Rozmowa z uczestniczką Powstania Warszawskiego i Olimpijką z 1952 i 1956 r. Barbarą Grocholską-Kurkowiak „Kuczarawą”

Nasi autorzy

Rozmowa z uczestniczką Powstania Warszawskiego i Olimpijką z 1952 i 1956 r. Barbarą Grocholską-Kurkowiak „Kuczarawą”

Barbara Grocholska-Kurkowiak. Fot. BohaterON Barbara Grocholska-Kurkowiak. Fot. BohaterON 6 lutego 2026 r. , o godz. 20.00 na stadionie San Siro w Mediolanie rozpocznie się ceremonia inauguracji XXV Zimowych Igrzysk Olimpijskich, które odbędą się w Mediolanie i Cortina d’Ampezzo. W uroczystości otwarcia igrzysk uczestniczyć będzie 14 głów państw – w tym prezydent RP Karol Nawrocki – 9 premierów oraz ośmioro przedstawicieli rodzin królewskich i książęcych. Przybędą także przewodnicząca Parlamentu Europejskiego Roberta Metsola i sekretarz generalny ONZ António Guterres. Ceremonię otwarcia uświetnią swoimi występami takie gwiazdy jak Andrea Bocelli i Cecilia Bartoli.

Dokładnie 70 lat temu w tym samym Cortina d’Ampezzo podczas VII Zimowych Igrzysk Olimpijskich w 1956 r. wystartowała prawdziwa legenda polskiego narciarstwa alpejskiego – Barbara Grocholska (później po mężu Grocholska-Kurkowiak). Wyczynowe narciarstwo w l. 1950. było wyjątkowo urazowym sportem – narty nie posiadały wówczas wiązań bezpiecznikowych, które „trzymają” pięty, zawodnicy startowali bez kasków ochronnych (które wprowadzono dopiero po opisywanych igrzyskach), a alpejskie trasy olimpijskie z włoskiej Cortiny należały do najtrudniejszych – zarówno ze względu na warunki naturalne, jak i na oblodzenie. Polska zawodniczka była jednak już wówczas znana nie tylko z wybitnego talentu zjazdowego, ale i z niebywałej brawury; dziennikarze sportowi nie raz pisali, że jeździła bardzo odważnie, „reprezentując męski styl jazdy” i imponując nieprawdopodobną szybkością. Była też już wówczas bardzo utytułowaną alpejką – cztery lata wcześniej, w 1952 r., będąc u progu sportowej kariery, reprezentowała Polskę na olimpiadzie zimowej w Oslo, zajmując 13. miejsce w biegu zjazdowym i 14. w slalomie specjalnym; kilkanaście razy wywalczyła mistrzostwo Polski we wszystkich dziedzinach narciarstwa alpejskiego (bieg zjazdowy, slalom specjalny, slalom gigant, kombinacja alpejska – do 1968 r. Barbara Grocholska-Kurkowiak aż 25-krotnie wywalczy tytuł mistrzyni Polski, pokonując zawodniczki młodsze nawet o kilkanaście lat!), była też trzykrotną medalistką Akademickich Mistrzostw Świata (złote medale w zjeździe i w slalomie w 1951 r. w Poiana i brązowy medal w slalomie gigancie w 1953 r. w Semmering). Podczas olimpijskiego startu w Cortinie w ulubionej konkurencji – slalomie gigancie, polska zawodniczka pojechała w pięknym stylu, niestety pechowo upadła tuż przed ukończeniem trasy, doznając bolesnej kontuzji ręki. Za trzy dni miały być rozegrane zawody w zjeździe, a znakomita alpejka nie mogła utrzymać kijka. Mimo potwornego bólu zdecydowała się jednak na start. Jej ówczesny trener Stanisław Dziedzic tak wspominał niezwykłą determinację swojej podopiecznej: „Na trzeci dzień zjazd. Basia nie włada dłonią – lekarz daje zastrzyk jako blokadę. Idziemy na start. Biorę z hotelu gumę do weków – kucharz nie może wyjść z ciekawości, po co mi to potrzebne, a ja nie mogę mu tego wytłumaczyć (mówi tylko po włosku), że tymi gumami i bandażami przywiążę dłoń Basi do kijka. Stok slalomowy bardzo trudny, a w dodatku w poprzednim dniu była odwilż i cała trasa jest zalodzona...”. Przejazd polskiej zawodniczki i jej walka nie tylko z trudnościami trasy, ale i z potwornym bólem wzbudziły sensację – Barbara Grocholska w pięknym stylu ukończyła trasę, a jej wynik – 17. miejsce w tak ekstremalnych warunkach – zapewnił jej powszechne uznanie nie tylko w polskiej ekipie.

Źródło: naszkasprowy.pl; grocholski.pl; olimpijski.pl, oprac. MM

Barbara Grocholska-Kurkowiak, niekwestionowana polska królowa tras alpejskich, jako 17-letnia dziewczyna wzięła udział w Powstaniu Warszawskim. Sanitariuszka „Kuczarawa” z I Pułku Szwoleżerów nawet w najbardziej ekstremalnych warunkach powstańczej walki niosła pomoc rannym kolegom.  Do dziś angażuje się zarówno w walkę o pamięć Powstania, jak i w promocję polskiego sportu. Prezentujemy fragment wywiadu, którego sanitariuszka „Kuczarawa” udzieliła dr Monice Makowskiej:

Pani Basiu, jak Pani zapamiętała ostatnie chwile przed Powstaniem i jego wybuch? W jaki sposób dotarła Pani na miejsce koncentracji 1. Pułku Szwoleżerów?

1 sierpnia rano przyjechała do Lasek na rowerze moja kuzynka Maryjka i powiedziała, że muszę natychmiast wracać do Warszawy, bo 1 sierpnia o 17.00 mamy stawić się w miejscu zbiórki – będzie Powstanie! Nie pamiętam już, w co się ubrałam i jak żegnałam się z mamą. Pojechałyśmy z Maryjką do Warszawy na jednym rowerze; ona prowadziła, ja siedziałam na ramie. Na miejsce zbiórki jechałyśmy 1 sierpnia rikszą; miałyśmy za zadanie przewieźć dość sporą paczkę. Nie wiem, co w niej było, prawdopodobnie broń. Maryjka, mój brat Mikołaj Tadeusz, moja ciocia, księżniczka Krystyna Światopełk-Czetwertyńska, i ja należeliśmy do 1. Pułku Szwoleżerów.

Dotarliśmy na ul. Przemysłową na Powiślu do fabryki Tłocznia na miejsce koncentracji. Był już nasz dowódca, por. Aleksander Leszek Tyszkiewicz, ps. „Góral”; 25-letni hrabia, ale już weteran września ‘39 i jeden z założycieli 1. Pułku Szwoleżerów w konspiracji. Bardzo go lubiliśmy, był niesłychanie odważny. Atmosfera wspaniała! Dostaliśmy biało-czerwone opaski, furażerki z orzełkami. Na ulicy też już było widać biało-czerwone flagi. Mieliśmy przygotowany w Tłoczni punkt sanitarny. Dokładnie o 17.00 por. „Góral” poprowadził pierwsze powstańcze natarcie na przedwojenne koszary szwoleżerów. Chłopcy, w tym mój brat, poszli do ataku przez stadion Legii. Niestety, natarcie załamało się pod niemieckim ogniem, bo w koszarach kwaterowała kawaleria SS; mieli ciężkie karabiny maszynowe. Dużo naszych zginęło, a ci, co ocaleli, musieli się wycofać. Pamiętam pierwszych rannych; zbiórka: „Sanitariuszki, baczność! Wyjście po rannych, na ochotnika, kto się zgłasza!”. Sekundę się zawahałam i wtedy jako pierwsze poszły moja kuzynka Maryjka i moja przyjaciółka Wanda Grzeszkowiak „Radziejowska”. Było mi okropnie głupio; zawsze się jednak człowiek przestraszy... Wniosły rannych. Było to niezapomniane wrażenie – przecież byli to koledzy, z którymi przed chwilą rozmawiałam, a teraz krwawią i potrzebują mojej pomocy! Pierwsze zetknięcie się z ranami, z krwią, tego nie da się zapomnieć, zwłaszcza że my, najmłodsze sanitariuszki, nie zdążyłyśmy już przejść praktyk w Szpitalu Maltańskim. Cięższymi przypadkami zajęli się nasz lekarz Janek Mizgier-Chojnacki i siostra Maryla Roszkowska, dyplomowana pielęgniarka. Nie mogę sobie przypomnieć, komu z kolegów udzielałam wtedy pomocy po raz pierwszy. Nocą przyszedł zmordowany po natarciu por. „Góral” i zarządził ewakuację; Niemcy napierali na nas, nie mogliśmy zostać w Tłoczni. Szłyśmy nocą, w potwornej ulewie, wśród grzmotów i piorunów oraz niemieckich kul. Tyłami ogródków Czerniakowskich przedarłyśmy się do Siekierek. Kiedy wystrzeliwały niemieckie rakiety, padał rozkaz „padnij!”. Padałyśmy prosto w błoto i tak całą noc, co najmniej kilkanaście razy. Dotarłyśmy do Siekierek. Jakaś kobieta przyniosła nam trochę wody, można było nieco zmyć to błoto. 2 sierpnia po południu rozkaz: „Wracamy do Warszawy!”. Miałyśmy przedzierać się na Mokotów po dwie; szłam nocą z Wandą Grzeszkowiak. Na Górny Mokotów dotarłyśmy chyba 3 sierpnia po południu. Tam też przedarła się część naszych szwoleżerów. Wtedy dowiedziałyśmy się, że nasza koleżanka Hania Ebrichówna, w której mieszkaniu odbywała się część zajęć z kursów sanitarnych, straciła narzeczonego. Poległ w natarciu na koszary.

Powstańczy los niejednej sanitariuszki. Jednak mimo tragedii osobistych nadal potrafiłyście nieść pomoc rannym, tym razem na powstańczym Mokotowie. Pełniłyście służbę w szpitalu sióstr elżbietanek?

Byłyśmy przydzielone do punktu opatrunkowego w piwnicach kamienicy przy ul. Malczewskiego, a do sióstr elżbietanek chodziłyśmy na dyżury. Naszą komendantką była Zofia Glińska; nazywałyśmy ją „Kukułką”, bo podrzucała nam rannych z innych oddziałów. Nasz punkt był prawie dokładnie na linii frontu – po jednej stronie ulicy Dworkowej byli Niemcy, a po drugiej nasi chłopcy. Przez jakieś trzy tygodnie pracowałyśmy przy rannych powstańcach. Przypadki były bardzo ciężkie, brakowało penicyliny. Często miałyśmy do czynienia z ofiarami zgorzeli gazowej – wtedy już nie było ratunku. Pomiędzy szpitalem sióstr elżbietanek a naszym punktem na Malczewskiego był na ul. Puławskiej wykopany rów łącznikowy. Pamiętam naloty sztukasów: „Alarm! Wszyscy do piwnicy!”. Potworny gwizd nurkującego samolotu. Jakaś cywilna kobieta leżała ranna na ulicy, powyżej rowu łącznikowego. Wanda podpełzła do niej i zrobiła jej na miejscu opatrunek, a nalot przecież trwał! Chyba to nawet ja nadałam wtedy Wandzie pseudonim „Pepanc”, czyli „przeciwpancerna”. I Wanda już na zawsze została „Pepancem”. Obie przeżyły ten nalot.

Niesamowite bohaterstwo!

Żadna z nas nie myślała wtedy o sobie jako o bohaterce; po prostu spełniałyśmy swoje obowiązki. Z bardziej radosnych powstańczych wspomnień pamiętam polową Mszę świętą 15 sierpnia, w święto Wojska Polskiego, którą odprawiał nasz kapelan. Poszliśmy na nią z fasonem w szyku paradnym i w umundurowaniu. Nasi szwoleżerowie z biało-czerwonymi opaskami na rękawach pełnili posługę przy ołtarzu. Wtedy jeszcze byliśmy przekonani, że zwyciężymy, dziękowaliśmy Bogu za to, że doczekaliśmy się walki z wrogiem z bronią w ręku. 24 sierpnia były moje 17. urodziny. Warszawa już wtedy płonęła, ale mój brat wykombinował jeszcze dla mnie bukiet białych i czerwonych róż. Dokładnie też wtedy usłyszałam po raz pierwszy słynny „Marsz Mokotowa”; ta pieśń towarzyszyła nam do końca Powstania. Pamiętam też, jak w nocy pod koniec sierpnia czekałam z kolegami na zrzut lotniczy w Parku Dreszera. Nie wiem już, w jaki sposób oznakowaliśmy miejsce do zrzutu ani co było w tych zasobnikach. Zrzutowa broń nieraz bardzo się przydawała, bo było już coraz trudniej (...)

O tym, w jakich okolicznościach „Kuczarawa” została ranna, jakie były jej losy po Powstaniu i jak się rozpoczęła jej niesamowita przygoda ze sportem, możecie Państwo przeczytać na łamach miesięcznika „Wpis” (nr 11-169, 28 listopada-17 grudnia 2024 r.).

Artykuły poświęcone wybitnym postaciom polskiego sportu (pióra Krzysztofa Szujeckiego), podobnie jak wywiady z Powstańcami Warszawskimi ukazują się regularnie na łamach miesięcznika "Wpis". Zamów prenumeratę już dziś! 

Roczna prenumerata miesięcznika WPIS. Wydanie papierowe + wydanie elektroniczne

Roczna prenumerata miesięcznika WPIS. Wydanie papierowe + wydanie elektroniczne

 

"WPIS" to najciekawszy i najbogatszy miesięcznik na rynku. 
Najbogatszy – z uwagi na bogactwo treści i tematów, wspaniałą fotografię i grafikę, wyjątkowe edytorstwo. „Wpis” czytają i rekomendują największe autorytety w naszym kraju! Do grona naszych autorów należą m.in. Adam Bujak, ks. Waldemar Chrostowski, Marek Deszczyński, Marek Klecel, Antoni Macierewicz, Krzysztof Masłoń, Andrzej Nowak, ks.

 

Komentarze (0)

  • Podpis:
    E-mail:
  • Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników serwisu. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za ich treść. Wpisy są moderowane przed dodaniem.

Zamknij X W ramach naszego serwisu stosujemy pliki cookies. Korzystanie ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym.