Było dla nas jasne, że musimy się bronić, że nie chcemy tak żyć!

Nasi autorzy

Było dla nas jasne, że musimy się bronić, że nie chcemy tak żyć!

Fot. Wojsko Polskie Fot. Wojsko Polskie

Dr Monika Makowska: Po dramatycznej ucieczce z okupowanego przez Sowietów Włodzimierza Wołyńskiego dotarła Pani wraz z mamą bratem i wujem do Warszawy, do babci. Mieszkaliście na Rynku Starego Miasta, całą rodziną w maleńkim mieszkaniu bez szyb i elektryczności. I w tak ekstremalnych warunkach podjęła Pani konspiracyjną naukę.

Nie tak od razu. Na tajne komplety zgłosiłam się jeszcze w listopadzie, przełożona powiedziała jednak, że rok szkolny już się zaczął, więc muszę samodzielnie przygotować się do małej matury, zdać ją w maju i wtedy mnie przyjmą. Uczyłam się pod kierunkiem mojej kuzynki Lili. W maju 1940 r. zdawałam po kolei wszystkie przedmioty (nawet niemiecki!), chodząc pod różne adresy, gdzie mieszkali nauczyciele. Zdałam i przyjęli mnie do tajnego gimnazjum działającego pod przykrywką szkoły zawodowej, handlowej. Uczyli nas profesorowie z Wyższej Szkoły Handlowej, oficjalnie zatrudnieni w szkole zawodowej; musieli przecież z czegoś żyć, a poza tym uważali, że Polacy powinni sobie pomagać. Dzięki nim poziom był bardzo wysoki, o czym rzecz jasna Niemcy nie mieli pojęcia. Konspiracyjną maturę zdałam w 1942 r. Mój brat Jurek pracował wtedy w Ursusie w narzędziowni. Nie chciał studiować, żeby mamy nie obciążać, bo to było kosztowne. Był już wtedy w AK. Nic mi nigdy nie mówił, ale zdarzało się, że przychodzili do niego jacyś młodzi ludzie i on wtedy nakazywał: „masz stać pod drzwiami i pilnować, żeby nikt nie wszedł”. Słyszałam szczęk broni, domyślałam się, że on widocznie ćwiczy z tymi chłopakami; to musieli być jego koledzy z Ursusa.

Po maturze zdecydowała się Pani na konspiracyjne studia medyczne.

Pomyślałam, że nie ma sensu iść na tajne kursy dla sanitariuszek, kiedy jest możliwość „półlegalnego” studiowania medycyny w szkole prof. Zaorskiego. Oficjalnie była to szkoła dla pomocniczego personelu sanitarnego, ale stanowiła „przykrywkę” dla tajnych studiów medycznych UW, takich z prawdziwego zdarzenia. Wykładowcami byli profesorowie medycyny, wielkie przedwojenne sławy medyczne. Pamiętam, że bardzo przykładaliśmy się do nauki, gdyż nasi wykładowcy, np. prof. Franciszek Czubalski, świetny fizjolog, byli bardzo wymagający. Pamiętam też prof. Edwarda Lotha, jak kolorową kredą rysował na tablicy przebieg mięśni, naczyń i nerwów. Żebyśmy lepiej zapamiętali to, co widzimy, opowiadał nam wesołe anegdotki. Kiedy został zwolniony z Pawiaka, natychmiast wrócił do nas, żeby prowadzić wykład. Zginął w czasie Powstania, pełniąc obowiązki chirurga na Mokotowie (...). Mieliśmy nawet konspiracyjne zajęcia w prosektorium na terenie Szpitala Ujazdowskiego. Żeby się na nie dostać, mieliśmy skierowania do specjalistów, jako niby chorzy, wszędzie przecież byli niemieccy wartownicy. Kiedyś podczas sekcji zwłok otrzymaliśmy ostrzeżenie od Michała, naszego pedela, że nadchodzi komisja niemiecka. Trzeba było szybko załadować preparaty do wanien z formaliną i zjechać windą na dół, do podziemia... Musieliśmy tam przesiedzieć kilka godzin w absolutnej ciszy – oczywiście razem z tymi zwłokami, aż Niemcy sobie poszli... Studiując w tej szkole medycynę wiedziałam, że jak wybuchnie Powstanie, będę w każdej chwili gotowa do pracy przy rannych. W lipcu 1944 r., jak był ten pierwszy alarm powstańczy, Jurek miał na Czerniakowie zbiórkę ze swoimi chłopakami z harcerskiej drużyny Szarych Szeregów. Stawili się na nią, po czym o 23.00 otrzymali wiadomość, że jeszcze nie rozpoczynamy walki, że mają wracać do domu, że alarm odwołany. Jurek był zrozpaczony...

