieść ogień na „Schleswig-Holsteina”, który wspomagany przez korygujący celność strzałów samolot ostrzeliwał baterię. Jeden z pocisków pancernika uderzył w betonową osłonę polskiego działa, śmiertelnie raniąc dalmierzystę, który zdążył jeszcze krzyknąć „Niech żyje Polska!”. Teraz cały ogień polskiej baterii szedł na „Schleswiga”, który kryjąc się za zasłoną dymną nadal wściekle atakował polskie pozycje. Ok. godz. 11.00 niemiecki pocisk zabił kolejnego polskiego marynarza. Następny rozerwał się na stanowisku nr 1; odłamki trafiły kierującego ogniem na wieży kpt. Przybyszewskiego. Dowódca dostał w rękę i pierś, zbladł z upływu krwi, kategorycznie jednak odmówił zejścia z posterunku. Krwawiąc z nieopatrzonych ran, nadal kierował ogniem, zadziwiając swoją załogę skutecznością działania. „Schleswig-Holstein”, zaskoczony siłą polskiego oporu, rozpoczął manewr wycofania się w kierunku Gdańska. „Stop, działa na zero!” – rozkazał słabym głosem kpt. Przybyszewski. Zszedł jeszcze o własnych siłach z wieży, oddał hołd poległym. Wciąż silnie krwawiąc, sprawdzał skutki ostrzału baterii. Na odejście do szpitala zgodził się dopiero na rozkaz kmdr. Steyera i kmdr. Kukiełki. Dowództwo objął kpt. Bohdan Mańkowski.
Dwa dni później, podczas kolejnego ostrzału baterii przez niemieckie pancerniki, polscy artylerzyści celnym strzałem uszkodzili „Schleswig-Holsteina”, trafiając w pancerz kazamaty przy prawej burcie. Rannych zostało sześciu niemieckich marynarzy z obsługi działa, co zmusiło pancernik wroga do odejścia na bezpieczną odległość. Nazajutrz o godz. 14.00 kpt. Przybyszewski z ręką na temblaku powrócił na stanowisko, przejmując dowodzenie. „Chłopcy – powiedział – musimy pokazać Niemcom, jak polski marynarz walczy i pomimo przewagi w lotnictwie tak łatwo nie damy się zdobyć”. Niestety, do kadm. Unruga dotarła wiadomość o wkroczeniu niemieckich oddziałów do Warszawy. Dowódca Obrony Wybrzeża, podobnie jak Dowódca RU Hel, też nie chciał się poddać. „Wszyscy kapitulują we wrześniu. My wytrzymamy do października” – powiedział podczas narady kmdr Steyer. Kadm. Unrug postanowił bronić Helu jak najdłużej.
30 września ruszyło niemieckie natarcie od strony lądu. Polscy żołnierze 10. kompanii KOP „Hel” ponieśli duże straty, udało się jednak wysadzić zaporę z głowic torped ustawioną w poprzek półwyspu za Chałupami. Zginęło ok. 80 żołnierzy wroga, powstała potężna wyrwa, którą wypełniła woda morska, skutecznie powstrzymując natarcie nieprzyjaciela.
W nocy, podczas kolejnej narady wojennej, kadm. Unrug, uznając, że nie ma prawa dłużej narażać życia obrońców, podjął decyzję o kapitulacji: „Panowie oficerowie... Wszakżeż nie zezwalam na dalszy rozlew marynarskiej i żołnierskiej krwi! Niemcy i tak tę wojnę przegrają. Jeszcze Polska nie zginęła”.
Hel poddał się 2 października. Kiedy kadm. Unrug, już jako jeniec, dołączył do grupy swoich oficerów zebranych na przystani na Helu, niemiecki komandor podał komendę „Achtung!”. Jego podwładni stanęli na baczność i zasalutowali, albowiem ów komandor był w czasie wielkiej wojny... uczniem i podkomendnym kadm. Unruga. Kpt. Przybyszewski w momencie odejścia do niewoli odpiął pas z kordem i wyrzucił do morza, aby nie oddać broni w niemieckie ręce. Gdy nieprzyjacielski oficer poczęstował go papierosami, odmówił. Dla obrońców niezłomnego półwyspu rozpoczynał się trudny czas niemieckiej niewoli. Kadm. Józef Unrug kategorycznie odrzucił przyjęcie wysokiego stanowiska w Kriegsmarine, nie prowadził też rozmów z niemieckimi żołnierzami w ich języku, mówiąc, iż 1 września 1939 r. zapomniał języka niemieckiego.
Jest to tylko fragment artykułu dr Moniki Makowskiej o bohaterskiej postawie marynarzy Polskiej Marynarki Wojennej podczas wojny obronnej 39'. Do zapoznania się z całością zapraszamy na łamach miesięcznika "Wpis" nr 143 [9] z września 2022 r.

WPIS 09/2022 (e-wydanie)
Ukazał się już najnowszy, wrześniowy numer „Wpisu”. Jak każdego miesiąca przygotowaliśmy dla Państwa serię wyselekcjonowanych felietonów poświęconych aktualnym zagadnieniom, jak również cały cykl artykułów na tematy historyczne powiązane z aktualnymi tematami. W związku z potężną kampanią hejtu skierowaną przeciwko prof.

Dzieje Polski. Tom 1. Skąd nasz ród
Pierwszy tom pomnikowych "Dziejów Polski", napisanych przez wybitnego historyka z Uniwersytetu Jagiellońskiego i Polskiej Akademii Nauk prof. Andrzeja Nowaka, obejmuje okres od początków państwa polskiego do 1202 r. (śmierć Mieszka III Starego). Osoba autora gwarantuje publikację na najwyższym poziomie naukowym i literackim, napisaną właściwym dla prof. Nowaka pięknym, a jednocześnie przystępnym językiem.

Dzieje Polski. Tom 2. Od rozbicia do nowej Polski
Drugi tom bestsellerowych "Dziejów Polski" pióra znakomitego historyka prof. Andrzeja Nowaka. Kontynuacja opowieści o burzliwych losach naszego kraju w okresie rozbicia dzielnicowego. Tom obejmuje okres od śmierci księcia Mieszka Starego w 1202 r. i objęcia władzy w Krakowie przez Władysława Laskonogiego, aż do wkroczenia Kazimierza Wielkiego na Ruś w 1340 r. Autor w fascynujący sposób przybliża wysiłki zmierzające do odnowienia Królestwa Polskiego podjęte w XIII w.

Dzieje Polski. Tom 3. Królestwo zwycięskiego orła
Kolejny tom wspaniałej historii Polski opowiedzianej piórem profesora Andrzeja Nowaka liczy 464 strony, czyli o 80 więcej niż poprzednia część. Podobnie jak dwa poprzednie tomy charakteryzuje się wysokim poziomem edytorskim. Zdobią go liczne fotografie, rysunki, ryciny i mapy, które nie tylko dopełniają narrację autora, ale i poruszają wyobraźnię czytelnika.
Dzieło to owoc wspaniałego warsztatu badawczego, niesamowitego talentu pisarskiego i ogromnej wiedzy profesora Nowaka.

Dzieje Polski. Tom 4. Trudny złoty wiek.
Wreszcie jest z niecierpliwością oczekiwany przez tysiące Polaków kolejny tom wielkiego dzieła prof. Andrzeja Nowaka - czyli czwarty tom "Dziejów Polski"! W czwartym tomie "Dziejów Polski" prof. Andrzej Nowak opowiada o trudnym złotym wieku, czyli latach 1468 - 1572.
Prof. Andrzej Nowak wkracza w czwartym tomie epokowego dzieła „Dzieje Polski” w okres największej świetności Rzeczypospolitej.

Dzieje Polski. Tom 7. Upadanie i powstawanie
Co za czasy w Rzeczypospolitej! Od sławionego w całej Europie zwycięstwa pod Wiedniem w 1683 r. po widmo upadku państwa – zaledwie pół wieku później… Siódmy tom „Dziejów Polski” prof. Andrzeja Nowaka czyta się nie jak jeden, ale jak kilkanaście scenariuszy hollywoodzkich superprodukcji historycznych. W tym okresie Rzeczpospolita niestety doznaje porażek jak nigdy dotąd.






Komentarze (0)
Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników serwisu. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za ich treść. Wpisy są moderowane przed dodaniem.