Bo atmosfera przed Powstaniem była taka, że chcieliście iść do walki.

Oczywiście! Niemcy ciągle nas gnębili, a my z bratem wiedzieliśmy ponadto, do czego zdolni są Sowieci, zatem było dla nas jasne, że musimy się bronić! Że nie możemy tak dłużej żyć! Przecież w Warszawie codziennie były łapanki, ciągle były rozstrzeliwania. Niemcy prowadzili na rozstrzelanie ludzi z zagipsowanymi ustami, ubranych w papierowe worki, stawiali pod murem, a potem puszczali serię z karabinów maszynowych... A następnego dnia – wielki afisz z wypisanymi imionami, nazwiskami i adresami. Szłam na wykłady do Zaorskiego i po drodze widziałam na afiszu – mój kolega nie żyje, moja koleżanka rozstrzelana... Niemcy specjalnie to robili, żeby nas zastraszyć!

Tak więc po odwołaniu tego pierwszego alarmu, Jurek był zrozpaczony, że Powstanie jeszcze nie wybuchło. Przyjechał do nas i mówi mi: „Hanka, jak mi się to wszystko nie podoba. To taka cywilna robota”. On dorastał przy pułku, ojciec w Ostrogu brał go na manewry, więc wiedział, jak funkcjonuje wojsko. Dla Jurka był to zwykły bałagan, bo przecież nie mógł wiedzieć, co dzieje się w sztabie gen. „Bora”.

Ale wiedzieliście, że Powstanie na pewno wybuchnie, i że będziecie w nim walczyć.

Pamiętam, że kiedy brat dostał wiadomość, iż Godzina „W” ma nastąpić 1 sierpnia o 17.00, mama była w pracy. Jurek wyszedł z domu na Rynek Starego Miasta na zbiórkę i nagle zawrócił. Poprosił mnie, żebym dała mu portfel po tatusiu, woreczek z białego płótna z wyhaftowanym wizerunkiem Matki Bożej. Babcia go uszyła i dała ojcu, kiedy szedł na wojnę w 1914 r. Kiedy więc wręczyłam bratu tę ostatnią pamiątkę po tacie, Jurek mnie uściskał i powiedział: „Hanka, my się już nigdy nie zobaczymy”. A ja na to: „Co ty pleciesz?” – „Wiesz, my się już nigdy nie zobaczymy”. I to było moje ostatnie spotkanie z bratem. Walczył w batalionie „Miłosz” w Śródmieściu Południowym w rejonie Placu Trzech Krzyży, był dowódcą plutonu w 1. kompanii; w jego plutonie znalazło się jeszcze dwóch jego kolegów z Ostroga, synów podchorążych z 19. Pułku Ułanów. Z kolei dowódcą 1. kompanii był słynny Kazimierz Leski ps. „Bradl”, kapitan rezerwy lotnictwa, oficer kontrwywiadu AK. Jurek poległ w drugim tygodniu Powstania podczas walk o gmach YMCA.

Poruszające... I ojciec i brat oddali życie za wolną Polskę. Wracając do wybuchu Powstania. Jako studentka konspiracyjnej medycyny zgłosiła się Pani na ochotnika do służb medycznych?

Jak tylko wybuchło Powstanie, zgłosiliśmy się z kolegą do dowództwa zgrupowania „Róg” AK na Starym Mieście; kwatera dowództwa mieściła się w kamienicy książąt mazowieckich, prawie vis a vis domu moich dziadków na Rynku Starego Miasta. Siedziba sztabu majora „Roga” [Stanisław Błaszczak] była umieszczona na parterze, a na pierwszym piętrze zrobili szpital polowy. Naczelnym lekarzem zgrupowania „Róg” był dr „Rola” [por. Józef Kłosowski]; pamiętam też dr. „Tarłę” [płk. Stefan Tarnawski], szefa sanitariatu całej grupy „Północ”. Dr „Tarło” działał w Szpitalu Jana Bożego, a potem na Długiej 7, w pałacu Raczyńskich, tam, gdzie w czasie Powstania zorganizowany był Centralny Szpital Chirurgiczny nr 1. Przeżył powstanie, spotkałam się z nim później, już w Krakowie. Z kolei szefową szpitala polowego w kamienicy książąt mazowieckich była prof. Radlińska, wielka sława i świetny lekarz. Tak więc, gdy z kolegą zgłosiliśmy się do dowództwa i złożyliśmy przysięgę, jego zabrali do batalionu, a mnie, jako że miałam legitymację szkoły pielęgniarek, przyjęli do powstańczej służby zdrowia. Tak weszłam w struktury batalionu „Bończa”. Od razu kazali mnie i mojej koleżance „Baśce” [Barbara Zawirska-Refler], wziąć nosze i iść pod skarpę nad Wisłę, bo tam już leżeli ranni chłopcy. Nosiłyśmy ich po Kamiennych Schodkach w górę. Ciężar był wielki, bo ciężko ranny jest bezwładny i leci przez ręce. Nie miałyśmy żadnego zabezpieczenia, bałyśmy się, że chłopcy zsuną się z noszy. Między domami były w czasie Powstania powybijane przejścia na poziomie piwnic, którymi niosłyśmy rannych do tego naszego szpitalika. W piwnicach chroniło się wtedy mnóstwo ludzi, przechodzenie z ciężko rannymi na noszach było bardzo trudne. Kiedy na Starym Mieście rozpoczęły się mozolne walki na barykadach na Świętojańskiej i Jezuickiej o katedrę św. Jana, a także na Brzozowej [o Wytwórnię Papierów Wartościowych], dostałam rozkaz, żeby pozostać jako pielęgniarka w szpitalu na Rynku Starego Miasta, razem z prof. Radlińską i „Baśką”. Była też z nami córka pani profesor, Wanda, moja koleżanka z konspiracyjnej medycyny u prof. Zaorskiego.

Pierwsza placówka medyczna młodziutkiej studentki medycyny i to od razu w ekstremalnych warunkach walczącej Warszawy. Kogo ze swoich pacjentów zapamiętała Pani w sposób szczególny?

Pewnego rannego młodego powstańca, który przedarł się do nas z Woli; miał przy sobie jakieś ważne dokumenty. Nosił zdobyczną niemiecką panterkę, więc jeden z młodziutkich powstańców, dwunastolatek, wziął go niestety za oficera Wehrmachtu i ciężko postrzelił w staw łokciowy. Całe szczęście, że to było w pierwszych dniach Powstania, kiedy działał jeszcze nasz szpitalik w kamienicy Książąt Mazowieckich. Ranny „Bolek” trafił do prof. Radlińskiej, która uratowała mu rękę, choć potem były zmiany w tym łokciu. Chłopak ten przez całe Powstanie walczył z ręką na temblaku, mówiliśmy na niego „Bolek-lotnik”. W tym samym mniej więcej czasie przynieśli innego chłopaka, rannego na barykadzie przy ul. Świętojańskiej. Razem z nim przyszedł por. Józef Dąbrowski, który 1 sierpnia odbierał moją przysięgę, i powiedział do mnie: „Siostro, proszę się nim specjalnie opiekować, bo to syn dowódcy 101. kompanii!”. To był Tomek Lubicz-Zaleski „Rawicz”. Usłyszał to jego ojciec, por. Czesław „Lubicz” Zaleski, i powiedział: „Ja wiem, że Tomek jest w dobrych rękach”. Por. „Lubicz” zginął niedługo później, w połowie sierpnia na Starym Mieście. Kiedy sanitariuszki go znalazły, jeszcze żył – przeniosły go do Szpitala Jana Bożego i tam umarł.

Śmierć dowódcy musiała być traumatycznym przeżyciem dla żołnierzy batalionu. Na Starym Mieście walki miały wyjątkowo dramatyczny przebieg, w końcu trzeba było ewakuować szpital.

Niemiecki ostrzał na Starym Mieście był coraz silniejszy, aż w końcu stało się jasne, że przebywanie na pierwszym piętrze z rannymi, unieruchomionymi w łóżkach chłopcami, jest bardzo niebezpieczne. Od wstrząsów posypały się mury kamienicy i powypadały szyby – odłamki pokaleczyły naszych rannych. Zapadła więc decyzja o ewakuacji szpitala na ul. Freta do klasztoru oo. Dominikanów. Początkowo chcieliśmy urządzić szpital bezpośrednio w kościele, albo w zabudowaniach klasztornych, jednak świątynia była przepełniona, bo w jej murach chronili się mieszkańcy Starego Miasta. Mowy nie było, żeby wejść tam z naszymi rannymi. Ojcowie Dominikanie udostępnili nam magazyny przylegające do klasztoru, a nasi chłopcy, mimo opatrunków i gipsu, dzielnie z nami szli, nieśli łóżka i cały sprzęt. Pomagali nam też potem rozkładać te łóżka, organizować szpital. Kiedy wszystko już było porozkładane, a ranni odpoczywali po trudach przeprowadzki, zaczęłam układać lekarstwa; pomagał mi Tomek Lubicz-Zaleski „Rawicz”. A tu nagle, jak nie rąbnie! Huk, kurz – pocisk trafił akurat w piec. Dym i sadza poleciały prosto na nas – nie wiedziałam, że w piecu jest aż tyle sadzy. Chłopcy zerwali się z łóżek i powyskakiwali przez okno, bo tam okna były dość nisko – gips nie gips, nieważne, wszystko jedno, wyskakiwali. I nagle wszyscy ranni zaczęli się śmiać – leżeli na trawie i dosłownie wyli ze śmiechu. Z czego się tak śmiali? Zrozumiałam dopiero, jak spojrzałam na Tomka – był cały czarny, upaćkany sadzą, tylko oczy mu błyszczały. Ja tak samo, ani śladu białego fartucha. Ale był ubaw! No dobrze, śmiechu warte, ale nadal było niebezpiecznie. Znowu trzeba było szukać nowego miejsca na szpital. Okazało się, że tam były jeszcze podziemia, ale trzeba je było najpierw opróżnić z przechowywanych tam dóbr. Niestety, nie miały okien i żadnej wentylacji, tylko wejście i koniec. Ale, cóż nam pozostało? W tych podziemiach poukładałyśmy już same materace i sienniki, bo na łóżka nie było miejsca. Niemiecki ostrzał był tak silny, że straciłyśmy zupełnie kontakt z dowództwem i z naszą kuchnią polową. Sytuacja była dramatyczna – nie było jedzenia, powietrza, wentylacji. Rany chłopaków przestały się goić, zaczynały ropieć, otwierać się, cieknąć... Nawet już nie pamiętam, jak było z lekarstwami, ale przede wszystkim chłopcy byli coraz bardziej osłabieni, a nie miałyśmy nic, żeby ich nakarmić. Kiedy z zapasów wszystko już się skończyło, wyszłyśmy z „Baśką”, wzięłyśmy dwa wiaderka i stwierdziłyśmy, że „pójdziemy na nosa” i będziemy szukać, może nam ktoś coś da dla naszych rannych. Na Świętojerskiej poczułam zapach i mówię do „Baśki” „ooo, jakaś dobra zupka, chodźmy tam”. Trafiłyśmy do kwatery Czwartaków Armii Ludowej. Wchodzimy, a oni tam w biały dzień, jakby wojny nie było, przygotowują posiłek. Była tam wielka, przedwojenna kuchnia z płytą, na której stał wielki kocioł, w jakim wygotowywało się bieliznę. Jakaś kobieta mieszała w nim kopyścią gotując krupnik. Zaczęłam rozmawiać z kapitanem AL, który zawiadywał tym wszystkim i spytałam, czy mógłby nam dać trochę tej zupy, bo mam rannych chłopców pod opieką. Zapytał, skąd są moi ranni, odpowiedziałam, że z Szarych Szeregów z AK – wszystkie jednostki wymieniłam. Byle tylko dał! Kapitan był bardzo uprzejmy i podarował nam całe dwa wiadra tego wspaniale pachnącego krupniku. W tym momencie weszły jednak łączniczki AL i zrobiły swemu dowódcy piekielną awanturę, że „obcym rozdaje jedzenie”. Kapitan puścił do nas oko i powiedział, że teraz da nam wino i papierosy, a jak przyjdziemy za dwie godziny, będzie miał krupnik specjalnie dla nas. AL jak wiadomo nie lubiła AK, ale mimo wszystko razem żeśmy walczyli. Tak więc dumnie wróciłyśmy do naszych chłopaków z tym „sikaczem”, bo trudno to było nazwać winem, i z wielkim pudłem papierosów. Gdy chłopcy się tego wina napili, zaczęli się okropnie śmiać i wygłupiać, oczywiście puszczając przy tym dym z papierosów. Żaden nie był w stanie podnieść się z łóżka! Baśka przerażona mówi: „Hanka, myśmy ich upiły!” A ja na to: „No tak, przecież byli wygłodzeni, to nawet te parę kropli wystarczyło, żeby im w głowie zrobiło się niedobrze”. No trudno, ale humor jest. Po dwóch godzinach poszłyśmy jeszcze raz do kwatery AL na Świętojerskiej. Łączniczek już tam nie było, tylko kapitan i kucharka. Kapitan dotrzymał słowa – nalali nam do wiaderek tego wspaniałego krupniku i zaniosłyśmy go chłopcom. Jak ich nakarmiłam, wszyscy usnęli jak małe dzieci. Byli tacy umęczeni i wygłodzeni, że niewiele im było trzeba. Wielokrotnie potem tak chodziłyśmy szukając jedzenia dla chłopaków, bo nie było takie proste coś zorganizować. Z Freta na Miodową, gdzie była kwatera dowództwa „Bończy”, było niby dwa kroki, ale jak był ostrzał, zwłaszcza jak zaczęły walić nebelwerfery, to nie było zmiłuj! Myśmy je nazywali „szafami”, albo „krowami”. Taka „szafa” to najpierw skrzypi, jak się ładuje pocisk, a potem jak rąbnie, to robi się czarno. Na ulicy jest wtedy tak ciemno jak w piwnicy bez okien. Kiedyś szłam do chłopców i Niemcy odpalili „szafę” – trzymałam się muru i czekałam, kiedy wreszcie ten pył opadnie i się przejaśni, żeby wiedzieć, w którą stronę iść, bo nie wiedziałam, czy dobrze idę.

Nebelwerfery to była potworna broń.

Okropna... wybuch „szafy” był straszny. Pamiętam, jak 13 sierpnia w niedzielę na ulicy Kilińskiego wybuchł czołg-pułapka [ciężki transporter ładunków wybuchowych Borgward B IV]. Po tym wybuchu wyszłam na ulicę, żeby ratować kogo się da, a tam na oknach, na jakichś gzymsach tu noga, tu ręka, mój Boże, wszędzie były rozczłonkowane ciała... To było potworne nieszczęście. Cała powstańcza służba zdrowia była zmobilizowana, żeby chociaż uratować tych, którzy przeżyli. A potem znowu trzeba było wykopać groby... Cała ulica Długa wzdłuż chodnika była rozkopana, zrobili tam cmentarz, przecież gdzieś trzeba było tych ludzi pochować; zginęło ponad 300 osób, coś strasznego. Jak ten zdobyczny czołg wjechał w ul. Kilińskiego, to ludzie byli tak szczęśliwi, tak radośni, że z piwnic powychodziły nawet matki z małymi dziećmi na ręku! A potem ten wybuch... coś strasznego! I mnie wtedy przenieśli z mojego szpitalika z Freta na Długą 7, do Pałacu Raczyńskich. Stwierdzili, że tymi rannymi chłopcami z Freta wystarczy się zaopiekować i zmieniać im opatrunki, a na Długiej był potrzebny personel medyczny – liczyła się każda para rąk. Byłam tam na Izbie Przyjęć, więc miałam przy sobie lekarza i farmaceutę. Tam pracowałam już do końca Powstania. Nigdy nie zapomnę osób poparzonych od pocisków „szafy”; skóra odpadała od nich płatami, nie mogli leżeć, ani stać, przybierali pozycję „kociego grzbietu”; nie dało się ich uratować... Trafiali też do nas chłopcy produkujący broń przeciwczołgową – butelki zapalające wypełnione benzyną. Oni bardzo często mieli poparzone i poranione ręce, rany nie chciały się goić, ropiały. Kiedyś, podczas bombardowania ulicy Długiej, ponownie rąbnął pocisk „szafy” – powyrywał z okien wszystkie worki z piaskiem. Myśmy wtedy byli na parterze – lekarz i farmaceuta schowali się pod biurko. Ja stanęłam w drzwiach i zaczęłam śmiać się jak głupia, bo mnie tak niesamowicie rozśmieszył widok panów siedzących pod biurkiem. Doktor na to: „Lotnik, kryj się głupia, jeśli nie chcesz głowy stracić!”. Innego dnia było znów trochę spokojniej, jak na warunki powstańcze, byłam wtedy sama na Izbie Przyjęć. Przyszedł wówczas mój kolega z „Bończy” i powiedział „Hanka, przyjdź do nas, tak nam smutno bez Ciebie. Tu nic się dzieje, nic się nie stanie jak przyjdziesz na chwilę”. No i poszłam, chłopcy od majora „Roga” byli przecież bardzo blisko, na Freta. A tam na sienniku bezpośrednio na ziemi leżał ranny chłopak. Był przykryty, więc nie wiedziałam, co mu jest. I nagle słyszę jak on mówi: „Czekamy ciebie czerwona zarazo, byś wybawiła nas od czarnej śmierci”...

To był Józef „Ziutek” Szczepański!

Tak, to był „Ziutek” Szczepański z „Parasola”. I właśnie wtedy ten wiersz układał. Dostałam wówczas, w samym sercu walczącego Starego Miasta, tekst „Czerwonej zarazy”. Już nie pamiętam czy od „Ziutka”, czy od jakiegoś innego kolegi, który zapisał słowa jego improwizacji. W każdym razie nie mogłam sobie miejsca znaleźć, ciągle ten wiersz za mną chodził. Właśnie wtedy zdałam sobie sprawę, że Sowieci są z drugiej strony, na prawym brzegu Wisły... Jak dotąd w ogóle tego nie brałam pod uwagę, myślałam, że tylko Niemcy z nami walczą. W czasie Powstania prawda o Sowietach zupełnie do mnie nie docierała, mimo że w 1939 r. widziałam ich we Włodzimierzu.

Czy udało się wtedy z „Ziutkiem” porozmawiać?

Nie, on nie chciał rozmawiać; był ciężko ranny i bardzo podłamany coraz bardziej dramatyczną sytuacją walczącej Warszawy. Kończył się sierpień, zdawaliśmy sobie sprawę, że upadek Starówki jest już tylko kwestią czasu... Koledzy zabrali „Ziutka” kanałami do Śródmieścia; wyszli z nim włazem przy ul. Wareckiej i zanieśli do szpitala. Zmarł kilka dni później w szpitalu polowym na Marszałkowskiej. Kiedyś po wojnie, już w Krakowie, podczas jednego ze spotkań powstańców warszawskich spotkałam panią, która, jak się okazało, była przyjaciółką matki „Ziutka”. Znała jego rodzinę, miała też rękopisy jego wierszy; przysłała mi później te utwory, już wydane.

A co się z Panią stało po upadku Starego Miasta?

Jak wiadomo Stare Miasto padło pod koniec sierpnia. Ludność cywilna nie wytrzymywała tego piekła, chciała koniecznie wyjść z Warszawy. To musiało być straszne – tak siedzieć w piwnicy i po prostu czekać na śmierć. Wyobrażam sobie, że oni o wiele gorzej znosili tę powstańczą apokalipsę niż my, bo myśmy walczyli, więc zupełnie inaczej przeżywaliśmy pewne sprawy. A oni siedzieli w ciemności i nie wiedzieli, czy zasypie ich teraz, czy trochę później? Czy „szafa” uderzy teraz, czy za chwilę? Nie ma się co dziwić, że niektórzy doznawali wstrząsu nerwowego; już po Powstaniu mieliśmy bardzo wielu pacjentów, którzy potrzebowali pomocy psychiatrycznej.

Pamiętam, że po upadku Starówki moi koledzy dostali rozkaz przejścia kanałami do Śródmieścia; miałam iść razem z nimi, żeby przeprowadzić lżej rannych [którzy mogli chodzić], ale nie chciałam. Bałam się o los najciężej rannych, których nie można przeprowadzić, ani tym bardziej przenieść kanałami. Spytałam więc mojego dowódcę, rtm. Edwarda Sobeskiego „Bończę”, czy mogę z nimi zostać; powiedziałam też, że wezmę do pomocy przy rannych moją mamę. Rotmistrz pozwolił, więc pobiegłam do naszego domu przy Rynku Starego Miasta 18. Mama powiedziała, że dom się pali i że musi go ratować. Byłam wykończona, mama kazała mi się przespać w piwnicy, więc położyłam się i zasnęłam. Jak długo to trwało, nie wiem, w każdym razie po pewnym czasie przyszła mama w towarzystwie mojego kolegi z „Bończy”, który pełnił wartę na rogu Rynku i Krzywego Koła. Powiedział: „siostro, zdejmujemy opaski, palimy legitymacje, bo Niemcy są już na środku rynku”. Jako powstańcy moglibyśmy zostać od razu rozstrzelani, jako cywile mieliśmy szanse na przeżycie... Wiedziałam już, że nie przedostanę się do naszych szpitali, ani na Freta, ani na Długą... Zdążyliśmy pozbyć się opasek i legitymacji, zanim Niemcy nas znaleźli; Stare Miasto płonęło, wystarczyło wrzucić je do ognia. Pierwsza zobaczyłam przez mury zburzonych już kamienic, jak Niemcy nadeszli. Wpadli i ograbili nas ze wszystkiego, co się dało. Zabrali mi zegarek i pierścionki. Następni przynieśli potem ogromne kanistry z benzyną, żeby do końca podpalić Stare Miasto. Nie musieli burzyć, po co się męczyć, spalić dużo łatwiej... To było straszne! Razem z mamą, babcią i wujostwem trafiłam do obozu przejściowego w Pruszkowie. Nie był to oczywiście koniec mojej popowstaniowej epopei, to już jednak materiał na kolejną opowieść.

 

Po pobycie w obozie w Pruszkowie „Hanka Zerwicz” trafiła w Komorowie pod opiekę wuja – z zawodu lekarza. Ścigana przez Niemców „polujących” na powstańców, ukrywających się wśród ludności cywilnej, wyjechała wraz z matką i osieroconymi warszawskimi dziećmi, którymi się zaopiekowała, do Częstochowy, później zaś do Krakowa. Oddała dzieci pod opiekę zakonnic, po czym w Krakowie podjęła na UJ przerwane studia medyczne z jednoczesną pracą w szpitalu. Miała pod opieką kobiety uratowane z KL Auschwitz, zaraziła się od pacjentek ciężką postacią duru. Dzięki modlitwom krakowskim oo. Dominikanów cudem powróciła do zdrowia, bowiem opiekujący się nią lekarze twierdzili, że medycyna jest bezradna. Po ukończeniu studiów (specjalizacja: pediatria) jako znakomity lekarz związana była zawodowo głównie z Krakowem.

 

Jest to tylko fragment wywiadu dr Moniki Makowskiej z dr Hanną Zawistowską-Nowińską. Cała rozmowa ukazała się w miesięczniku WPiS nr 10 (168) 26-października – 27 listopada 2024, który można zakupić poniżej. 

Polski etos romantyczny

Polski etos romantyczny

Andrzej Nowak, Zdzisław Krasnodębski, Grzegorz Kucharczyk, ks. Jan Machniak, Jan Żaryn

Etos polski, na dodatek romantyczny, budzi wzniosłe skojarzenia. Przywołuje wizerunki naszych wielkich wieszczów, czyny bohaterów, powoduje zadumę nad szczytnymi ideami, budzi wspomnienia największych uniesień patriotycznych, ale i – miłosnych. Etos to pojęcie, które odnosi się do całej społeczności, do narodu, i dlatego może zaskakiwać w zestawieniu z romantyzmem, ten bowiem wielbił jednostkę, jej indywidualizm, jej emocje.

 




















 

Komentarze (0)

  • Podpis:
    E-mail:
  • Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników serwisu. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za ich treść. Wpisy są moderowane przed dodaniem.

Zamknij X W ramach naszego serwisu stosujemy pliki cookies. Korzystanie ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym.